VINTAGE SCREEN CRUSH: Harrison Ford

Jak na standardy hollywodzkie, Harrison przebił się na dobre do pop-panteonu kina dosyć późno, bo w wieku trzydziestu pięciu lat jako Han Solo, by przypieczętować świeżą sławę jako Indiana Jones w 1980.

Pierwsze/czwarte „Gwiezdne wojny” przypadły na początek mojej podstawówki, do dziś pamiętam kolejki do premierowych kin: komuna nie komuna, ale Kino Nowej Przygody z impetem przebiło się na także na polskie ekrany, wiele z ówczesnych tytułów oglądało się na dużym ekranie po kilka razy (na przykład siedem).

Wraz z kolejnymi częściami jednej i drugiej sagi, Ford ze swoim szelmowskim uśmieszkiem i niedbałym zarostem na dobre zagościł w queerpopowym serduszku – kilka egzemplifikacji jego uroku osobistego na załączonych obrazkach. Dziś aktor, jak większość moich ulubieńców, dobiega osiemdziesiątki, co mówi samo za siebie, cieszmy się więc zakurzonymi zdjęciami idoli, zanim wszyscy w końcu trafimy wreszcie do zakurzonego kącika vintage.

SHORTS: Trophy Boy

shorts_trophy_00

A co, jeśli stateczny, starszy partner, elegancki dom, wystawne życie i soszialmediowy blichtr to tylko ułuda i tuż przed trzydziestką, z dnia na dzień nie tylko lądujesz w realnym i średnio przyjemnym świecie, ale – co gorsza – okazujesz się pięknym, ale pustym i średnio przyjemnym człowiekiem?

Pomysłodawca i odtwórca głównej roli, a także reżyser Emrhys Cooper w 10 minut zgrabnie zarysowuje tak fabułę, jak i główne postaci. Napisy końcowe pozostawiają niedosyt, jakby historia dopiero się rozkręcała. Wrażenie o tyle słuszne, że Cooper nosi się z zamiarem zbudowania na bazie Trophy Boy serialu.

shorts_trophy_emrhys.jpg

WFF: ‚Zostań ze mną’ vs. ‚Za murami’

kadr z filmu ‚Za murami’

W sobotni wieczór na Warszawskim Festiwalu Filmowym miał miejsce podwójny seans LGBT. Nie wiemy, czy aż tak nie zwróciliśmy uwagi, czy faktycznie tego roku ta ‚sekcja’ imprezy była dużo skromniejsza. Tym chętniej wybraliśmy się na branżowe double feature, zwłaszcza że jednym z pokazywanych tytułów był głośny ‚Zostań ze mną’, okrzyknięty już gdzieniegdzie następcą ‚Zupełnie innego weekendu’, o ile nie samego ‚Brokeback Mountain’. Festiwalowy pokaz miał być jednocześnie przedpremierowym – Tongariro Releasing wprowadza ten film na polskie ekrany już w najbliższy piątek.

I jak to w takich objawionych wypadkach bywa, potwierdziły się obawy, powzięte po obejrzeniu zwiastuna:

Film wpada niestety w większość pułapek fabuł z cyklu ‚moje życie z człowiekiem uzależnionym’, skompilowanych w wariancie tragicznym ‚trzeba zabić tę miłość’. Dramat rozmywa się gdzieś w impresjach kontemplowania miasta i chwil relaksu przy herbacie, zdarzeń mimo dramatyzmu sytuacji jakoś mało dramatycznych.

To jeszcze pewnie nie stanowiło by aż takiego problemu, gdyby nie chybiona obsada głównej postaci – niestety, Thure Lindthardt nie jest aktorem klasy, która pozwoliła by na przykrycie mielizn, czy nadanie rozterkom Erika dramatycznej głębi. A na nim właśnie spoczywa ciężar całości.

Zamiast rozdarcia na ekranie dominuje zestaw stałych grymasów i jojczenie. Paul jest ujmujący w swym niewzruszonym pięknie, niestety, jako że jego ćpuński dramat rozgrywa się głównie poza kamerą, także i on niezbyt wzrusza. Nawet odważne sceny seksu nie są w stanie tchnąć życia w niemrawą opowieść. Zdecydowanie najlepiej broni się muzyka Arthura Russella.

Wszystkie te słabości jeszcze dobitniej ujawnia zestawienie z drugim filmem wieczoru. Belgijskie ‚Za murami’ oparte jest na podobnym motywie – para poznaje się, szaleńczo zakochuje, a potem jeden z kochanków popełnia głupi błąd, który kończy się więzieniem i kosztuje obu bolesną rozłąkę. Ta próba okaże się ponad wytrzymałość szalonego uczucia, i mimo, że obaj nadal się kochają, będą musieli pójść oddzielnymi drogami.

W tym filmie są soczyste sytuacje i krwiste, pełnowymiarowe postaci, ewoluujące wraz z uczuciem, charakterologiczne niuanse pięknie wypunktowane aktorskimi kreacjami. Wygłupy zakochanych śmieszą do łez, a beznadzieja nawoływań pod ceglanym murem chwyta za serce.

Tu także reżyser skupia opowieść na tym, który czeka, ale w tym wydaniu to czekanie namacalnie dojmujące. Tu też jest jeszcze szansa, i jest bolesna decyzja. Jednak rozstanie nie zostanie skwitowane stwierdzeniem ‚zostawiłem u ciebie kaszmirowy sweter, zostaw go u portiera’. Tu po prostu brakuje słów.

O ile tylko czas pozwoli, napiszemy o tym filmie dużo więcej.

WWW: Pietras & Koosie 2005

[Post archiwalny, zawierający odnośniki i podlinkowane elementy, z których część nie jest już dostępna w sieci.]

strona wejściowa archiwum P&K

Właściwie ten wpis powinien pojawić się w rubryce vintage corner – bo chociaż to zaledwie kilka lat, to w internetowym świecie nic już nie wygląda tak samo jak w dwatysiące-czwartym. Teraz wszystko jest mulitmedialne, społecznościowe, klikalne, komentowalne, linkowalne, interaktywne. Starsze strony prywatne to mniej lub bardziej uporządkowany zbiór nieregularnie uzupełnianego, statycznego kontentu, często nawet bez prostej i oczywistej (jak by się dziś zdawało) funkcji komentowania – w każdym razie przynajmniej w naszym przypadku, bo nigdy nie należeliśmy do orłów kodowania, programowania i wszelkiego innego webowego czary-mary. Zresztą, przy szerzej zakrojonych projektach autorskich mieliśmy problem z opanowaniem samego kontentu, cóż więc mówić o całej reszcie…

Z tym większym rozrzewnieniem wyciągnęliśmy ze starych, zakurzonych dysków archiwum strony Pietras & Koosie – jednej z prób objęcia dorobku pisanego na zamówienie (Inna Strona, Obserwator) oraz na potrzeby własne, jak również prezentacji własnych odkryć, gustów i – jakby się dziś powiedziało – favsów i likesów. Pod nieistniejącym już dziś adresem koosie.gej.net wyimaginowane, schizofreniczne duo twórcze doszło  w pełni do głosu, dzieląc między siebie na pół serwis oraz jego zawartość. Treści pojawiały się na stronie dużymi partiami mniej więcej raz w miesiącu – ostatnia odnotowana aktualizacja nastąpiła po półrocznej przerwie w 2005 roku. Wkróce potem przypływ entuzjazmu zaowocował powstaniem QueerPopa w pierwszej, miniportalowej odsłonie, ale to już zupełnie inna bajka. Też zresztą historyczna 🙂

banerki reklamujące P&K, przygotowane dla IS

Jedną z naszych największych ówczesnych bolączek autorskich był ograniczony feedback ze strony Czytelniów, w dużej mierze sprowadzający się do reakcji na teksty na IS – mało komu chciało pisać się maile z opiniami o serwisie. Z tym większym wzruszeniem przyjmujemy życzliwe recenzje, które wciąż jeszcze zdarza nam się słyszeć z ust nowopoznanych osób, także ekhm, młodszego pokolenia, zwykle opatrzone okrzykiem ‚ja się na tym wychowałem!’. Podobnie zareagowali niektórzy fani na fejsbuku po wrzuceniu galeryjki, podsumowującej historię naszej internetowej działalności.

Dla nich wszystkich, oraz wszystkich innych, ciekawych, jak to niegdyś z pietrasem bywało, Pietras & Koosie wraca w sieci. Sami się teraz w nim nieco gubimy, ale to w niczym nie umniejsza przyjemności eksplorowania. Ba! W niektórych momentach poczuliśmy się wręcz zaskoczeni, a wspomnienie godzin spędzonych nad tymi niezliczonymi diabelskimi skryptami wzrusza nas niemal do łez. Przymajmniej już wiemy, jak dorobiliśmy się okularów…

skrócony adres strony: bit.ly/koosie