OUTFILM: Nevrland ****

Z gejowskimi dreszczowcami i horrorami jest niestety tak, że często bywają niestrawne. Wcale nie dlatego, że są „niezależne” oraz niskobudżetowe, co raczej naiwnie prostoduszne, z brakami scenariuszowymi i inscenizacyjnymi urągającymi inteligencji i cierpliwości widzów. Najczęściej maskują to przynętą/przykrywką w postaci chłopców ładnych, choć niekoniecznie aktorsko wydolnych, co z kolei rekompensować mają ich na maksa odkryte ciała.

Tymczasem Nevrland – nagości bynajmniej nie unikajac – pokazuje, że nawet przy ograniczonych środkach realizacyjnych można osiągnąć wiele, o ile tylko ma się pomysł i coś autentycznie ciekawego do powiedzenia. I pokazania, bo to przede wszystkim koncepcja, inscenizacja i zdjęcia stanowią o pierwotnej i organicznej sile przekazu debiutanckiego filmu Gregora Schmidingera.

Jacob jest zamkniętym w sobie, szczupłym siedemnastolatkiem tuż po szkole. Wychowywał się bez matki, która odeszła; opiekuje się niedołężniejącym dziadkiem, a z ojcem zaczyna właśnie swoją pierwszą pracę – w rzeźni, gdzie obmywa z krwi korpusy zabitych świń. Pogłębia to jego narastające problemy w komunikacji ze światem oraz – przede wszystkim – z samym sobą. Jest niedoświadczonym, skrytym gejem, oglądającym nocami porno na laptopie i nękanym stanami lękowymi, które zaczynają się manifestować fizycznie: Jacob traci w pracy przytomność i trafia do lekarza. A potem do terapeuty.

W tym samym czasie na portalu z kamerkami nawiązuje znajomość ze starszym, 26-letnim Kristjanem, aspirującym artystą multimedialnym, swobodnym w obyciu, który z czasem namawia go na spotkanie w realu. Jacob jest jak zawsze niepewny i podejrzliwy, ale pokusa jest zbyt wielka, by się koniec końców nie oprzeć. Wobec coraz silniejszych bodźców (względnie pod wpływem leków) chłopaka zaczynają nawiedzać coraz intensywniejsze wizje i dzienne koszmary, a kiedy za namową Kristjana zażyje substancję psychotropową, Jacob całkowicie zanurza się w swoim przerażającym imaginarium.

W wir urojeń pociąga widzów razem ze sobą. Opowieść od początku rozgrywa się z jego perspektywy, o ile nie całkowicie w jego głowie (czy Kristjan istnieje naprawdę, i czy to ma znaczenie?). Sprane i blade kolory codzienności coraz bardziej wypierane są psychodelicznymi barwami, pulsującymi jaskrawymi błyskami w rytm rave’wowej muzyki. Niepokojące, brutalne montażowe migawki z przeszłości mieszają się z czasem teraźniejszym, wyobrażonym oraz równoległym, rzeczywistość się odrealnia i nic nie jest już pewne: Jacob sam już nie wie, czy stoi twarzą w twarz z samym sobą, czy ze swoim strachem. I gdzie leży granica.

Debiutujący, młodzieńczy Simon Frühwirth udźwignął ciężar gatunkowy wymagającej roli. Nie szarżuje bez potrzeby, jest wycofany, zdystansowany, ale jednocześnie buzujący od sprzecznych emocji wobec świata i swoich własnych pragnień. Jego Jacob ma gigantyczne, purpurowe znamię, pokrywające cała lewą stronę klatki piersiowej – od strony serca; to miejsce bardziej wrażliwe na czuły dotyk, a jednocześnie wygląda jak mroczna mapa Nibylandii, w której żyje chłopak, zasnutej zmorami wyparcia, lękami, tłamszonymi pragnieniami. Pozostali aktorzy z obsady również się sprawdzają: zaludniają Nevrland, kreując konsekwentnie postaci enigmatyczne, momentami niepokojące, niemal symboliczne – są dokładmie takimi, jak postrzega ich Jacob.

Reżyser Gregor Schmidinger wraz z operatorem Jo Molitorisem wrzucili swojego bohatera (a nas za nim) wprost w psychodeliczny świat odzwierciedlający jego stany świadomości, zafundowali jazdę nawiązującą wizualnie i klimatem do klasyków pokręconego kina: Argento, Lyncha czy Kubricka. Za pomocą sprawnie użytego światła, dźwięku i montażu biją obrazem po zmysłach (vide: ostrzeżenie przed efektami stroboskopowymi). Ponad racjonalną logikę wydarzeń twórcy stawiają sugestywność swojej wizji i konsekwentnie wykreowaną atmosferę zagubienia i niepokoju. Schmidinger trzyma jednak wszystko w ryzach i zgrabnie unika niebezpieczeństwa przerostu formy nad treścią. Wykłada zresztą wprost swoje credo w rozmowie chłopaków w muzeum: kiedy Jacob stwierdza, że nie rozumie sztuki, Kristjan odpowiada, że nie trzeba jej rozumieć, tylko doświadczać.

Ta taktyka się sprawdza – Nevrland to film, który nawet jeśli nie do końca jasny w przebiegu i konkluzji, doskonale sprawdza się nie tylko jako dreszczowiec z pogranicza horroru. Na dobre odciska się w głowie i pamięci, prowokując po seansie wciąż nowe przemyślenia i warianty interpretacji.

Oglądaj na outfilm.pl
dramat / eksperymentalny / horror / psychologiczny/ thriller
Austria / 2019 / 88min. / polskie napisy
Reżyseria: Gregor Schmidinger
Obsada: Simon Frühwirth, Paul Forman, Josef Hader, Wolfgang Hübsch

FILM: Pieśń Orfeusza ★★

Niewątpliwym pechem Pieśni Orfeusza jest, że wpadł na outfilm.pl tydzień po rewelacyjnym Blondynie (o którym piszę tutaj). I bez tego obraz średnio się broni, ale w porównaniu… Nie ma porównania.

Śpiewka jest zasadniczo ta sama: dwóch facetów (jeden – bezrobotny, drugi – ambitny student z dziewczyną do kożucha), wspólne przebywanie (tym razem na siłce), coś na kształt przyjaźni i okoliczności coraz bardziej sprzyjające zbliżeniu. Bo cóż bardziej sprzyja romantycznym uniesieniom niż wspólny wakacyjny wyjazd na greckie wyspy? Obok pomysłu na fabułę oraz przystojnych facetów, którzy ideę magicznej miłości mieliby (nomen-omen) ucieleśnić, filmowi brakuje właściwie we wszystkim.

Zacznijmy od bohaterów, którzy nie tyle nawet są nieciekawi, ile absolutnie bez wyrazu. Niewiele mieli do zagrania, ale zrobili jeszcze mniej, snując się po kadrach z urokiem manekinów. Scenariusz nie ułatwia sprawy: zamiast skupić się na portretowaniu swoich bohaterów, każe im detalicznie inscenizować klikanie w ankietę konkursową i – och! pełną niedowierzania – rozmowę z biurem podróży, czy aby wygrana wycieczka to nie ściema. Bez zbytniego przekonania drugi z kolegów protestuje przeciw współnemu wyjazdowi (bo nauka), a już w następnej scenie panuje co do tego zgoda. Poza podawaniem sobie hantli nie bardzo dowiemy się, jakie relacje i emocje łączą kolegów od sztangi, nawet podtekstów seksualnych nie uświadczysz, za to detalicznie prześledzimy procedurę meldowania się w greckim hotelu, wyjątkowo zresztą pustym. A wytrwałych widzów czeka jeszcze bezsensowna próba wymuszenia na personelu numeru pokoju jednego z gości, która to scena zapewne ma coś pokazać, trudno jednak dociec co, poza tym, że jej bohater niewiele rozumie.

Skoro chłopaki pójdą w nieznane (bo wyspa ciekawie wygląda na mapie), to na pewno się zgubią; skoro rzucają z głowy imionami greckich bogów, to ci na pewno się za chwilę wmieszają (symbolika, panie); skoro za chwilę spotykają lokalnego dionizejskiego Puka (przepraszam: Herkulesa), który ostrzega, żeby nie jeść granatów, bo się zakochają czy coś, to zapewne się zakochają, czy coś. Problem w tym, że leniwe ślizganie kamery po nagich torsach zwieńczonych bielizną od Bossa nie kreuje z automatu atmosfery romansu, a turlanie się bez końca po mokrym piasku egzotycznej plaży facetów, którzy nawet porządnie się ze sobą nie całują, to obraz daleki od namiętnego wybuchu seksu.

I tak dalej, i tym podobne. Jedna noc i przyjaźń się sypie, jeden papier i miłość się rodzi. Ale najpierw brniemy przez szablonowe sceny rozterek tudzież cierpienia, równie bezbarwne jak cała historia oraz jej inscenizacja. Bo czego aktorzy nie dograją, to kamera też nie dopowie, o wykreowaniu jakiejkolwiek atmosfery nie wspominając: w ciągu dnia rejestruje spłukany obraz cyfrowy, w nocy nieco mniej spłukany, bo niebieski.

Wątek magii miejsca i mitów wygrany został jednym lokalsem z alko pod kamieniem, wątek późnego odkrywania swojej seksualności skwitowany markową bielizną i biletem lotniczym. Rozterki życiowe (o ile jakiekolwiek) odsunięte krótkim „później się zastanowię” a najbardziej dramatyczną deklaracją okazuje się wypowiedzenie karnetu na siłkę.

Że można ciekawiej przy równie ograniczonych, crowfundingowych finansach, Tor Iban pokazał w Roku tygrysa, może nie bardziej porywającym, ale na pewno przynajmniej intrygującym. Koniec końców, Pieśń Orfeusza jest co najwyżej piosenką, jakich wiele, z przydługim klipem do obejrzenia jednym okiem i szczęśliwym zakończeniem.

Drama, tromans / Niemcy 2019 / 72min. / polskie napisy /
Ograniczenie wiekowe dla filmu – od 16 lat
Reżyseria: Tor Iben
Obsada: Jasper Joseph, Kristina Kostiv, Julien Lickert, Henry Morales

Oglądaj na Outfilm.pl

OUTFILM: Blondyn ★★★★

Marco Berger jest specjalistą od filmów, w których (z pozoru) nic się nie dzieje, a jednak ekran aż buzuje od emocji. Mam do takich tytułów słabość, dlatego „Okruchy dnia” Ivory’ego mogę oglądać w nieskończoność, za każdym razem odkrywając na nowo, jak wielką życiową tragedię skrywać może jedno uniesienie brwi Hopkinsa.

Dla takich widzów kręci filmy argentyński reżyser, a „Un rubio” jest chyba najdojrzalszym z dotychczasowych.

Zupełnie przypadkiem tuż przed „Blondynem” obejrzałem jeden z poprzednich, „Hawaii”, oparty na podobnym pomyśle, tyle że dużo lżejszy w wymowie. Pan spotyka pana, w całkiem zwykłych okolicznościach: w jednym filmie mamy pusty, wakacyjny dom na prowincji, w drugim – blokowe mieszkanie w mieście. W tamtym bezdomny podejmuje się drobnych prac w budynku w zamian za wikt, tutaj mężczyzna podnajmuje koledze z fabryki pokój, z którego właśnie wyprowadził się jego brat. Na pytanie „kto będzie u ciebie mieszkał?” odpowiada: „no wiesz, ten blondyn.” Ten dziwny.

Gabriel zwany Gabo. Spokojny, cichy, introwertyczny, niewadzący nikomu, ale też niezbyt popularny, wycofany nawet wobec własnej dziewczyny. Raz w tygodniu jeździ do domu w odwiedziny do córki, którą po śmierci matki wychowują dziadkowie. Juan odwrotnie, bardziej macho: nie przejmuje się zbytnio ani nie krępuje otoczeniem, co i raz kumple wpadają na piwko i mecz w tv, dyskutują o kobietach w piłce nożnej, lesbijkach i na podobnie męskie tematy. Czasem nocują dziewczyny, stałe lub mniej. Gabo nie bardzo pasuje do tego zestawu i – wpół przerażony w sobie – zawsze pozostaje gdzieś obok samczego stadka.

Ekranowi bohaterowie są przy tym całkiem zwyczajni i wiodą zwyczajne życie. Wspólnie dojeżdżają kolejką do pracy, wspólnie pracują i wracają. Papierosy palone na dachu, bezmyślne gapienie w telewizor, wieczorne spotkania w kuchni, wyjścia do sklepiku po browara czy lody. Odgłosy zza ściany, migawki zza uchylonych drzwi. Na ukradkowych spojrzeniach, półsłówkach, zbliżeniach twarzy w zatłoczonym pociągu, ciężarach ciał leniwie rozłożonych obok siebie na sofie, kiełkuje narastające poczucie bliskości i erotycznej fascynacji, które z czasem staje się oczywiste nie tylko dla skrytego Blondyna.

Marco Berger uważnie obserwuje swoich bohaterów, którzy ukradkiem obserwują siebie wzajemnie. Cierpliwie i precyzyjnie diagnozuje, a potem przedefiniowuje uczucia mężczyzn w przestrzeni ograniczeń, jakie na siebie narzucają. Szybko zgadujemy, w jaką stronę zmierza historia, ale chemia pomiędzy oboma narasta tak sugestywnie, a finał zdaje się coraz mniej pewny i intrygujący, że – wraz z Juanem i Gabo – dajemy się ponieść. A im bardziej się wciągamy, tym więcej widzimy.

Powtarzające się sytuacje dnia codziennego, powracające w powtarzalnych ujęciach, ewoluują wraz z bohaterami: w pierwszej migawce z zatłoczonej kolejki miejskiej przyciśnięci do siebie Gabo i Juan omijają się wzrokiem, w kolejnej – z trudem nie patrzą sobie w oczy. W następnej – prowadzą swobodną rozmowę na peronie. Kiedy Gabriel ośmiela się zrobić pierwszy krok, Juan zastyga w bezruchu i odwraca głowę; przyjdzie jednak moment, gdy zacznie całować pierwszy. Przyjdzie i czas na czułość.

Wzajemna uwaga i uczucia pogłębiają się, ale pojawia się też opór wywołany odmiennymi, zewnętrznymi i własnymi oczekiwaniami wobec życia, popychający do prowokacji, negocjowania znaczenia relacji, która nabiera coraz większego znaczenia. Emocje i dramaty rozgrywają się najczęściej w niedopowiedzeniach, pod powierzchnią, dla widza są jednak doskonale widoczne. Kamera Nahuela Bergera śledzi je w portretowych zbliżeniach, mistrzowsko operując głębią ostrości i złożonymi planami, by pozwolić wybrzmieć najmniejszym drgnięciom i grymasom na twarzy Gabriela, przy którym najczęściej się zatrzymuje.

Gaston Re w tej roli daje z siebie wszystko, przykuwa uwagę szeroko otwartymi oczami, przez które obnaża wnętrze, nawet w chwilach spełnienia buzujące od sprzecznych, podszytych melancholią emocji, wygranych do ostatniej nuty. Tym bardziej znamienna wydaje się jedyna scena, w której Gabo ukazuje inną, beztroską twarz – podczas najważniejszej rozmowy ze swoją ekranową córką.

Jako filmowy partner Alfonso Barón w niczym mu nie ustępuje: chemia obu postaci jest autentyczna, soczysta i gęsta, atmosfera nasycona erotyzmem, a sceny seksu wypadają zmysłowo, szczerze i naturalnie. Blondyn jest może i tytułową postacią i niesie cały film na swoich barkach, ale to jego Juan najbardziej się zmienia: ujęcia z dachu, spinające klamrą film, pokazują na koniec zupełnie innego faceta: wytrąconego ze strefy komfortu, poruszonego, prawdziwego.

Opowieść argentyńskiego reżysera jest niepozorna i cicha, płynie leniwie jak muzyka Pedro Irusty na współdzielonych słuchawkach Juana i Gabriela. Nie dajmy się jednak zwieść: to misterne studium międzyludzkich i męsko-męskich namiętności starych jak świat, na które niektórzy jednak nigdy nie są i nie będą przygotowani, niezależnie od czasu i miejsca. Czy to Clive w klasycznym „Maurycym” Ivory’ego czy Juan u Bergera: spętani konwenansami, wpatrzeni w przestrzeń w swoim niedowierzaniu wobec własnych uczuć, wyglądają zawsze tak samo.

„Blondyn” – oglądaj na Outfilm.pl

dramat, romans
Argentyna 2019, 110 minut
Reżyseria: Marco Berger
Obsada: Gaston Re, Alfonso Barón, Malena Irusta, Ailín Salas

NETFLIX: La casa de las flores ★★★½

la-casa_01

Jedno zdjęcie (powyższe) mówi więcej, niż tysiące słów. Ale spróbuję.

Familia de la Mora prowadzi Najlepszy Salon Kwiatowy w Meksyku. Najlepszy. Właściwie nie tyle familia, co jej matrona Virginia, brawurowo zagrana przez legendę latynoamerykańskich tasiemców, Verónicę Castro. Dzieło jej życia, kwiatowy pałac, symbol blichtru i dobrobytu idealnej rodziny, będzie za chwilę uroczyście świętować półwiecze działalności – nikt ani nic nie może zakłócić pozorów idylli, jaka kreuje się każdego dnia za progiem rodowej posiadłości.

O tym, że baśń z okładek magazynów to całkowita fikcja, przekonać się możemy już w pierwszych minutach serii, kiedy podczas innej uroczystości – urodzin męża Virginii – nad ladą kwiaciarni zawiśnie w samobójczym akcie jego kochanka, z którą ten (nie tylko on, i nie tylko z nią) prowadził podwójne życie. Ukrycie świeżych zwłok przed zgromadzonymi w ogrodzie licznymi gośćmi bardzo szybko stanie się dla kwiaciarzy najmniejszym problemem, zwłaszcza wobec przyjazdu policji i nie odwołania zespołu mariachi.

Już za chwilę nieboszczka zza grobu z rozbawieniem ale i czułością obserwować będzie miotaninę, wśród której jeden po drugim na światło dzienne wyskakiwać będą kolejne sekrety, a ekran szybko zaludnią: czarnoskóry chłopak córki (w nieodpowiednich butach!), nieujawniony syn-gej i jego starszy kochanek oraz – co gorsza – rozwydrzona dziewczyna, małżonek-malwersant, striptizerzy i drag queens z rewii, a na dokładkę – zięć po zmianie płci. Życie więzienne męża, seks-taśmy syna, kazirodcza fascynacja córki i pogrzeb w kabarecie, nieślubne dzieci i wścibskie przyjaciółki, podchody konkurencji, własne romanse z przeszłości, handel narkotykami – naszą heroinę kolejno dotykać będą wszelkie telenowelowe kataklizmy.

Nic dziwnego, że nie tylko Virginia ale też inni członkowie rodziny lądują koniec końców u zaprzyjaźnionego psychoterapeuty, z którym będą rozmawiać za pośrednictwem skarpecianego Czesia. Który – jak się okaże – też ma swoje trzy grosze do wtrącenia. Terapeuta, nie Czesio.

La Casa de las Flores to rasowa telenowela, garściami żonglująca doskonale znanymi trikami i konwencjami, tyle tylko, że w tempie i konfiguracjach, których nie powstydziłby się Mistrz Almodovar, gdyby przyszło mu do głowy zrobić coś dla telewizji. Wszechobecny sarkazm na wskroś przesiąknięty queerującą atmosferą, wyraziste charaktery, żywe dialogi, jaskrawobarwne kadry, chwytliwa muzyka i zaskakujące – mimo wszystko – zwroty akcji: Dom kwiatów cieszy zmysły, bawi i wciąga w konwencję. Żongluje postaciami i wydarzeniami nieco swobodnie i chwilami niedbale (niektórzy bohaterowie znikają z ekranu na kilka odcinków, by przypomnieć się w chwili najbardziej dogodnej scenarzystom), ale i to jest przecież chwyt doskonale z takich produkcji znany.

Mimo tempa, natłoku zdarzeń, rewelacji i skrzywionych życiorysów, opowieść nie jest histeryczna, nie wywołuje bezmyślnych salw śmiechu i nie traci z oczu swoich bohaterów, których twórcy traktują wyraźnie ciepło i z wyrozumiałością. W momentach lirycznych czy wręcz dramatycznych, lepiej niż czarna komedia sprawdza się jako serial obyczajowy o poszukiwaniu tożsamości, którą w dwulicowych unikach i matactwach większość z członków rodziny gdzieś zgubiła, na przemian odpychając się i przyciągając, wyklinając, ale też się lgnąc. Wszyscy chcą dla wszystkich dobrze, a robi się coraz gorzej…

Tytułowa kwiaciarnia staje się symbolem – mimo że coraz bardziej się pogrąża i przysparza problemów, matka i córki walczą o jej utrzymanie, przyszłość i schedę. Nie inaczej dzieje się w podrzędnym, kabaretowym Domu Kwiatów z jego drugą, bardziej otwartą i wyzwoloną rodziną – marna to pociecha, że podobne problemy dotykają także tych z wielkiej posiadłości. Pragnienie wsparcia i akceptacji, ale też samorealizacji i życia własnym życiem doskwiera wszystkim tak samo. Zrozumie to wreszcie także Virginia, rzucając w finale wszystko na jedną szalę. Swoją.

Choć niektóre epizody są nieco nierówne, całość jest równo zagrana, dzięki czemu mimo ciągłych krętactw i podchodów, bohaterowie opowieści budzą życzliwość i sympatię. Obok Veróniki Castro świetnie wypadają Juan Pablo Medina, Aislinn Derbez (czy tylko mnie wciąż kojarzy się z Jodą Foster?), Paco León, Dario Yazbek Bernal (tak, z tych Bernali, z cudowną sceną comingoutu) czy Cecilia Suárez jako rozsądna Paulina, próbująca utrzymać lunatyków z obu domów w ryzach (nawet czy też: zwłaszcza kosztem własnego szczęścia) – jej sposób mówienia i wyrażania się zrobił taką furorę, że naśladowanie jej urosło do rangi czelendżu.

Jeśli więc nie macie planów na coraz dłuższe, jesienne wieczory, zerknijcie co u familii de la Mora: dają się polubić, a trzynaście odcinków przelatuje jak z bicza trzasnął i naprawdę poprawia humor. Zwłaszcza z taką promocją…

la-casa_02

la-casa_03

 

OUTFILM: Skala szarości ★★★½

skala-szarosci_00

Bruno jest 35-letnim, niezależnym, nagradzanym architektem. Po 11 latach małżeństwa wyprowadził się od żony i syna do warsztatu dziadka w poczuciu, że w jego z pozoru udanym życiu czegoś brakuje. Zlecenie na projekt budowli, która miałaby stać się nowym symbolem stolicy, daje nadzieję na przełamanie impasu zawodowego. W poszukiwaniu inspiracji po mieście oprowadza go Fer, historyk-zapaleniec i zadeklarowany gej, który nie ukrywa swojego zauroczenia Brunem. Ten odkrywa w sobie tłumione instynkty i stanie przed wyborem nie tylko koncepcji na projekt, ale także na dalsze życie.

Ocena Queerpop ★★★½

Spokojnie opowiedziana, pięknie sfotografowana opowieść o odkrywaniu własnej tożsamości w wieku dojrzałym. Niekoniecznie odkrywcza, zyskująca jednak na autentyczności dzięki dobrze rozpisanemu scenariuszowi z kilkoma elementami zaskoczenia, naturalności dialogów oraz odtwórców głównych ról. Dyskretne, niemal melancholijne studium zderzenia temperamentów i postaw w obliczu pogłębiającego się uczucia, rozdarcia głównego bohatera wobec konieczności wpisania się w prosty podział „czarne-białe”.

skala-szarosci_03

Czytaj dalej „OUTFILM: Skala szarości ★★★½”

WFF: ‚Zostań ze mną’ vs. ‚Za murami’

kadr z filmu ‚Za murami’

W sobotni wieczór na Warszawskim Festiwalu Filmowym miał miejsce podwójny seans LGBT. Nie wiemy, czy aż tak nie zwróciliśmy uwagi, czy faktycznie tego roku ta ‚sekcja’ imprezy była dużo skromniejsza. Tym chętniej wybraliśmy się na branżowe double feature, zwłaszcza że jednym z pokazywanych tytułów był głośny ‚Zostań ze mną’, okrzyknięty już gdzieniegdzie następcą ‚Zupełnie innego weekendu’, o ile nie samego ‚Brokeback Mountain’. Festiwalowy pokaz miał być jednocześnie przedpremierowym – Tongariro Releasing wprowadza ten film na polskie ekrany już w najbliższy piątek.

I jak to w takich objawionych wypadkach bywa, potwierdziły się obawy, powzięte po obejrzeniu zwiastuna:

Film wpada niestety w większość pułapek fabuł z cyklu ‚moje życie z człowiekiem uzależnionym’, skompilowanych w wariancie tragicznym ‚trzeba zabić tę miłość’. Dramat rozmywa się gdzieś w impresjach kontemplowania miasta i chwil relaksu przy herbacie, zdarzeń mimo dramatyzmu sytuacji jakoś mało dramatycznych.

To jeszcze pewnie nie stanowiło by aż takiego problemu, gdyby nie chybiona obsada głównej postaci – niestety, Thure Lindthardt nie jest aktorem klasy, która pozwoliła by na przykrycie mielizn, czy nadanie rozterkom Erika dramatycznej głębi. A na nim właśnie spoczywa ciężar całości.

Zamiast rozdarcia na ekranie dominuje zestaw stałych grymasów i jojczenie. Paul jest ujmujący w swym niewzruszonym pięknie, niestety, jako że jego ćpuński dramat rozgrywa się głównie poza kamerą, także i on niezbyt wzrusza. Nawet odważne sceny seksu nie są w stanie tchnąć życia w niemrawą opowieść. Zdecydowanie najlepiej broni się muzyka Arthura Russella.

Wszystkie te słabości jeszcze dobitniej ujawnia zestawienie z drugim filmem wieczoru. Belgijskie ‚Za murami’ oparte jest na podobnym motywie – para poznaje się, szaleńczo zakochuje, a potem jeden z kochanków popełnia głupi błąd, który kończy się więzieniem i kosztuje obu bolesną rozłąkę. Ta próba okaże się ponad wytrzymałość szalonego uczucia, i mimo, że obaj nadal się kochają, będą musieli pójść oddzielnymi drogami.

W tym filmie są soczyste sytuacje i krwiste, pełnowymiarowe postaci, ewoluujące wraz z uczuciem, charakterologiczne niuanse pięknie wypunktowane aktorskimi kreacjami. Wygłupy zakochanych śmieszą do łez, a beznadzieja nawoływań pod ceglanym murem chwyta za serce.

Tu także reżyser skupia opowieść na tym, który czeka, ale w tym wydaniu to czekanie namacalnie dojmujące. Tu też jest jeszcze szansa, i jest bolesna decyzja. Jednak rozstanie nie zostanie skwitowane stwierdzeniem ‚zostawiłem u ciebie kaszmirowy sweter, zostaw go u portiera’. Tu po prostu brakuje słów.

O ile tylko czas pozwoli, napiszemy o tym filmie dużo więcej.

EPKA TYGODNIA: Florrie – Late

[Post archiwalny, zawierający odnośniki i podlinkowane elementy, z których część nie jest już dostępna w sieci.]


Eteryczne dziewczę o urodzie i kroku modelki kryje w sobie niejeden talent-niespodziankę.

Nie dla ozdoby pojawia się w teledyskach za bębnami – Florrie to etatowa perkusistka słynnego tandemu producenckiego Xenomania. W stajni Briana Higginsa nabierała szlifów kompozytorskich i realizacyjnych, skończyła stosowne studia realizacji dźwięku i w 2010 roku zabrała się wreszcie za własną karierę.

Zaczęła z półki niezależnej, uderzając – nie bez racji – do internetu, gdzie do dziś dwie swoje pierwsze epki, Introduction i Experiments oferuje za darmo. Obydwie zdobyły jej już zagorzałe grono wielbicieli. Ostatnio zapowiedziała kolejną, zwiastowaną takim oto klipem:

Shot You Down świetnie podsumowuje realizacyjny pazur dwudziestodwulatki. Gęste bity, soczyste basy, elektroniczne smaczki a przede wszystkim – chwytliwe melodie. Kawałek zgrabnie łączy w spójną całość kilka pozornie dramatycznie nieprzystających do siebie wątków – to także znak rozpoznawczy Florrie, którego która z równą wprawą miesza gatunki w innym efektownym kawałku z epki, Every Inch, ale także na poprzednim singlu:

Muzyka Florrie to niewymuszony melanż współczesnych realizacyjnych smaczków z elektronicznymi brzmieniami lat osiemdziesiątych i gitarowymi szarpnięciami rodem z lat pięćdziesiątych; europejska muzyka dance i rock-pop podkręcona francuskim ambiance (kto jeszcze pamięta Vanessę Paradis pod dyktando Kravitza?).

Mimo niekoniecznie powalających umiejętności wokalnych, Florrie doskonale się realizuje w różnorodnym repertuarze i wypracowuje własny styl, z upodobaniem robiąc demonstracyjne brzmieniowe wycieczki na tereny koleżanek: przeróżnych girlsbandów, Lady G. czy Rihanny, by chwilę później pokazać, że to tylko zabawa konwencją.

Z trzech epek zebrałby się już materiał na całkiem przyzwoity, niebanalny album debiutancki wschodzącej gwiazdy, w niewielkiej części przystający do wizerunku dziewczęcia z epoki, kiedy reklamowała perfumy

‚Debiutancki krążek’ będzie jednak zupełnie inny – Florrie pracuje właśnie nad pełnowymiarowym albumem dla jednej z wielkich wytwórni. EP Late jest jej podsumowaniem okresu ‚niezależnego’. Zanim dowiemy się, jaką artystką za chwilę się okaże, warto cofnąć się do wcześniejszych – oto nasze TOP5 z dwóch starszych epek:

Pozostałe kawałki z wszystkich wydawnictw, włącznie z najnowszym, do odsłuchania i pobrania na stronie Florrie.

OUTFILM: Sierpień ★★★½


Jonathan wkrótce obchodzić będzie 30 urodziny. Od dłuższego czasu żyje w związku z Raulem, wciąż jednak nie może się zdecydować na mieszkanie razem. Tymczasem po dwóch latach nieobecności do miasta powraca jego były, Troy, który swego czasu rzucił go, by wyjechać do Hiszpanii. Szybko okazuje się, że stara namiętność nie wygasła, i cała trójka będzie musiała zmierzyć się z plątaniną własnych przeżyć, przeszłych i obecnych emocji i pretensji.

zwiastun filmu | źródło wideo

Ocena Queerpop ★★★½
Casus ‚kiedy wraca seksowny były, nawet najtrwalsze związki drżą w posadach’. Upalne lato pełne namiętności, ale i niespełnienia. Niespieszne studium zawirowań uczuciowych trzech mężczyzn z jednego trójkąta. Kino chwilami nieco zbyt kontemplacyjne, nie pozbawione jednak dramatyzmu i autentyczności. Doskonała obsada, piękne zdjęcia, zmysłowe ciała, szczypta erotyki i egzotyczna muzyka dopełniają całości.

Pojawienie się facetów takich jak Troy nie wróży nic dobrego. W sile wieku, acz niedojrzali emocjonalnie, niby zrównoważeni, a zmienni, kapryśni i manipulatywni, seksowni i odpychający jednocześnie, sami określają się mianem wiecznych kawalerów, ale kochają kroczyć swoją niezależną ścieżką po złamanych sercach. Dosadnie rzecz ujmując: skurwiele, którym nie sposób się oprzeć.

Kiedy więc Troy przylatuje z Hiszpanii do L.A. po dwóch latach nieobecności, rzekomo wiedziony tęsknotą za starymi stronami, z domniemanym zamiarem powrotu (film otwiera jego rozmowa kwalifikacyjna o pracę) – nie tylko upał, o którym w filmie słyszymy bez przerwy, sprawia, że na samą myśl o jego obecności w mieście wielu osobom robi się robi się gorąco.

W narastającym skwarze niepokój wręcz skrapla się w powietrzu, i powoli poznajemy jego przyczyny. Przed wyjazdem Troy przez trzy lata tworzył piękną parę z młodszym Jonathanem, by w imię nie-wiedzieć-czego zerwać z nim i zniknąć. Pod jego nieobecność Jonathan odnalazł się i stworzył kolejny, udany związek z seksownym i wyrozumiałym Raulem (o wciąż niepewnym statusie imigranta), jednak tak naprawdę nigdy do końca nie wyleczył się z namiętności do Troya. Kto wie, może podświadomie czekał wciąż na jakieś rozstrzygnięcia, skoro nigdy nie podjął decyzji o wspólnym mieszkaniu z nowym facetem?

Karty zostają rozdane już przy powitalnym spotkaniu po latach, w niegdyś ulubionej kafejce: zbyt długi dotyk dłoni na plecach, zbyt powłóczyste spojrzenie, zbyt słabo ukrywane rozczarowanie krótkością widzenia, melancholia niedoszłego pocałunku. Bohaterowie dramatu, podobnie jak widzowie, przeczuwają już wszystko, na szczęście nawet jeśli kolejne stacje podobnych opowieści są doskonale znane (i mocno przewidywalne), to mogą wieść do nich różne drogi.

Reżyser i scenarzysta Sierpnia wybrali nieco bardziej zawiłą, ukazując historię w porządku achronologicznym, co wzbogaca opowieść, gdy znając sceny z przeszłości, dużo lepiej rozumiemy bieżące motywacje i przeżycia postaci. Jednocześnie jednak ich historię poznajemy szczątkowo, na wyrywki. Mimo to, i nawet w chwilach, gdy twórcy obierają bardziej utarte szlaki, udało się zachować psychologiczną wiarygodność bohaterów: wiarygodna jest rozedrgana poczuciem winy, nawracająca fascynacja Jonathana Troyem, jak i pozorna bierność i ustępliwość Raula, który ostatecznie jednak w swoim ojczystym języku wyznaczy rywalowi granicę, i od razu da mu okazję do jej przekroczenia.

Mimo buchających z ekranu namiętności, akcja toczy się w sierpniowym upale powoli, jakby od niechcenia, punktowana z pozoru nie przystającą od tej opowieści egzotyczną muzyką z motywami arabskimi. Aktorzy, prowadzeni pewną ręką, nie przesadzają z ekspresją, grając na niższych rejestrach – jednym słowem, spojrzeniem, mową ciała, w każdym detalu zarejestrowaną w pięknych, barwnych, panoramicznych kadrach. Relacje trzech postaci przepełnione są czułością, namiętnością, ale też doprawioną solidną porcją wzajemnych pretensji i niespełnienia.

Troy będzie musiał wysłuchać wszystkiego, przed czym uciekał, a po co być może mimowolnie wrócił. Mimo że z jego ust padnie ‚przepraszam’, nie wygląda, by sprawiło mu to jakąkolwiek różnicę – faceci tacy jak on przychodzą i odchodzą. To apatyczni, dobrze ułożeni chłopcy pokroju Jonathana – bezwolni, ulegli – zostają po raz kolejny złamani, popełniają błędy, których mimo pełnej świadomości, uniknąć nie sposób. Raul zmierzyć się będzie musiał za to ze zwątpieniem, w walce o swoje zaryzykuje wszystko. I choć triumfujący, raz zmaterializowanych wątpliwości się w ten sposób nie pozbędzie. Zwycięstwo jest pyrrusowe.

Sierpień jest rozwinięciem nagradzanej krótkometrażówki Post Mortem z 2005 roku, tego samego reżysera, z tą samą parą głównych aktorów. Adaptacja najwyraźniej udana, skoro także jako film długometrażowy zdobywała nagrody i wyróżnienia na branżowych festiwalach. W stosunku do wersji 15-minutowej dopowiada zbyt wiele, ale z drugiej strony – na szczęście nie wszystko. Dokładnie tyle, ile trzeba na frapujący film o tym, że owszem, do tej samej rzeki można wchodzić wiele razy. Po takiej kąpieli nic już nie będzie takie samo. Może poza upałem, o wiele bardziej doskwierającym, gdy opadną gładkie maski.

Galeria fotosów z filmu:








Sierpień (August
)
★★★½ 
dramat, USA 2011, 94′
reżyseria: Eldar Rapaport
scenariusz: Brian Sloan, Eldar Rapaport

wystepują: Murray Bartlett, Daniel Dugan, Adrian Gonzalez, Hillary Banks
Polska premiera: maj 2012 (outfilm), DVD (bearbook.pl)
 dla seriwsu OutFilm, oprócz standardowej oceny w skali 1-5 gwiazdek, wprowadziliśmy oznaczenie specjalne: 3 –  koniecznie | 2 – warto | 1 – niekoniecznie

EPKA TYGODNIA: Jimmy Somerville – Solent

[Post archiwalny, zawierający odnośniki i podlinkowane elementy, z których część nie jest już dostępna w sieci.]

Kolejna muzyczna siurpryza, bo przez jakiś czas Jimmy zwlekał z wydaniem nowego materiału (chociaż występował gościnnie, z doskonałym efektem). Jak dla nas, ta zwłoka mu wyszła na dobre, z biegiem lat jego głos szlachetnieje jak wino, staje się bardziej matowy, chropowaty, wyrazisty.

Muzycznie Solent wypada zaskakująco różnorodnie i bardzo współcześnie. W sporej części Jimmy odchodzi od kojarzonej z nim (nie zawsze słusznie) stylistyki gejowskiego parkietu, do którego najbliżej otwierającemu set kawałkowi Some Wonder czy Taken Away. Potem robi się dużo ciekawiej, jest i stały element zaskoczenia, gdy Somerville nie śpiewa falsetem w mrocznym Reconciliation. Why Did It End This Way słuchalibyśmy najchętniej w kółko, a Kite skutecznie łączy to wszystko w jedną całość.

Ten krótki zestaw nieprędko odpadnie z ulubionych w naszym odtwarzaczu [słuchaj w serwisie Podsnack].

EPKA TYGODNIA: Mollyhaus – Red Shoes

Oj, nieczęsto zdarzają się elektroobjawienia tej skali (wychodzi, że raz na pięć lat), takie co to uwolnić się nie sposób. Mollyhaus rzuciło się nam już na uszy pierwszym kawałkiem, który czem prędzej włączyliśmy do jednej z poprzednich playlist. Niedawno wypuścili kolejny klip do epki Red Shoes, która już zapowiada, że Mollyhaus to trio nie pozostanie formacją jednego przeboju. Przynajmniej na parkiecie:

Dziwnym zbiegiem okoliczności, zarówno przywołany już wcześniej ETO jak i didżejski duet The Snoopy Lads, odpowiedzialny za warstwę muzyczną Mollyhaus (na tym zdjęciu z jakąś inną panią), tworzą i działają na scenie berlińskiej. O ile jednak ten pierwszy wyśpiewywał, co mu w duszy gra samodzielnie, o tyle panowie zaprosili do nowego projektu przezdolną wokalistkę, Little Neve White (takoż nie stroniącą bynajmniej od klubowo-queerowych klimatów).
Trafili w dziesiątkę z wybuchowym efektem.

Mimo jednorodnie elektronicznego instrumentarium, kawałki różnią się od siebie temperamentem: energetyczne Love Machine i Widow Maker sąsiaduje z bujanym Liar Liar, ociężałym, tytułowym Red Shoes czy przelirycznym Russian Boy. W tej rozpiętości znajduje ujście talent Little Neve, która czasem szepcząc, chwilami z jazzowa wokalizując, czasem prawdziwie dudniąc, a najczęściej lawirując ciągle gdzieś pomiędzy skrajnościami, daje prawdziwy popis swoich możliwości.

Całość podszyta jest nutką tak przez nas ulubionej, chwilami patetyzującej melancholii, która nadaje elektronice stosownie ludzki wymiar, a jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że Little Neve się w tym swoim zaśpiewaniu świetnie bawi, a to co robi, przychodzi jej niemal bez trudu. Także panowie starają się, by aranże brzmiały różnorodnie, nie przesadzając jednak z realizacyjnymi fajerwerkami.

Po występach w gejowskim Schwuz czy Chantal w Berlinie, niemiecki miesięcznik Maenner przyrównał te zabawy do produkcji Williama Orbita czy Goldfrapp, jako przedstawiciele starszego pokolenia skojarzyliśmy bluesowe zaśpiewy tytułowego Red Shoes z elektronicznymi początkami Eurythmics (nie bez powodu chyba zmiksowanymi z kolei  przez pewnego pana z kawałkiem Goldfrapp).

Tak czy owak w tym kółeczku Mollyhaus ląduje w doborowym towarzystwie. Komu mało, na profilu Soundcloud grupy znajdzie remiksy do Red Shoes oraz Love Machine. My z niecierpliwością czekamy ciągu dalszego…