EUROWIZJA: Maria i Anastazja

Conchita hasłem tygodnia, samymi odsyłaczami do opinii i odgłosów (nie tylko paszczą) zapełnić można pół szpalty. Świeżo wyklute partie polityczne w naszym pięknym kraju nie znajdują lepszej pożywki do swej działalności, jak żądanie od Eurowizji zmiany regulaminu głosowania. Aż szkoda linkować, nie doczytały niepiśmienne misie, że jurorzy kilku krajów faktycznie pogrążyli nasze rodzime cycuszki, ale w niczym nie zaszkodzili „kobiecie z zarostem”, bo ta w głosowaniu publiczności również przeskoczyła konkurentów o dobre 100 punktów (tak, tak, Polacy też na nią esemesowali).

 

Niedorozwój albo raczej postrzeganie wybiórcze, charakterystyczne dla tych panów. Żenów w wykonaniu „osób publicznych” na nieustającym dyżurze komentatorów oderwanych od rzeczywistości też nie warto linkować, bo wcisnęli się ze swoim „nie przy jedzeniu” do każdego kanału. A nawet do telewizji.

Eurokonkurs jest szopką polityczną, muzyka nie liczy się tu od dawna. Dlatego czułem się niezręcznie przed telewizorem oglądając uśmiechnięte siostry Tomalchevy z Rosji, kiedy dostawały kolejne punkty, oczywiście tylko od wasalnych zacofańców, a sala buczała. Miały pecha – przyjechały z całkiem niezłym wykonaniem całkiem fajnej piosenki, no ale czas nie po temu, żeby ich słuchać, a już tym bardziej głosować. Wład Eurowizję jak większość zachodniego cyrku ma w bardzo-bardzo-bardzo głębokim poważaniu, nawet publika rosyjska rzuciła się po konkursie na ajtiunsy by masowo pobierać zwycięski hit brodaczki.


Bliźniaczki mają 17 lat. Koniunkturalistki czy po prostu głupio wdepnęły? Jak to jest jechać na tak wielką imprezę ze świadomością, że nikt cię tam nie chce, wybuczy i wygwiżdże? Osiem lat temu wygrały dziecięcą edycję tego samego konkursu, teraz wracają jako wrogowie publiczni. Jak głęboko niechęć do Wodza P. przekładać się powinna na artystów, zapewne im bardziej widocznych, tym mocniej uwikłanych? Nie temat na bloga, skoro w argumentacji plączą się sami intelektualiści po obu stronach barykady – wróciły czasy bojkotów, odwołanych niesłusznych spektakli, zawieszonych projektów.

Conchita szlochała coraz gwałtowniej, a Maria i Anastazja ślicznie uśmiechały się do końca.

PS. A tak w ogóle pierwszy wpis po tak długiej przerwie miał być na trochę inny temat.

WFF: ‚Zostań ze mną’ vs. ‚Za murami’

kadr z filmu ‚Za murami’

W sobotni wieczór na Warszawskim Festiwalu Filmowym miał miejsce podwójny seans LGBT. Nie wiemy, czy aż tak nie zwróciliśmy uwagi, czy faktycznie tego roku ta ‚sekcja’ imprezy była dużo skromniejsza. Tym chętniej wybraliśmy się na branżowe double feature, zwłaszcza że jednym z pokazywanych tytułów był głośny ‚Zostań ze mną’, okrzyknięty już gdzieniegdzie następcą ‚Zupełnie innego weekendu’, o ile nie samego ‚Brokeback Mountain’. Festiwalowy pokaz miał być jednocześnie przedpremierowym – Tongariro Releasing wprowadza ten film na polskie ekrany już w najbliższy piątek.

I jak to w takich objawionych wypadkach bywa, potwierdziły się obawy, powzięte po obejrzeniu zwiastuna:

Film wpada niestety w większość pułapek fabuł z cyklu ‚moje życie z człowiekiem uzależnionym’, skompilowanych w wariancie tragicznym ‚trzeba zabić tę miłość’. Dramat rozmywa się gdzieś w impresjach kontemplowania miasta i chwil relaksu przy herbacie, zdarzeń mimo dramatyzmu sytuacji jakoś mało dramatycznych.

To jeszcze pewnie nie stanowiło by aż takiego problemu, gdyby nie chybiona obsada głównej postaci – niestety, Thure Lindthardt nie jest aktorem klasy, która pozwoliła by na przykrycie mielizn, czy nadanie rozterkom Erika dramatycznej głębi. A na nim właśnie spoczywa ciężar całości.

Zamiast rozdarcia na ekranie dominuje zestaw stałych grymasów i jojczenie. Paul jest ujmujący w swym niewzruszonym pięknie, niestety, jako że jego ćpuński dramat rozgrywa się głównie poza kamerą, także i on niezbyt wzrusza. Nawet odważne sceny seksu nie są w stanie tchnąć życia w niemrawą opowieść. Zdecydowanie najlepiej broni się muzyka Arthura Russella.

Wszystkie te słabości jeszcze dobitniej ujawnia zestawienie z drugim filmem wieczoru. Belgijskie ‚Za murami’ oparte jest na podobnym motywie – para poznaje się, szaleńczo zakochuje, a potem jeden z kochanków popełnia głupi błąd, który kończy się więzieniem i kosztuje obu bolesną rozłąkę. Ta próba okaże się ponad wytrzymałość szalonego uczucia, i mimo, że obaj nadal się kochają, będą musieli pójść oddzielnymi drogami.

W tym filmie są soczyste sytuacje i krwiste, pełnowymiarowe postaci, ewoluujące wraz z uczuciem, charakterologiczne niuanse pięknie wypunktowane aktorskimi kreacjami. Wygłupy zakochanych śmieszą do łez, a beznadzieja nawoływań pod ceglanym murem chwyta za serce.

Tu także reżyser skupia opowieść na tym, który czeka, ale w tym wydaniu to czekanie namacalnie dojmujące. Tu też jest jeszcze szansa, i jest bolesna decyzja. Jednak rozstanie nie zostanie skwitowane stwierdzeniem ‚zostawiłem u ciebie kaszmirowy sweter, zostaw go u portiera’. Tu po prostu brakuje słów.

O ile tylko czas pozwoli, napiszemy o tym filmie dużo więcej.

FLASHBACK: Grodzka, Lubiewo, Madonna, NPH, AbFab, Fishel, Brannan, Kylie, Antony

[Post archiwalny, zawierający odnośniki i podlinkowane elementy, z których część nie jest już dostępna w sieci.]

zdjęcie miesiąca: Ania Grodzka dla Polityki [źródło]
Wprawdzie po ostatnim, zbyt długim, narodowoświątecznym weekendzie powinniśmy zapewne pisać o czymś zupełnie innym, ale nad zajściami z 11.11.11 zastanawiają się wszyscy święci oraz odpowiedzialni, mądre głowy i głupie, więc chyba nie musimy. Dlatego w podsumowaniu dwutygodnia stawiamy jednak na pozytywy czyli inaugurację działalności nowego sejmu z Grodzką i Biedroniem w szeregach (o czym trąbił cały świat). Choć obecność tego ostatniego i jego pierwsze sejmowe wystąpienie już wzbudziły aferę językowo-polityczną.
QP tymczasem, jako twór w ogromnej większości apolityczny, zajmował się w tym czasie na Fejsie sprawami zupełnie bez znaczenia z punktu widzenia polskiego życia społeczno-politycznego :

Muzyczniehttp://vimeo.com/moogaloop.swf?clip_id=31170002&server=vimeo.com&show_title=0&show_byline=0&show_portrait=0&color=&fullscreen=1&autoplay=0&loop=0
Poza tym obejrzeliśmy i pokazaliśmy:

Na deser zostawiliśmy animowane cudeńko do znamiennego w tytule klasyka:

To rzecz jasna nie wyczerpuje mniej lub bardziej rozrywkowych zawartości kłirpopowego fanpejdża, ale o tym na bieżąco przekonuje się już ponad 670 osób 🙂

FLASHBACK: Lubiewo, Zombie Boy, Bell Soto, Madonna, Weir, AIDES, Erasure, Florence, Lynch, Young, R.E.M., Wolf

[Post archiwalny, zawierający odnośniki i podlinkowane elementy, z których część nie jest już dostępna w sieci.]


Okoliczność do podsumowania przedświateczna, stąd zaczynamy wielce romantyczną w wyrazie fotką z Powązek – w takim stanie zastaliśmy z Szotem nagrobek międzywojennej skandalistki lezbijskiej, Zofii Sadowskiej. W nawiązaniu do poprzednich homowarszawskich spacerów zadusznych, tym razem zapraszamy na oględziny połączone z konkretniejszym oporządzaniem nagrobka – szczegóły tutaj.
Tymczasem zanim spotkamy się wśród pomników, katakumb i szeleszczącego pod stopami listowia, oto zestawienie nachwytliwszych pedalskich tematów z naszego fejsowego fanpejdżyka z ostatnich dwóch tygodni:

Jedną z jutubowych sensacji stał się natychmiast reklamowy klip kosmetyczny, popełniony przez Zombie Boya na rzecz prodktów, kryjących blizny, tatuaże i wszelkie inne przebarwienia na skórze. Jak widać – bardzo skutecznie, zwłaszcza przy udziale kilku speców od make-upu i wizażystów:

Ponadto zaroiło się ostatnio od nowości muzycznych:

Zachowaliśmy na koniec naszą cichą faworytkę, która pewnego poranka wprawiła nas swoim trashowym klipem, dyskotekową melodią i powerem w głosie w całkiem filuterny nastrój. Więc – przed melancholijnym świętem – zapodajemy:

Spokojnego przedłużonego weekendu!

WFF 2011: Weekend, Odlot, Nerwówka, Ostatnia runda


W niedzielę dobiegła końca 27 edycja Warszawskiego Festiwalu Filmowego, który w ubiegłym roku dołączył do ‘Kategorii A’ światowych festiwali, stając się jednym z 14 najważniejszych imprez tego typu obok Berlina, Wenecji, Cannes czy San Sebastian. W tym roku w ramach WFF pokazano łącznie 127 filmów pełno- i prawie 100 krótkometrażowych. Odbyło się 5 konkursów: Międzynarodowy (główny), 1-2, Wolny Duch, Krótki Metraż, Dokument. W konkursie głównym startowało 20 filmów, zwyciężyła produkcja polska, „Róża Wojciecha Smarzowskiego. Festiwal zamknął przedpremierowy pokaz najnowszego filmu Davida Cronenberga, „Niebezpieczna metoda”.
W katalogu 27 edycji WFF nie zabrakło tytułów z wątkami LGBT – w tej ‘sekcji’ pokazano w tym roku cztery filmy fabularne i jeden dokumentalny. Dla porównania: w 2010 mieliśmy okazję obejrzeć 7 tytułów w odwróconych proporcjach – dwa fabularne oraz pięć dokumentalnych i paradokumentalnych, m.in. o sytuacji osób transseksualnych w Bangladeszu, subkulturze miśków w USA i Europie, czy przemianach społeczności LGBT w Nowym Jorku w ciągu ostatnich trzydziestu lat.
Mógł się więc czuć zawiedziony, kto w tym roku oczekiwał podobnej diagnozy społeczno-politycznej sytuacji osób LGBTQ na świecie. Dokumentalny rodzynek o niezręcznym polskim tytule „Orędownik gejowa” należał do kategorii biograficznej – na szczęście jego bohater, Bruce LaBruce, to postać niebanalna i barwna, a jego portret przekrojowo obrazuje drogę, jaką przez ostatnie ćwierćwiecze przeszedł radykalny, artystyczny ruch gejowski.


zwiastun filmu Orędownik gejowa
Znamienne, że właściwie żadna z fabularnych propozycji nie należała do drapieżnych czy konfrontacyjnych – opowiadają historie intymne, indywidualne losy, osadzone w różnych kontekstach społecznych, jednak z rzadka nabierające wymiaru politycznego. Frustracja i bezradność wobec rzeczywistości zastanej najjaskrawiej dochodzi do głosu w słoweńskim „Odlocie”, jednak i tam na ogólnym poziomie społeczno-polityczno-gospodarczym, bez szczególnych odniesień do sytuacji osób nieheteroseksualnych.
Bycie gejem w tegorocznych filmach (dla literek L i T zabrakło niestety miejsca) miało wymiar zmagań osobistych: ze sobą i własnymi uczuciami, z najbliższym otoczeniem. Młody bohater „Nerwówki” (Islandia) przechodzi drogę od odkrycia swojej orientacji do samoakceptacji; para z „Weekendu” (Wielka Brytania) rozprawia o wadze procesu, jakim jest coming-out; gejowski bohater „Odlotu” (Słowenia) nie czyni ze swojej seksualności atrybutu, za to wciąż zmaga się z przeszłością, kiedy był szykanowany w szkole; dojrzali bohaterowie „Ostatniej rundy” (Chile) walczą o przetrwanie uczucia w świecie nie tyle nawet homofobicznym, ile po prostu nieprzyjaznym.
Był więc tegoroczny przegląd kina LGBT w ramach WFF propozycją raczej dla wielbicieli kina obyczajowego i psychologicznego, niż zaangażowanego czy wręcz politycznego. I jako taki nieźle spełnił oczekiwania – najsłabiej w zestawie prezentował się „Odlot”, poczucie niedosytu pozostawić mogła „Nerwówka”, jednak wszystkie filmy prezentowały dość wyrównany poziom realizacyjny i aktorski.


zwiastun filmu Nerwówka
Szczególnie wyczekiwany dla gejowsko-lesbijskiej publiczności kąsek stanowić mogła sensacja tegorocznych festiwali branżowych, brytyjski „Weekend”, który za niecały miesiąc wchodzi w Polsce na ekrany kin studyjnych. Kameralny, niezależny film, przez niektórych okrzyknięty już na wyrost ‚najlepszym filmem gejowskim wszechczasów’. W plebiscycie publiczności WFF zajął siódme miejsce. Z pewnością jeszcze o nim napiszemy, tymczasem po kliknięciu na ‚czytaj więcej’ parę słów o wszystkich propozycjach LGBT 27 Warszawskiego Festiwalu Filmowego.


Orędownik gejowa (The Advocate for Fagdom) Francja 2011
Portret skandalisty, artysty transgresywnego, pornografa undergroundu – Bruce’a LaBruce. Jego twórczość: queerzin, krótkometrażówki, muzyka, zdjęcia, performance, filmy fabularne stanowią mieszankę ostrej erotyki, zabawy kiczem i konwencjami, mocno podlaną radykalną diagnozą sytuacji społecznej i politycznej. Z wywiadów, fragmentów dokumentalnych i fabularnych, wyłania się obraz kanadyjskiego chłopca wychowanego na farmie, który trafiwszy do Toronto w drugiej połowie lat 80., zafascynowany ruchem punk, współinicjuje ‘homocore’, z założenia stojący w opozycji nie tylko do kultury masowej, ale także (i przede wszystkim) do uładzonej ‘kultury gejowskiej’. Przed kamerą – obok samego bohatera – wypowiadają się jego aktorzy, współpracownicy, przyjaciele, wychowankowie i koledzy po fachu. Obok scen z najbardziej znanych filmów reżysera, „No Skin Off My Ass”, „Hustler White”, „The Raspberry Reich”, „Super 8½”, oglądamy także fragmenty występów w telewizji kablowej, w których jako wcielenie Judy Garland  prowokuje gości w studio jak i przechodniów na ulicy, np. dopytując, gdzie można kupić poppersa. Niewiele dowiadujemy się o prywatnym życiu artysty, który sam opisuje je jako nudne i przeciętne, z mężem u boku, dokonując wyraźnego rozdziału na swoje alter ego publiczne i domowe.
„Orędownik gejowa” dokumentuje minioną epokę i ruch artystyczny, nieco na wyrost stawiając LaBruce’a na piedestale obok Gusa van Santa czy Johna Watersa (którzy także wypowiadają się do kamery). Mimo że zaczynali podobnie, Bruce nie odniósł podobnego do nich sukcesu komercyjnego – okazał się zbyt niezależny i niepokorny wobec konserwatywnych wartości, by przedrzeć się do kinowego mainstreamu. W dużej mierze przyczyniła się do tego łatka pornografa, zamykająca drzwi większych studiów filmowych. Z drugiej strony niezbyt się do nich wyrywał – pod ich skrzydłami nie mógłby zapewne kontestować równie swobodnie, jak robi to do dziś…


Ostatnia runda (Mi último round/My Last Round) Chile/Argentyna 2010
Skrzyżowanie klasycznej opowieści bokserskiej z historią kochanków, walczących o przetrwanie w banalnych realiach codzienności. Samotnik Hugo mieszka w małej miejscowości na południu Chile. Właśnie stracił matkę, z którą mieszkał, oraz pracę w barze, którego szef posądził go o romans z córką. Hugo obserwuje ze swoich okien poranny jogging lokalnego championa bokserskiego, Octavio. Wiedziony fascynacją zjawia się w klubie sportowym. Mężczyźni nawiązują romans i coraz bardziej zbliżają się do siebie. Gdy okazuje się, że ze względów zdrowotnych Octavio musi porzucić ring, postanawiają wyjechać do stolicy, i tam spróbować żyć jako para. To okazuje się trudne w obskurnym mieszkanku przy placu rozładunkowym dla tirów. Zwłaszcza, gdy córka szefa sklepu, gdzie pracuje Hugo, zacznie robić mu wyraźne awanse, a Octavio da się skusić lukratywną propozycją powrotu na ring na walkę, której może nie przetrwać.
Już powyższy opis wskazuje, że historia w pewnych aspektach jest więcej niż przewidywalna, jednak wciąga i wzrusza, głównie dzięki przekonującej inscenizacji i aktorom, wiarygodnie rysującym portret pary, która mimo przeciwności losu, trudów i monotonii życia codziennego trwa przy swojej miłości. Pięknie zrealizowany, smutny obraz, w którym para gejów pokazana jest jako niekoniecznie młodzi i atrakcyjni, lecz zwykli, ciężko pracujący ludzie, a wszyscy bez wyjątku fryzjerzy są adeptami i zagorzałymi fanami boksu.


Weekend, USA 2011
Russell jest wycofanym samotnikiem, pracuje jako ratownik na basenie, obraca się w wąskim kręgu heteroseksualnych przyjaciół, w gejowskich klubach bywa okazjonalnie. Jedną z takich piątkowych imprez kończy w łóżku ze świeżo poznanym Glenem, artystą o zadziornym, buntowniczym usposobieniu. Mimo że Russell niewiele pamięta z pijanej nocy i seksu, Glen wymusza na nim intymne zwierzenia do projektu artystycznego, w ramach którego nagrywa swoich kochanków na dyktafon. Na pożegnanie wymieniają się numerami telefonów, raczej bez dalszych intencji, jednak wymiana esemesów sprawia, że spotkają się ponownie tego samego popołudnia. Sobota upływa im na wspólnych posiłkach, długich rozmowach, imprezie, sprzeczkach, seksie, w trakcie których rzecz jasna zbliżają się do siebie, popadając w coraz większą rozterkę wobec faktu, że Glen wyjeżdża w niedzielę do Ameryki na co najmniej dwa lata, a być może nie wróci już nigdy.
Film nie wpada w tony klasycznego kina romantycznego o miłości euforycznej z obowiązkowym happy endem – ta znajomość od początku obarczona jest niemożnością, prowadzącą do wcale niejednoznacznego finału. Intymna historia przełamywania barier nowej znajomości wydaje się nieco schematyczna i popada w zapędy manipulowania widzem, wobec których broni się pięknie skomponowanymi kadrami oraz naturalnymi i przekonującymi kreacjami głównych aktorów, w dodatku wcale przystojnych. Sądząc po wpływach z amerykańskich kin (przez niecały miesiąc już zarobił prawie dwa razy więcej, niż kosztował) – „Weekend” może się podobać.


Nerwówka (Órói/Jitters) Islandia 2010 1/2
Centralną postacią opowieści jest Gabriel, drobny, chłopięcy z wyglądu, dobry duch dawnej paczki ze szkoły – do niego wszyscy dzwonią w środku nocy po wsparcie w kryzysowych sytuacjach. On sam zmaga się z maniakalnie kontrolującą matką, przed którą ukrywa świeży sekret – podczas wyjazdu na kurs językowy do Londynu zbliża się z nowopoznanym Markusem i uświadamia sobie, że jest gejem. Po powrocie do domu przechodzi fazę negacji i kryzys emocjonalny, podczas gdy do głosu dochodzą na ekranie pozostałe, liczne postaci, z których każda przeżywa swój własny dramat: skryta miłość, związek z rosyjskim imigrantem, poszukiwania bezimiennego ojca, zdrada, problemy z alkoholem. Towarzystwo spędza czas na mocno zakrapianych imprezach, po drugiej stronie barykady stoi starsze pokolenie z własnymi obawami, wśród których dominuje poczucie utraty kontaktu z dziećmi. Konfrontacja postaw doprowadzi w końcu do tragedii, po której wszyscy będą musieli ułożyć wszystko zupełnie od nowa, także Gabriel, który ostatecznie postanowi spróbować szczęścia z Markusem.
Film toczy się sprawnie, operuje naturalnymi dialogami, jest świetnie sfotografowany i zagrany przez młodą obsadę. Nadmiar postaci i wątków sprawia jednak, że większość z nich – choć zasługuje na uwagę i rozwinięcie godne serialu – potraktowana jest dosyć pobieżnie. W tym natłoku opowieść Gabriela staje się ledwie klamrą dla całej reszty historii, zdecydowanie zbyt mało wyrazistą. Z drugiej strony dzięki temu natłokowi „Nerwówka” nie traci nerwu i tempa – niezłe kino o wkraczaniu w dorosłość.

 
Odlot (Izlet/A Trip) Słowenia 2011 1/2
Trójka przyjaciół z liceum wyrusza na nadmorską wycieczkę, jak za starych szkolnych czasów. Minęło jednak parę lat i nic nie jest takie jak dawniej:  Gregor przyjeżdża na urlop z wojskowej służby w Afganistanie, Andrej rzucił studia na uniwersytecie, także Živa trwa w zawieszeniu, zniechęcona rzeczywistością dorosłego życia. Atmosfera beztroskiego wypadu od początku podszyta jest niepokojem, który najpełniejsze ujście znajdzie w niespodziewanej demolce samochodu porzuconego na łące. Kumpli łączy brak perspektyw, ideałów, lęk przed przyszłością, jednak – jak łatwo przewidzieć – mają też do załatwienia prywatne zaszłości. Gregor coraz natrętniej narzuca się do Živie, która gnębiona intymnym sekretem na przemian kusi go i odrzuca. U zarania przyjaźni leży homofobiczny incydent w szkolnej szatni – kiedy w kulminacyjnym punkcie prawda o jego przebiegu wychodzi na jaw wydaje się, że dla tej trójki wszystko już stracone.
Jak każdy film z cyklu ‘sentymentalne spotkanie po latach’, tak i ten rozwija się w łatwo przewidywalnym kierunku i – niestety – powiela sporo schematów. Większość spraw pozostaje w sferze niedopowiedzeń, film opiera się więc w dużej mierze na zmiennych nastrojach, grymasach, półsłówkach i pięknych nadmorskich krajobrazach. Początkowo drażniący, potem nieco nużący film broni się dzięki urodzie zdjęć i wiarygodnych kreacjach aktorskich trójki antagonistów, walczących z chwilami nazbyt teatranym tekstem.
[relacja przygotowana dla portalu homiki.pl]

FLASHBACK: FB, Evans, AbFab, Minelli, Madonna, Replika, Biedroń, Levine, Lykke Li, Yehonathan, Hi Fashion, Erasure

Trochę długo nic się nie działo na blogu – to wina nie tyle sezonu urlopowego, co pewnych niespodziewanych życiowych wydarzeń, którymi nie mamy zamiaru truć naszych PT Czytelników. Uspokajamy jednak – właśnie wracamy z wirtualnego niebytu do stałego harmonogramu aktualizacji. Na początek szybciutko podsumujemy ostatnie tygodnie na fejsie.

Jak można domniemać z obrazka powyżej, zyskaliśmy nową okazję do świętowania: 12 sierpnia, dzięki połączonym siłom sprzymierzonym oraz paru życzliwym osobom, liczba fanów naszego fanpejdżyka rzutem na taśmę przekroczyła 600 osób wszelkiej możliwej płci. Cieszymy się strasznie i jeszcze raz wszystkim od serducha dziękujemy.

Na polskim podwórku politycznym najpiękniej w ostatnim czasie namieszała sprawa młodego geja wybranego na sołtysa Leśniewa: najpierw opisana w Replice, potem w GW oraz Polityce. Dopiero Super Express dolał nieco dziegciu do morza słodyczy, jak to homoseksualista rządzący wsią dla nikogo z jej mieszkańców nie stanowi problemu.

Drugim tematem miesiąca pozostają roszady przedwyborcze, z głośnym opuszczeniem przez Roberta Biedronia szeregów SLD na czele – ruch najcelniej chyba podsumowany tutaj. Wskoczenie na jego miejsce radnego Legierskiego ocenić można chyba tylko jako co najmniej niezręczne. W ostatnich dniach okazało się, że mnóstwo znajomych i miłych twarzy wystartuje z list Palikota, wśród nich m.in. własnie Biedroń, który stanie w szranki z Leszkiem Millerem oraz transseksualna Anna Grodzka.

A oto pokrótce dalsze tematy, jakie pojawiły się na fanpejdżu przez ostatnie 3 tygodnie:

Muzycznie i paramuzycznie donosiliśmy i linkowaliśmy m.in.:

Na deser zostawiliśmy klip do nowego kawałka artysty niepoważnego – Jonny’ego McGoverna, który tym razem wychwala zalety moli książkowych. Nieco fałszywie zważywszy, że w teledysku mało który z nich różni się wyglądem od modela:

Na początek to tyle. Miłego tygodnia, i do ciągu dalszego.

Abiekt się likwiduje

Za chwilę minie miesiąc, jak Abiekt oficjalnie potwierdził ostateczne zamknięcie wydawnictwa. Nie pisałem wcześniej, bo marudził o tym nie raz przez ostatni rok; potem – bo czekałem na ogłoszenie terminu uroczystego spalenia pozostałości nakładów – nadaremnie; widocznie postanowił ostatecznie celebrować ten moment w samotności. Najbardziej chyba jednak dlatego, że wciąż jakoś trudno mi to przyjąć do wiadomości. Poza Fun Home i Kochankiem czerwonej gwiazdy w powstaniu pozostałych książek maczałem swoje krótkie paluchy. Ale to nie tylko z powodu utraty profitów (żart) oraz natychmiastowej sławy (znów żart), jakie te tomy przynosiły, żal mi zniknięcia Abiekt.pl – są przynajmniej trzy daleko ważniejsze.

Po pierwsze (bo ewidentne):
Znika jeden z pierwszych i wciąż jeden z nielicznych rodzimych biznesów stricte gejowskich.

Po drugie (bo bezsporne):
Książki firmowane przez Abiekta cechowały się wypracowaną jakością: w doborze tytułów (patrz punkt trzeci), tłumaczeniach, nowoczesności eleganckiego składu, walorach językowych tekstów.

Po trzecie (clue):
Wojtek Szot wkroczył na nowe terytoria.
Jako pierwszy pokazał polskiemu czytelnikowi gejowskie i lesbijskie komiksy światowej ligi: Bechdel i Königa. To, że większe uznanie znalazły w środowisku komiksowym niż LGBT, świadczy wyłącznie o ogólnym poziomie percepcji w Polsce komiksu jako gatunku literackiego: poważne pozycje czytają wyłącznie pasjonaci. Poważne w rozumieniu ‚wysokogatunkowe’, bo przecież komedie Königa to światowy samograj i maszynka do robienia pieniędzy. U nas – patrz: tytuł posta. Zdając sobie z tego zapewne sprawę, Szot wprowadził w czyn coś, o czym marzyłem od dekady z okładem. Niestety, sprawdziły się też obawy.

Wobec powyższego ważniejsze pozostaje zatem być może, że obok importowanych (i potencjalnie kasowych) pozycji Abiekt wdrażał też własne projekty, którymi zawalczył o swojską, polską tożsamość pedalską. Ujmuję to tak kolokwialnie, bo zaproponował podejście organiczne, tak w odniesieniu do przeszłości jak i teraźniejszości. Homowarszawa i Art Pride pokazują obraz społeczności LGBT w Polsce w wymiarze społecznym, politycznym, kulturalnym, artystycznym. Równie ważkim elementem tego obrazu jest pamięć o Iwaszkiewiczu, co wspomnienie o miejscach anonimowego seksu.

Odnosi się w tych zabiegach do osiągnięć ruchu zachodniego – brak takiej ‚zbiorowej pamięci’, momentu ‘przekazania bagażu doświadczeń’ (vide Hollinghurst) jest zapewne jednym z powodów, dla których zaangażowanie w sprawy ogólnośrodowiskowe kształtuje się u nas na wiadomym poziomie, na który wszyscy narzekamy. Poprzez ogrom włożonej pracy w zebranie okruchów przeszłości Szot uświadamia i apeluje, jak ważne jest rejestrowanie tego, co dzieje się z nami tu i teraz. W tej działalności od początku zresztą konsekwentnie wychodzi poza ramy czysto ‘książkowe’.

Szot spaceruje po Homowarszawie [zdjęcie: Agencja Gazeta]

Pasja odkrywania bywa zaraźliwa, podobne inicjatywy w innych miastach dowodzą, że i inni uświadamiają sobie tę konieczność. To krzepiące, bo kto lepiej zajmie się naszą historią, jeśli nie my sami – rzetelnych badań naukowych doczekamy nieprędko, niechybnie w momencie, gdy to co dzieje się teraz odejdzie w sferę dedukcji i domysłów. Podobnie jak teraz rozmywa się z pozoru niedaleki wiek XX., z którego wiele da się jeszcze zapisać i – co ważniejsze – udokumentować. I Szot konsekwentnie to właśnie robi, jednocześnie jednak – jako niemal aktywista – działając w wymiarze jak najbardziej teraźniejszym i perspektywicznym.

Nie ma więc chyba powodów do ostatecznych rozpaczań. Bo może i zamyka się wydawnictwo, ale jego spiritus movens wciąż działa. Pomijając Miłość nie wyklucza, festiwal homowarszawski i uporczywe mieszanie w środowiskowym tygielku, pisze ponoć własną książkę na ulubione, historyczne tematy. Zabraknie więc Abiekt.pl, ale na pewno będzie co czytać i nad czym debatować.

No i proszę. Z krótkiej notki wyszła całkiem ładna laurka z kokardką.

FLASHBACK: N.Y. Nathan Mills, Spelling, AIDES, Collins, Dove, Outfest, Jones, Bjork, Winehouse, Oscar Meteor

[Post archiwalny, zawierający odnośniki i podlinkowane elementy, z których część nie jest już dostępna w sieci.]
zdjęcie tygodnia: działaczki Kitty Lambert i Cheryle Rudd jedną z pierwszych par zaślubionych nad Wodospadem Niagara [źródło]

Wiadomością tygodnia na poletku LGBT są oczywiście małżeństwa homoseksualne w Nowym Jorkuod wczoraj legalne. W związku z kolosalnym zainteresowaniem władze ogłosiły loterię dla chętnych a wodospad Niagara zabłysł na tęczowo. Jedni wzruszają się i triumfują po latach czekania, inni liczą już zyski ze ślubnego biznesu w nowym segmencie klientów. Z rozwodowego zresztą też.

Z innych tematów pokazaliśmy na FB m.in.:

Muzycznie na fanpejdżu zapodano tym razem mniej, a mianowicie:

W tym tygodniu otrzymaliśmy dwie ciekawe wrzutki z Francji. Pierwsza z nich autorstwa konglomeratu artystycznego, kryjącego się pod pseudonimem Oscar Meteor, z całkiem niezłymi produkcjami muzycznymi, wspartymi miłymi oku klipami całujących się panów. Całość wspierać ma rzecz jasna ideę tolerancji itede. W tej formie popieramy jak najbardziej:

Komu się spodobało – jest też klip do remiksu.

Druga muzyczna propozycja made in France jest dużo bardziej wywrotowa obyczajowo i w wyrazie. Wielce brodaty wykonawca, Benjamin Dukhan, kryje się pod pseudonimem The Burger Girl. kto ciekaw nie obejrzy skandalizujący teledysk o znamiennym tytule Slut Machine, którego nie chcą pokazywać telewizje już teraz, my obiecujemy jeszcze do niego jak i do stojącej za nim postaci powrócić.

I to tyle na dziś. Tradycyjnie zapraszam tu, tu i tu. Miłego tygodnia 🙂

FLASHBACK: G+, Flavors, Debiutanci, Tilda Swinton, Matt Alber, Penguin Prison, Madox

[Post archiwalny, zawierający odnośniki i podlinkowane elementy, z których część nie jest już dostępna w sieci.]
QueerPop – teraz także na Google+

Syndrom lata ani chybi, bo po przejrzeniu fejsowych wrzutek z tygodnia dochodzimy do konstatacji, że na QP nastał sezon ogórkowy, co bynajmniej nie znaczy, że nic się nie dzieje.
Zmęczyliśmy się chyba linkowaniem do polityki, której dość wszędzie wokół i do znalezienia bez trudu. Dostaliśmy jednak dzisiaj w tej kwestii dyskretne napomnienie – powoli doszliśmy bowiem do etapu, kiedy nasi fani, zniecierpliwieni brakiem interesujących ich tematów, wrzucają je na naszej tablicy sami. Obiecujemy więc poprawę w tym względzie.
Na swoje usprawiedliwienie mamy jedynie inaugurację konta na platformie Google+, osławionym anty-fejsbuku (zwanym pieszczotliwie gie-plus), chwilowo w stadium raczkującym, więc niewiele się tam dzieje. Ze dwa popołudnia zajęło nam przedyskutowywanie z innymi użytkownikami wad i zalet jednego i drugiego (w wyniku czego obwołani zostaliśmy hejterami).
Póki co G+ z klucza ruguje profile firmowe (ponoć oficjalnie wprowadzi je jesienią), więc już raz QP został na platformie zawieszony, niemniej działamy: kto ma konto, znajdzie nas tutaj.

QueerPop teraz także na Flavors.me


Dla tych, którzy nie zauważyli pojawienia się wielokolorowego kwadracika w górnym rogu naszej strony, bądź nie odważyli się/nie pomyśleli w niego kliknąć, donosimy, że uruchomiliśmy także profil na serwisie Flavors.me, który zestawia najświeższe wpisy z twittera oraz ulubione pliki z różnych serwisów (w naszym wypadku: vimeo, youtube, soundcloud i flickr). Kto więc ciekaw, co tam ostatnio gdzie polubiliśmy, znajdzie to teraz w jednym miejscu. Warto zajrzeć, zważywszy, jak niewiele z tego trafia tutaj, czy nawet na FB. Nie ma za co 🙂
Zanim się zorientowaliśmy, wciągnęło nas też wykazywanie, dlaczego tak bardzo rozczarował nas film Debiutanciod ostatniej wspominki nasze zdanie tylko się umocniło. I znów – po wielogodzinnych elaboratach – uznani zostaliśmy za hejterów, więc chyba jednak coś w tym jest.
Dla relaksu oraz w zachwycie jeden cały wieczór zaś przesiedzieliśmy na balkonie, podziwiając burzowe widowisko nad stolicą.

W przerwach w zrzędzeniu na to i tamto, i wszystko inne, zdążyliśmy donieść o następujących pierdołach:

Jak zwykle trochę też było muzyki:

Jako teledysk tygodnia pokażemy alternatywną (niezależną) wersję klipu do The Edge of Glory Lady G. W pierwszym odruchu próbowaliśmy wyłączyć muzykę zastanawiając się, czemu do cholery ktoś nakręcił tak miłą etiudkę akurat do tego kawałka, potem jednak jakoś się nam nawet wszystko ze sobą skomponowało:

Dlaczego ta wersja jest pod każdym względem lepsza od oryginału, nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć…