PLAYLIST: Carnival 2020

Rzutem na taśmę inicjuję niniejszym oficjalnie ostatkową imprezę u qpopa. Zajawka zawartości powyżej, jako że karnawał, impreza i te klimaty, tym razem nieco więcej na spotifajowej playliście propozycji klubowych różnego autoramentu, nie tylko z ostatniego roku, ale też kilka starszych. Z kolei na jutubowej liście #carnival2020 zebrane zostały teledyski do niektórych utworów (z których zmontowane zostało promo powyżej), choć tam niekoniecznie pojawiają się w tych samych wersjach/remiksach.

Mardigrasowe zestawienie pojawia się last minute, bo puchną mi te listy wszelakie ostatnio niemiłosiernie, a ich porządkowanie okazuje się bardziej czasochłonne, niżby się można spodziewać. Efekty są jednak zadowalające, już teraz zapraszam do odwiedzenia zestawień różnego rodzaju, tak na Spotify, jak i na Youtube. Na każdym po kilkaset utworów na listach chronologicznych i tematycznych, oto przykładowe:

Youtube Channel (qpop.link/youtube)
clipy muzyczne z roku 2020 | z lat 2018-2019 | z lat 2014-2017 | z lat 2011-2013 | z dekady 2000

Spotify Profile (qpop.link/spotify)
muzyka z lat 2019-2020 | dekada 2010 | dekada 2000 | dekady 1970/1980 | dekady 1950/1960 | muzyka nieanglojęzyczna.


CLIP TYGODNIA: Bovska – Leżałam

To że wypadło akurat no Bovską, to z czystej sympatii, bo nurt jest szerszy.

O ile rzeczywistość polityczna AD2019 nie napawa optymizmem, to rykoszetem odbija się tak zwielokrotnioną ilością marszów równościowych wszelakich, jak i pewną falą kulturową, choćby w nowej polskiej muzyce, w której pojawiły się klipy mniej lub bardziej bezpośrednio odnoszące się do kwestii toleracji, elgiebetu, queeru czy pokrewnych. Do dotychczasowych, żelaznych „sojuszników”, jak Peszek czy Nosowska, dołączają młodzi artyści. Więcej na temat, kilka dalszych tropów i wypowiedzi Artystek na kanale Grabari.pl (stan z listopada).

Ciekawie nam się zapowiada ten 2020.

PLAYLIST: BOOM BOOM BOOM

Rzutem na taśmę, ale jest: wciąż jeszcze MAJOWA składanka, ale idealna także na miesiąc paradowy 🙂

W tle tyle projektów, że nie wiadomo, do którego się w następnej kolejności się obrócić, ale zawsze z towarzyszeniem zacnej muzy, której kolejną wiązankę z przyjemnością udostępniam. Dopiero przesłuchując ją w którejś podróży, zorientowałem się, że zupełnie nieintencjonalnie skompletowałem na niej sporo kawałków z wielokrotnie powtarzanym słowem (i odgłosem) boom-boom-boom – nie tylko u X Ambassadors.

Okazuje się, że to bardzo pojemna onomatopeja, wyrażająca mnóstwo różnych ludzkich przeżyć i emocji, spróbujcie prześledzić to sobie sami. Dla mnie to, póki co, odgłos bojowy, radosny, zagrzewający do mobilizacji, echo niezmordownych bębnów samby, do których niedawno maszerowałem w krakowskim Marszu.

Dzięki poślizgowi załapał się psim swędem na listę Howard Jones: to jeden z tych powrotów matuzalemów „po trzydziestu latach” (potrzebnych wcale lub jeszcze mniej), z którego ucieszyłem się bardzo, ku własnemu zaskoczeniu. Tym bardziej z takim teledyskiem:

Shyboy – znany dotąd z niezłych ballad – tym razem uderzył w rytmy taneczne, co podparte niezłym klipem przyniosło całkiem zachęcające efekty:

Od wypuszczenia kolejno dwóch klipów z najnowszej epki, w życiu scenicznym Wurst podziało się już tyle, że radykalnie odmieniony wizerunek Conchity to już właściwie dziesiąta woda po kisielu. Ta piosenka długo we mnie wrastała, aż wreszcie wrosła na dobre:

Z osobistych odkryć muzycznych uwadze Państwa polecam Vincit, Sicksick, Onicks, Leon Else, oraz Sakimę – na majową listę „wpasował się” idealnie starszy, acz prowokacyjny tytuł i klip:

Po bujającej balladzie Cor.ece robi się jeszcze bardziej nastrojowo i zmysłowo, zwłaszcza gdy w kolejce czeka Matracia ze swoim powolnym, kontemplacyjnym, ponad miarę brodatym video:

Po takiej dawce błogości, duet Jona Campbella z Jamiem Irrepressible to gigantyczna wisienka na torcie, z naszą osobistą pesteczką-niespodzianką – o Pansy Boys przeczytacie u mnie jeszcze na pewno.

Podoba Ci się ten post? Postaw kawę Autorowi!
Płatność CC na byumeacoffee.com Płatność PayPal na ko-fi.com

PLAYLIST: Polish Beats

qpop2018_playlist-2018-09.png

Wszystko przez Nosowską…

O ile poprzedni kawałek i klip Ja pas orał po mózgu wzdłuż i wszerz, to bardziej stonowany Nagasaki powalił wizualnie i melancholijnie wpasował w jesienne tendencje na tyle, że całkowicie rozbił muzyczne queerpopowe plany upublicznienia zupełnie innej, wrześniowej playlisty, która – niemal gotowa – stała się właśnie listą październikową.

Afronosowska wywołała tak dynamiczną kawalkadę skojarzeń dawnych i całkiem nowych, że składanka skomponowała się lawinowo: od kolejnych produkcji Michała „Foxa” Króla (Natalia Nykiel, Buslav) przez meandry współpracy Baascha, The Dumplings, Xxanaxxów, po weteranki polskiej sceny – Oko za oko v. XV Steczkowskiej z jubileuszowej płyty (z drugim pokrętnie przerobionym klasykiem), Okupnik w niedocenionej produkcji Michała Przytuły, przywołującej echa klasycznych Reni czy Kayah, po samą Jusis z najnowszego krążka.

W elektrozestawie nie mogło zabraknąć retromotywów z Córek Dancingu, w których ścieżce dźwiękowej (tak w wykonaniu dziewczyn z Ballad i Romansów, jak i w interpretacji obsady filmu) zasłuchuję się od momentu dorwania go na Showmax – gdzie na ten moment wylądował w darmowym pakiecie.  Ekspozycja pierwszej sceny przy dźwiękach klasyka disco to majstersztyk, a Kinga Preis – klasa sama w sobie.

Z wysypu przeróbek przebojów z dawnych lat (Jestem kobietą, Supermenka, Aleja GwiazdJeśli wiesz co chcę powiedzieć) możnaby ułożyć oddzielny album, qpopowym faworytem pozostaje rewelacyjna Brodka w wynicowanym przez Agima Dżeljilji repertuarze Izy Trojanowskiej, chociaż w kontekście poprzedniej jutubki sam klip wydaje się nieco wtórny – nawet jeśli lewituje w zupełnie odmiennym, mrocznym klimacie. Wisienką na torcie pozostaje kolaboracja Kory z Jimkiem, którego nieortodoksyjne podejście do klasyka Maanamu doskonale komponuje się z onirycznym klipem.

Oryginalności nie można też odmówić wizualom do kolejnych kawałków z listy – Rysy przebiły się na tyle, że zostały swego czasu iście po amerykańsku splagiatowane.

Daria Zawiałow skręciła na najnowszym singlu w alejkę psychodelicznej elektroniki.

Baasch zagrał na sentymentach do VHS.

Rzadko sięgam do polskich produkcji. Jeśli już, to wolę te śpiewane po polsku (chociaż od niektórych tekstów młodzieży lekko bolą zęby), a spostrzegawczy słuchacz utwierdzi się także, że w qpopowej elektronice dominują panie. Tak czy owak – oddaję czym prędzej do odsłuchu, bo lista wciąż niebezpiecznie się rozrasta i jak tak dalej pójdzie, nieprędko doczeka się ukończenia i publikacji. Jako się rzekło – wszystko przez Kaśkę.

Smacznego!

VINTAGE CORNER: Aretha Franklin – Everyday People

aretha_everyday-people

Wszyscy wspominają Arethę, bo po tylu latach jej królowania każdy jakąś swoją Arethę ma.
Mam i ja. Respect, Think, Chain of Fools, I Say a Little Prayer – lista klasyków jest długa, chociaż w powszechnej świadomości urywa się „gdzieś w latach siedemdziesiątych”, z późniejszymi jasnymi punktami (Blues Brothers, Eurythmics, George Michael, Sister Act).

W domu mego dzieciństwa, wypełnionym muzyką Raya Charlesa, Billie Holiday czy Leny Horne, Aretha brzmiała równie regularnie, istniała zawsze, choć nie zawsze świadomie. Z impetem przebiła się z powrotem do mojego muzycznego imaginarium dzięki hymnowi Sisters Are Doin’ It for Themselves, z olśniewającą Annie u boku. Był rok tysiącdziewięćsetosiemdziesiątypiąty.

lennox-sisters.gif

Jednak w czasach, gdy za kilka zyla w komisie muzycznym kupowało się na pęczki zachodnie maxi-single na płytach CD, w mojej głowie najgłębiej wyrył się inny kawałek Królowej Soulu z roku 1991 – funkowa wersja piosenki zespołu Sly & The Family Stone, regulanie wykonywanej przez innych artystów (vide The Supremes, Arrested Development czy Prince):

Że kolorowo i densowo? No cóż, niespełna dwa lata później inny gigant soulu, Ray Charles, śpiewał równie skocznie, chociaż na swoje szczęście nie musiał podskakiwać w teledyskach (tak, znam ten album doskonale, nie uświadczysz go na Spotify). Nastały nowe czasy wszechobecnej MTV, kiedy sama Aretha równała przez chwilę do młodszej o dwie dekady Whitney (tak, ten duet również należał do moich ulubionych…).

Nawet po zerwaniu pstrokatej otoczki wizualnej, Everyday People ujmuje w jej wykonaniu zaraźliwą energią i bezpośrednim przekazem płynącym z tekstu Sly’a Stone: wszyscy jesteśmy różni, żyjmy w pokoju…

There is a blue one that don’t accept the green one
Cracking on the fat one like I’m about to be a skinny one
Different strokes for different folks
And so on and so – we got to live together

I am no better and neither are you
we’re basically the same whatever we do
You love me, you hate me, you think you know me and then
You can’t figure out out the bag l’m in

There is a yellow one, that ain’t into the red one
We don’t about the black one, ha! what about white one, y’all?
Different lengths don’t come with no dress. and so on and so on…

I am everyday people, want to take you higher!

I tego się trzymajmy…

Nie trzeba dodawać, że jak na lata dziewięćdziesiąte przystało, singiel zawierał zgrabne, jeszcze bardziej skoczne remiksy, które równie często jak oryginał płynęły z moich odtwarzaczy, nie wiedzieć czemu szczególnie podczas energochłonnych czynności sprzątania, a zwłaszcza mycia okien.

Na nasze queerpopowe szczęście jeden z nich znaleźć można na jutubce opatrzony wizerunkami ładnych panów, dzięki czemu przyjemność jest podwójna:

Drugi, równie rozebrany znajdziecie tutaj. Kolejny, spod ręki Shepa Pettibone, budzi zrozumiałe brzmieniowe skojarzenia z Madonną. Tylko moc całkiem inna, i klasa.
Coraz bardziej będzie nam klasy tej klasy brakowało…

royalties-gone1

royalties-gone2

PS. Niniejszym uświadomiłem sobie, że również lata 90. zaliczam już do lamusa, czyli jak to teraz ładnie brzmi – niepostrzeżenie wylądowały w dziale vintage. Póki co szał dotyka resentymentów za dekadą wcześniejszą, ja sobie po prostu te wszystkie maxi-single CD starannie schowam, ja poczekam…

PLAYLIST: July 2018 – RU Mad That I’m Gay?

qpop2018_playlist-2018-07

Gdybym był Janiną, zacząłbym zapewne na nieco dramatyczną nutę:
halo, policja, proszę natychmiast przyjechać na mojego bloga, najlepiej ze wsparciem Grupy Specjalnej ds. Zjawisk Niewyjaśnionych i Paranormalnych (aka Archiwum X): kiedy wczoraj przewracałem się na kanapie z lewego boku na prawy, bo dałbym sobie miesiąc z życia zabrać, że przeczuwam po prawej stronie ostatni zbłąkany, bezcenny kawałek czekolady z bakaliami, więc jak się tak zwabiony obietnicą strzału melatoniny turlałem ostrożnie, niemal niepostrzeżenie, by nie przeciąć zbyt gwałtownymi ruchami galaretowatego od 36 stopni upału powietrza, to w tym obracaniu zaginął mi cały lipiec, a im dłużej nad tym myślę, to brakuje mi też czerwca i paru wcześniejszych miesięcy, ba! może być tak, że nawet i lat, że już sam nie wiem, czy wciąż jeszcze zbliżam się do pięćdziesiątki, a jeśli jednak tak, to do której, więc na wszelki wypadek poproszę też ambulans, bo Michał wraca dopiero we wtorek, a do tego czasu bez natychmiastowego wyjaśnienia sprawy ucieknie mi z metryki oraz z kłirpopa co najmniej następne półrocze.

Tygodnie mijają, a ja niczyja – chciałoby się rzec w imieniu witryny qpop.blog… ale nie lękajcie: już za chwileczkę, już za momencik queerpop w nowej odsłonie ruszy na dobre (w tym tempie zapewne za kwartał, ale będziemy relacjonować na bieżąco). Póki co, jak zwykle, do redakcyjnych prac zagrzewa (lub w tych warunkach raczej: mimo skwaru wybudza) porcja porządnej muzy, która niby się nie starzeje, ale już zebrana do playlisty Lipiec 2018 jako zestawienie powoli się dezaktualizuje.

Lepiej więc zaprezentować ją 5 sierpnia, niż wcale.

Jak zwykle najbardziej podoba się to, co jakby znajome, więc na energetyczny początek uderzamy jednym z ostatnich klipów Sofi Tukker, który w męskich recytacjach kojarzy się m.in. nieco z tym, a w sekcji gitarowej z wieloma innymi rzeczami.

Kawałek ORKID wpadł w ucho już pod koniec czerwca, i przez długi czas nie chciał z niego wyskoczyć, nie tylko dzięki pozytywnym asocjacjom z niegdysiejszą ulubienicą, Florrie (po której akurat słuch od jakiegoś czasu zaginął na dobre).

Bardzo lubię Charlotte Gainsbourg na ekranie, ale i w muzyce nieźle sobie poczyna, i to w przyjemnym stylu french electro: na najnowszy singiel wybrała kawałek oparty na dwuwierszu Sylvii Plath, z klimatycznym klipem, który sama sobie wyreżyserowała.

Do IAMX mam słabość nie od dziś – swego czasu podrzucałem ich kawałek z Imogen Heap, teraz kolejny duet z niezłym wizualem. Całość w muzycznym klimacie, który akurat sędziwemu qpopowi przywodzi wspomnienie jednego z najlepszych niewykorzystanych soundtracków do jednego z najgorszych kinowych rebootów.

Na playliście nie mogło rzecz jasna zabraknąć najnowszych produkcji Jake’a Shearsa, Perfume Genius, Years&Years (nie to, co myślicie) czy Sama Smitha.

To ostatnie bardziej z obowiązku, a jeśli już upodobania, to raczej do oryginału. Tak, to już ten moment, kiedy kolejne pokolenia nagrywają „składanki ku czci” z kompozycjami Eltona Johna i Berniego Taupina. Mało kto przy tym eksperymentuje, wychyla się poza konwencję, klimat i aranż klasyków, osobiście od tegorocznego hołdu wolę ten sprzed 20 lat – tak prehistoryczny, że nie uświadczysz w internetach, podobnie jak The Avengers (nie to, co myślicie, tych z 1998).

Tytułowy kawałek Micheala Blume, RU Mad (That I’m Gay) dołączył do playlisty w tanecznym remiksie z udziałem Shea Couleé and Peppermint, na tyle różnorodnym, że skojarzenia skaczą z prawa na lewo (czy też słyszycie echa Wham?). Oryginalnej wersji piosenki posłuchać można tutaj.

Nie zabrakło też nowych, wielce nastrojowych odkryć kłirowo-muzyczno-wizualnych:


Na liście znajdziecie jeszcze kilka innych kawałków, zestawionych wg qpopowego gustu (w tym zacny remiks Jamali). Całość dostępna jest na blogowym koncie Spotify, gdzie od kilku dni rodzi się kolejna kompilacja – zapobiegliwie nazwana Sierpień 2018. Może nie trzeba jej będzie przemianowywać na Nowy Rok 2019.

Do którego – mam nadzieję – i bez tego z nami wytrwacie.

Komu mało na dobry restart, zawsze może jeszcze zasubskrybować kanał qpop.blog na jutubie, gdzie regularnie dodajemy różne różności.

PLAYLIST: Плохие Мальчики czyli Bad Boys

[Post archiwalny, zawierający odnośniki i podlinkowane elementy, z których część nie jest już dostępna w sieci.]


Zaczęło się od Maxa i jego powrotu z pięknie nastrojową płytą (po części po ukraińsku), która poszybowała w rosyjskojęzycznych iTunesach na szczyt tuż przed wydarzeniami Majdanu. Wtedy też pojawił się jeden z konsekwentnych klipów do tej płyty, która najwyraźniej zostanie sfilmowana w całości:


To była ożywcza odmiana po bombastycznych produkcjach, do których kręcono klipy, próbujące rozmachem przebić Thriller Jacksona – o ile udało się to inscenizacyjnie (zombie sprzed 30 lat naprawdę były nieszkodliwe), to muzycznie Max eksplorował przeludnione niższe półki zachodniej muzyki dance. Nowa płyta jest ludycznie nastrojowa, spójnie pomyślana, tak dźwiękowo jak i wizualnie, dobrze zaśpiewana, a przy tym nowocześnie wyprodukowana – kto ma czas, zachęcamy.
Potem już poszło z górki. Zafrapowani, co też jeszcze produkuje się za wschodnimi granicami, rozpoczęliśmy eksplorację portali ’empetrójkowych’ (szcególnie polecamy półoficjalny zajcev.net ze świetną apką na Androida) a na jutubie – muzycznego kanału Ello (rosyjskiego odpowiednika Vevo), gdzie wydłubać można przedstawicieli wszelkich nurtów: ociężałe minogi, udane morcheeby, ciekawe taneczne negliże lub zdolnych i niebrzydkich panów:

[brakujący klip youtube]

Efektem orania wśród nagrań sentymentalnych, wsiowatych, estradowych oraz żenujących (niektóre opinie o rosyjskiej muzyce popularnej się jak najbardziej potwierdzają), jest dzisiejszy, pierwszy zestaw piętnastu debeściaków, od tygodnia okupującym naszą empetrójkę oraz umysły (za wkład w układ i inne takie serdecznie dzięki kierujemy do M.). Pełna playlista dostępna w serwisie Podsnack, a my nieraz pewnie jeszcze wracać będziemy do ciekawych rosyjskojęzycznych młodych wykonawców (spora ich część zresztą nagrywa również po ukraińsku).

A zanim popadniemy w niewesołe refleksje (artykułowane tu także w ubiegłym tygodniu) o korelacjach kultury i muzyki popularnej z kwestiami i sympatiami politycznymi, zarzucimy na deser parę minut odmóżdżającego dragu i męskiej golizny. Bo nie zapominajmy – Conchita Conchitą, a na Eurowizji były już przed nią nie tylko egzotyczna Dana International, ale także swojska Verka Serduchka.


PS. W roli Julii w nagłówka naszego posta wystąpił nieoceniony Pavel Petel.

PLAYLISTA: Virgin Magnetic Material


Termin ‚virgin magnetic material’ oznacza oryginalną, magnetyczną taśmę-matkę z nagraniami muzycznymi (dzięki której istnieniu z tak oszałamiającym rezultatem można współcześnie na nowo remiksować klasyczne płyty).

Nie dziwi poniekąd, że Shai Vardi z Tel-Avivu taki właśnie obrał pseudonim artystyczny.

Po pierwsze bierze się fakytcznie za miksowanie klasyków, od Beatlesów, Fleetwood Mac, Bowiego, Led Zeppelin, The Smiths, Joy Division, The Clash, przez Talking Heads, The Cure, Petera Gabriela, Queen, Nine Inch Nails, Tears for Fears, Hall & Oates, Garbage, Morissette, Radiohead, Soundgarden, aż po współczesnych – Bon Ivera, Little Dragon czy Beyonce (gust prawdziwie eklektyczny).

Po drugie – pierwsze pytanie, które nasuwa się po przesłuchaniu jego przeróbek, tak utworów sprzed lat, jak i współczesnych: skąd on wziął tak doskonały zapis wokali? Stanowią one zawsze trzon przeróbek, są doskonale zremasterowane i wyeksponowane w stopniu, który zmusza do wysłuchania ich z uwagą, a czasem wręcz odkrycia na nowo (vide: popisowy numer z Rocky Horror Picture Show).


Nam osobiście przypadł do gustu znak rozpoznawczy VMM – spowolnione, elektroniczne podkłady z dużą ilością pulsujących basów. I choć jego styl jest mocno rozpoznawalny, to nie nużący. Głównie dlatego, że Shai wybrane przez siebie utwory rekonstruuje, nadaje nową dramaturgię, często odzierając z najbardziej charakterystycznych, ikonicznych elementów (jak choćby podwójny oklask z Radio Gaga Queen, charakterystyczny refren z Big Time Gabriela podrzucony dopiero pod koniec remiksu, rytmika klasycznego kawałka New Order czy dynamika Pump Up The Jam).

My prezentujemy poniżej swoje ‚the best of VMM’, chociaż tak naprawdę ta lista mogłaby wyglądać zupełnie inaczej:

To tylko maleńka próbka, na profilu soundcloud Shaia znalazło się już 80 jego produkcji. Warto.

PLAYLIST: Xmas 2012

[Post archiwalny, zawierający odnośniki i podlinkowane elementy, z których część nie jest już dostępna w sieci.]

25255bunset25255d6

Zupełnie nie wiemy, jak to się dzieje. Zawsze kiedy kompletujemy playlistę, zaczyna się od jakichś 20-30 kawałków, które muszą-muszą-bezwzględnie na nią trafić, tak jak od tygodni zajeżdżane były we wszystkich możliwych urządzeniach mobilnych. Po długiej batalii wewnętrznej kończy się na 10-15, bo przecież one wszystkie żadną miarą nie pasują do siebie wzajemnie. Tym razem odpadli m.in. Hercules and Love Affair, Patrick Wolf, Ssion i Monarchy (bo w końcu ile można to samo).

Co zatem pozostało? Dziwnym zbiegiem okoliczności większość kawałków plasuje się stylistycznie w obszarach sentymentalnych brzmień złotych, kiczowato połyskliwych i rozczulająco prostych (z pozoru) syntezatorowych plumkań z lat osiemdziesiątych, tudzież tanecznych popisków równie złotych lat dziewięćdziesiątych.

Ale też przyznać trzeba, że w reaktywowaniu nostalgii za tamtymi dekadami współcześni twórcy są niezwykle kreatywni i skuteczni. Jako że nie wstawiamy tu całości (całość jest tu), szczególnej uwadzie polecamy drugą połowę listy, z gościnnym udziałem Kelis i Jessie Ware. A w charakterze bonusa (względnie zapoznania) – przezabawny klip duetu otwierającego naszą listę, Hi Fashion, których poczynania bardzo starannie śledzimy:

Oryginalna playlista dostępna jest w całości pod tym adresem.

EPKA TYGODNIA: Florrie – Late

[Post archiwalny, zawierający odnośniki i podlinkowane elementy, z których część nie jest już dostępna w sieci.]


Eteryczne dziewczę o urodzie i kroku modelki kryje w sobie niejeden talent-niespodziankę.

Nie dla ozdoby pojawia się w teledyskach za bębnami – Florrie to etatowa perkusistka słynnego tandemu producenckiego Xenomania. W stajni Briana Higginsa nabierała szlifów kompozytorskich i realizacyjnych, skończyła stosowne studia realizacji dźwięku i w 2010 roku zabrała się wreszcie za własną karierę.

Zaczęła z półki niezależnej, uderzając – nie bez racji – do internetu, gdzie do dziś dwie swoje pierwsze epki, Introduction i Experiments oferuje za darmo. Obydwie zdobyły jej już zagorzałe grono wielbicieli. Ostatnio zapowiedziała kolejną, zwiastowaną takim oto klipem:

Shot You Down świetnie podsumowuje realizacyjny pazur dwudziestodwulatki. Gęste bity, soczyste basy, elektroniczne smaczki a przede wszystkim – chwytliwe melodie. Kawałek zgrabnie łączy w spójną całość kilka pozornie dramatycznie nieprzystających do siebie wątków – to także znak rozpoznawczy Florrie, którego która z równą wprawą miesza gatunki w innym efektownym kawałku z epki, Every Inch, ale także na poprzednim singlu:

Muzyka Florrie to niewymuszony melanż współczesnych realizacyjnych smaczków z elektronicznymi brzmieniami lat osiemdziesiątych i gitarowymi szarpnięciami rodem z lat pięćdziesiątych; europejska muzyka dance i rock-pop podkręcona francuskim ambiance (kto jeszcze pamięta Vanessę Paradis pod dyktando Kravitza?).

Mimo niekoniecznie powalających umiejętności wokalnych, Florrie doskonale się realizuje w różnorodnym repertuarze i wypracowuje własny styl, z upodobaniem robiąc demonstracyjne brzmieniowe wycieczki na tereny koleżanek: przeróżnych girlsbandów, Lady G. czy Rihanny, by chwilę później pokazać, że to tylko zabawa konwencją.

Z trzech epek zebrałby się już materiał na całkiem przyzwoity, niebanalny album debiutancki wschodzącej gwiazdy, w niewielkiej części przystający do wizerunku dziewczęcia z epoki, kiedy reklamowała perfumy

‚Debiutancki krążek’ będzie jednak zupełnie inny – Florrie pracuje właśnie nad pełnowymiarowym albumem dla jednej z wielkich wytwórni. EP Late jest jej podsumowaniem okresu ‚niezależnego’. Zanim dowiemy się, jaką artystką za chwilę się okaże, warto cofnąć się do wcześniejszych – oto nasze TOP5 z dwóch starszych epek:

Pozostałe kawałki z wszystkich wydawnictw, włącznie z najnowszym, do odsłuchania i pobrania na stronie Florrie.