SMILEY: Gay-Ville Ad

[Post archiwalny, zawierający odnośniki i podlinkowane elementy, z których część nie jest już dostępna w sieci.]
Całe szczeście, że upały nieco zelżały, bo oglądanie takich filmików przy trzydziestu stopniach w cieniu groziłoby poważnymi skutkami zdrowotnymi. Z drugiej strony autorzy doskonale wstrzelili się w plażową atmosferę, chociaż zapewnie niekoniecznie samej scenerii zawdzięczają 100.000 odsłon po pierwszych czterech dniach na youtube:

Reklama wyprodukowana została przez serwis Gay-Ville.com, pośredniczący we wzajemnym wynajmie miejscówek gejom podróżującym na światowe eventy LGBT (ale nie tylko). Póki co próżno szukać na liście atrakcyjnych celów podróży Warszawy, co akurat nieszczególnie nas dziwi – nieco bojowo i tradycyjnie zgryźliwie podsumował światowość stolicy Mike Urbaniak na stronie WAW.

Co ciekawe, filmik, masowo teraz linkowany na fejsie, został przez niektórych użytkowników serwisu zgłoszony jako obraźliwy. Na qpop.fb padła sugestia, że oprócz niezbyt eleganckiej zagrywki ejdżystowsko-seksistowskiej, można by też podnieść zarzut o uprzedmiotowanie męskiego ciała. O ile z pierwszym potrafimy się zgodzić i zdecydowanie nie pochwalamy, drugiego prosimy zdecydowanie więcej 🙂

CLIP DNIA: Jay Khan – Nackt


Jay Khan pojawił się na niemieckim rynku medialnym na początku lat dwutysięcznych jako kompozytor i producent, a w 2005 roku jako jeden z uczestników reality show Big in America, celem i efektem którego było powstanie na oczach publiczności boysbandu US5 (w identyczny sposób ‚narodziła’ się w Niemczech dziewczęca grup No Angels). Jak to z takimi tworami bywa, zespół przetrwał trzy lata, wywołując histerię fanek płci obojga najpierw swymi dokonaniami, potem rozpadem, który zdaje się ostatecznie przypieczętowało odejście Jay Khana, współodpowiedzialnego za większość piosenek.
W następnej kolejności wsławił się udziałem w megakiczowatym survival-show dla przeżutych i wypalonych gwiazd popkultury, Ich bin ein Star, holt mich hier raus!, z którego odpadł przed finałem. Dzięki temu kretyńskiemu programowi jednakże widzowie zyskali pełny wgląd w jego wdzięki, tak w przodu jak i z tyłu, jak również śledzili burzliwe dzieje obowiązkowego romansu z koleżanką z planu, udawanego jak wszystko inne na tyle nieudolnie, że nie zdławiły bynajmniej plotek o jego gejowstwie.

W tym sezonie Jay (po ostatnich ekscesach nazywany pieszczotliwie mianem Dschungelboy) wraca na scenę muzyczną z hymnem na rzecz równości wszelakiej pod znamiennym tytułem Nadzy, spełniając w klipie z nawiązką nadzieje, jakie ten tytuł wywołuje, posuwając sie do kroku ostatecznego w postaci ścięcia bujnej grzywy. Na głowie. Póki co wydaje się, że samoobnażanie to jego nowy pomysł na autoprezentację, ale komu to przeszkadza, gdy facet zgrabny, nawet jeśli na zdjęciach prezentuje zwykle minę obrażonego dziecka. Nam na pewno nie, bo ten wyraz twarzy zyskuje głównie przez obiecującą wydatność dolnej wargi.
Ale o czym my to…? Aaaaa. Do rzeczy:

Jak widać w obrazach, myśl podniosłej pieśni zawiera się w stwierdzeniu, że niezależnie od stanu społecznego i sytuacji życiowej, pod najgrubszą nawet warstwą odzieży, wszyscy jesteśmy tak samo nadzy, równi, kolorowi, nie nadmiernie przytyci, bla-bla-bla-bla-bla…
Obejrzyjmy zatem jeszcze raz. Dla mniej wytrwałych proponujemy wersję bez dźwięku.

WWW: Pietras & Koosie 2005

[Post archiwalny, zawierający odnośniki i podlinkowane elementy, z których część nie jest już dostępna w sieci.]

strona wejściowa archiwum P&K

Właściwie ten wpis powinien pojawić się w rubryce vintage corner – bo chociaż to zaledwie kilka lat, to w internetowym świecie nic już nie wygląda tak samo jak w dwatysiące-czwartym. Teraz wszystko jest mulitmedialne, społecznościowe, klikalne, komentowalne, linkowalne, interaktywne. Starsze strony prywatne to mniej lub bardziej uporządkowany zbiór nieregularnie uzupełnianego, statycznego kontentu, często nawet bez prostej i oczywistej (jak by się dziś zdawało) funkcji komentowania – w każdym razie przynajmniej w naszym przypadku, bo nigdy nie należeliśmy do orłów kodowania, programowania i wszelkiego innego webowego czary-mary. Zresztą, przy szerzej zakrojonych projektach autorskich mieliśmy problem z opanowaniem samego kontentu, cóż więc mówić o całej reszcie…

Z tym większym rozrzewnieniem wyciągnęliśmy ze starych, zakurzonych dysków archiwum strony Pietras & Koosie – jednej z prób objęcia dorobku pisanego na zamówienie (Inna Strona, Obserwator) oraz na potrzeby własne, jak również prezentacji własnych odkryć, gustów i – jakby się dziś powiedziało – favsów i likesów. Pod nieistniejącym już dziś adresem koosie.gej.net wyimaginowane, schizofreniczne duo twórcze doszło  w pełni do głosu, dzieląc między siebie na pół serwis oraz jego zawartość. Treści pojawiały się na stronie dużymi partiami mniej więcej raz w miesiącu – ostatnia odnotowana aktualizacja nastąpiła po półrocznej przerwie w 2005 roku. Wkróce potem przypływ entuzjazmu zaowocował powstaniem QueerPopa w pierwszej, miniportalowej odsłonie, ale to już zupełnie inna bajka. Też zresztą historyczna 🙂

banerki reklamujące P&K, przygotowane dla IS

Jedną z naszych największych ówczesnych bolączek autorskich był ograniczony feedback ze strony Czytelniów, w dużej mierze sprowadzający się do reakcji na teksty na IS – mało komu chciało pisać się maile z opiniami o serwisie. Z tym większym wzruszeniem przyjmujemy życzliwe recenzje, które wciąż jeszcze zdarza nam się słyszeć z ust nowopoznanych osób, także ekhm, młodszego pokolenia, zwykle opatrzone okrzykiem ‚ja się na tym wychowałem!’. Podobnie zareagowali niektórzy fani na fejsbuku po wrzuceniu galeryjki, podsumowującej historię naszej internetowej działalności.

Dla nich wszystkich, oraz wszystkich innych, ciekawych, jak to niegdyś z pietrasem bywało, Pietras & Koosie wraca w sieci. Sami się teraz w nim nieco gubimy, ale to w niczym nie umniejsza przyjemności eksplorowania. Ba! W niektórych momentach poczuliśmy się wręcz zaskoczeni, a wspomnienie godzin spędzonych nad tymi niezliczonymi diabelskimi skryptami wzrusza nas niemal do łez. Przymajmniej już wiemy, jak dorobiliśmy się okularów…

skrócony adres strony: bit.ly/koosie

PLAYLISTA: Lato 2011

Zupełnie spontanicznie, ale właściwie jak na zawołanie i to z kilku powodów: chociażby po to, aby ucieszyć naszego Stałego Oczekiwacza Składanek (w skrócie HDS), wypełnić cokwartalną lukę w kwestii muzycznej, tudzież uczcić radosny fakt zyskania na fejsowym fanpejdżu pięćsetnego oglądacza. Kręci się coraz szybciej, wszystkim szczerze i wyszczerzenie dziękujemy 🙂
Bezpośrednim impulsem do sporządzenia listy – bo takowy zawsze jest niezbędny – stała się premiera w sieci najnowszego klipu z udziałem Kelly Rowland, na którą dotąd w internetowej przestrzeni nie zwracaliśmy szczególnej uwagi. W teledysku Kelly bardzo pozytywnie kojarzy nam się z młodą pra-królową disco, Donną Summer, tak w urodzie, jak i chwilami w wokalu. Kawałek uruchamia nóżkę z automatu, a później różne inne członki.

Ale żeby nie być gołosłownym:

Poddani tak energetycznemu bodźcowi, wyciągamy z czeluści dysków, fejsa, archiwum bloga oraz pamięci kawałki, które nam się regularnie przewijały w ostatnich miesiącach. Uwagę Szanownych Państwa zwracamy na obecność takich tuz wykonawczych jak Grace Jones, Antony Hegarty, Roisin Murphy czy Patrick Wolf. Z mniej znanych polecamy produkcję węgierskojęzyczną, ewidentnie opartą na motywach ludowych (zakładamy dobrodusznie, że piosenka faktycznie jest o kwiatku).
Grajmy zatem:

Na deser jeszcze jeden teledysk do utworu z listy (zupełnie nie wiemy, w co się uderzać za to, że nie pokazaliśmy go już dawno temu):



źródło grafiki tytułowej: Touched by the Moon by stupidHippo (zobacz całość na deviantArt)

SMILEY: Jizzle

W dzisiejszej edycji kącika humorystycznego zajrzymy na kanał telezakupowy, wykreowany przez twórców serii komediowej Whitest Kids U’Know:

Nic dodać (tu więcej filmików nowojorskiej trupy), nic ująć. Ze swojej strony znaleźliśmy nawet zastosowanie dla wyżętego w trakcie demonstracji nasienia:

źródło: 50 необычных визиток

No chyba, że to wizytówki wysoce spersonalizowane i personel Durexa załatwia wszystko we własnym zakresie. Ale w takim razie – co z paniami…?