CLIP DNIA: Sir Ari (Gold) – My Favorite Religion

Sir Ari, artysta znany niegdyś jako Ari Gold, spełnił swą groźbę, i wydał płytę.

Na szczęście na drugi sigiel wybrał utwór o wiele strawniejszy niż poprzedni, także wizualnie jest dużo lepiej. Wciąż w pełnym scenicznym makijażu, Gold miga nie tylko bicepsami i klatą, ale także nagimi pośladkami. Wszystkie te atrakcje zapodane przez przeróżne filtry optyczne oraz ociężałe beaty, przesłaniają chyba nieco miłosno-mistyczne przesłanie całości:

Ten klip w pigułce pokazuje wszystkie powody, dla których Gold do dnia dzisiejszego nie przebił się do mainstreamu (a najwytrwalsi kibicują mu od ponad dekady). Trudno odmówić mu głosu, natomiast na pewno przydałaby się większa dyscyplina w procesie (post)produkcji i mniej przaśna oprawa artystyczna. Zważywszy, że z każdego albumu da się z reguły wyłuskać kilka całkiem przyzwoitych kawałków, aż prosi się o kompilację i kto wie, czy się tu o nią kiedyś nie pokusimy (obiecywać cokolwiek raczej już przestajemy).

Z innej beczki: Gdyby ktoś zastanowial się przypadkiem, skąd zna facjatę nad koloratką z klipu – to doskonale nam pod każdym kątem opatrzony Alessandro Calza, który także współreżyserował teledysk.

A skoro już mowa o samozwańczych hrabiątkach gejowskiej sceny muzycznej, to drugie z nich, SirPaul, również odezwał się z nowym kawałkiem, który w odróżnieniu do całokształtu jego elektrokiczowtej działalności, nawet nam się spodobał, więc w ramach bonusa także pod rozwagę podrzucamy i dorzucamy do queerpopowej playlisty zimowej. Która już wkróce, to obiecać możemy.

PORTFOLIO: Alessandro Calza

Alessandro Calza prześladował nas już od dłuższego czasu, chociaż bez naszej świadomości. Owszem, podczas oglądania Ciao przyjazna twarz wydawała się znajoma, jednak kontrast pomiędzy maczoidalnymi portretami z sieci i ciepłem postaci Andrei w filmie, uśpił podejrzenia. Tymczasem Alessandro okazał się wszechstronniejszy, niż można by przypuszczać: jest webdesignerem, kompozytorem i muzykiem, fotografikiem i modelem jednocześnie, a w kontekście Ciao – scenarzystą i aktorem.

Poniżej mała próbka fotosesji, które przeprowadził z własnym udziałem – czyli 26 studyjnych (auto)portretów czystego testosteronu. Jako tło do półmrocznych obrazków proponujemy jeden z elektronicznych kawałków, w wykonaniu podmiotu ekhm… lirycznego:

Get the flash player here: http://www.adobe.com/flashplayer

http://www.db798.com/pictobrowser/swfobject.js var so = new SWFObject(„http://www.db798.com/pictobrowserp.swf”, „PictoBrowser”, „534”, „570”, „8”, „#CCDDBB”); so.addVariable(„source”, „album”); so.addVariable(„userName”, „timofieusz”); so.addVariable(„names”, „ProfileCalza”); so.addVariable(„albumId”, „5549931082524523297”); so.addVariable(„titles”, „off”); so.addVariable(„displayNotes”, „off”); so.addVariable(„thumbAutoHide”, „on”); so.addVariable(„imageSize”, „original”); so.addVariable(„vAlign”, „center”); so.addVariable(„vertOffset”, „0”); so.addVariable(„colorHexVar”, „CCDDBB”); so.addVariable(„initialScale”, „off”); so.addVariable(„bgAlpha”, „40”); so.write(„PictoBrowser101213012421”);
źródło zdjęć: flickr.com

http://player.soundcloud.com/player.swf?url=http%3A%2F%2Fapi.soundcloud.com%2Ftracks%2F7988486%3Fsecret_token%3Ds-AcyPr&show_comments=false&auto_play=false&color=ccddbb
Mannekenne – Dream of Space Invasions

Kogo powyższy zestaw zaintrygował, ten może poszerzyć swoją znajomość z włoskim przystojniakiem (któremu zresztą niedługo stuknie okrągła czterdziestka): kompletne sesje fotograficzne zamieścił na Flickr.com, na jego stronie Ahunter.org, podsumowującej całokształt działań, obejrzeć można te same zdjęcia, ubrane w autorskie pokazy slajdów; próbka muzyki elektronicznej – firmowanej pseudonimem Mannekenne – dostępna jest na MySpace.com, a całość płyty Tales in Silhouette do pobrania w bezpłatnym serwisie Jamendo.

Polecamy także obszerny wywiad, jakiego Calza udzielił serwisowi GayAgenda.com po amerykańskiej premierze debiutanckiego filmu. Z rozmowy wynika, że planowane są kolejne scenariusze, a co za tym idzie – role.

I jak tu się nie cieszyć? Dla większej radości na podstawie portfolio przygotowaliśmy dla naszych PT Czytelników trzy tapety z mięśniakiem. Voila:

    
Zobacz także inne tapety QPop.

FILM: Ciao ★★★

Mark ginie w wypadku samochodowym w drodze do pracy. Jego wieloletni przyjaciel, Jeff, odkrywa w mailach wielomiesięczny internetowo-telefoniczny romans Marka z Andreą z Włoch, który – jak się okazuje – miał wkrótce w jeden z weekendów przylecieć na pierwsze spotkanie w realu. Po namyśle, Jeff namawia Andreę, by nie rezygnował z podróży, i zaprasza go do siebie. Mężczyźni spędzają wspólnie dwa wieczory, rozmawiając o swoim życiu, krajach, różnicach i podobieństwach, przede wszystkim jednak o Marku, z którym obaj wiązali niespełnione nadzieje: Jeff w przeszłości, Andrea zaś – na przyszłość.

nieoficjalny zwiastun filmu

Ocena Queerpop ★★★
Kameralny, pięknie sfotografowany obraz o zetknięciu dwóch wewnętrznych światów, które połączyła niespełniona miłość do jednego mężczyzny. Po jego tragicznej śmierci, Jeff i Andrea spotykają się na weekend i łączą się we wspomnieniach, dzięki którym poznają też siebie samych i siebie nawzajem. Długie zbliżenia kamery rejestrują rodzącą się wzajemną czułość i zainteresowanie, które jednak w ciągu zaledwie dwóch dni nie znajdą spełnienia ani nawet rozwinięcia. Intensywna znajomość z potencjałem na dojrzałą miłość – zagrana i sfilmowana bez nadmiaru schematów i dopowiedzeń.



[kliknij ‚czytaj więcej‚, aby zobaczyć galerię fotosów, pełną recenzję i info o filmie]

Ciao to film minimalistyczny – bez wielkiej obsady, rozmachu, spektakularnej akcji. Zapewne dlatego, że został nakręcony właściwie bez budżetu. I bardzo dobrze, bo z budżetem doczekalibyśmy pewnie kiczowatej fantazji w stylu Uwierz w ducha albo melancholijnej komedyjki z gatunku „Wszystkie Filmy z Meg Ryan”, tyle że w wersji gejowskiej. Zamiast tego powstał kameralny obraz o spotkaniu dwóch obcych ludzi, na chwilę połączonych nagłym odejściem wspólnego przyjaciela. O nich samych nie dowiemy się zbyt wiele, a przecież jednak – bardzo dużo.

Jeff jest zamkniętym w sobie finansistą. Marka poznał na studiach, wyoutowali się prawie jednocześnie, ale dla Jeffa jakby nie miało to większych konsekwencji. Przyznanie, że jest gejem, nie oznaczało bynajmniej, że mówił otwarcie o swoich uczuciach. Gdy okazało się, że nie może liczyć na wzajemność, przez długie lata trwał przy Marku jako przyjaciel i świadek jego miłości, zwykle dość niefortunnie ulokowanych.

Ostatnią z nich okazał się Andrea. Niezależny programista internetowy, w porównaniu z Jeffem nie jest może dużo wylewniejszy, ale na pewno bardziej prostolinijny. Bez problemu nawiązuje kontakty w internecie – ma już nawet za sobą (dość chybiony) epizod na linii Włochy – USA. Zanim zdecydował się na spotkanie z Markiem, korespondował i dzwonił z nim ponad rok. Jeff czuje się zaskoczony, że przyjaciel nic mu o tym nie wspomniał, więcej – że wobec tamtego był dużo bardziej swobodny, szczery i otwarty.

Ciekawość jednak zwycięża, Andrea wykorzystuje zakupiony bilet. Podczas wspólnych kolacji, spaceru na cmentarz, wizyty w mieszkaniu Marka, obok opowieści o swoich krajach i życiu, od początku rozmawiają głównie o nim, bo też na początku tylko on ich łączy. Jak nietrudno się domyślić – może także zza grobu połączy, ale twórcy filmu nie zabrnęli w tak oczywiste oczywistości podobnych opowieści. Hasło reklamowe „każdy koniec oznacza jednocześnie początek” na szczęście nie doprecyzowuje nachalnie, początek czego.

Owszem, Andrea – jak to Włoch – jest więcej niż apetyczny, mówi po angielsku płynnie, ale z uroczym akcentem. Owszem, Jeff emanuje ociężałym potencjałem zmysłowości i niewyartykułowanym urokiem miłego uśmiechu. Owszem, będą patrzeć na siebie bardziej niż uważnie i pozwolą sobie na chwilę czułości. Owszem, rozstanie przyjdzie im już z trudem. Jednak nie doczekamy rzewnych wyznań, biegów przez pół lotniska, pamiątek na pożenanie. Nikt nie objaśni, za czym płaczą dwaj dorośli mężczyźni. Być może nie tylko po stracie bliskiego. Być może.
W niedopowiedzeniach tkwi siła tego prostego filmu. Mimo pozoru przegadania, scenariusz nie puentuje rzeczy najważniejszych. Kim jest Andrea dla Jeffa? Posłańcem, który przyniesie mu ostatnią wiadomość od niespełnionej miłości? Czy może nowym wybrankiem, dzięki któremu Jeff zdoła się wreszcie uwolnić? Czy to już miłość, ograniczona jedynie poczuciem winy wobec niedawno zmarłego, czy zaledwie jeden z weekendów, kiedy to wypłakujemy się na ramieniu obcej osoby? Czy ‚ciao’ w tytule pada na powitanie, czy pożegnanie, a przede wszystkim: od kogo i do kogo? Czy Mark przeczuwał to wszystko?

Ciao pokazuje, że niski budżet nie musi odbijać się rykoszetem na poziomie aktorstwa, oprawy, muzyki, realizacji. Reżyser wprawnie prowadzi głowne (i właściwie jedyne) postaci, rejestrując ich relacje w pięknych, powolnych, osaczających zbliżeniach, w symetrycznych, starannie skomponowanych kadrach. Namacalnie kreuje pustkę, otaczającą pedantycznego Jeffa, który po latach wraca do popalania w besenne noce i niepokoi się fałdkami skóry pod pachą. Kamera kontempluje jego spojrzenie zarówno, gdy nuży pustką, jak i w chwilach rozedrgania, gdy z ognikiem w oku słucha opowieści egzotycznego przybysza. Jednak już łzy w oku Andrei w finale filmu musimy się prawie domyślać.

Podobnie jak ciągu dalszego, o ile w ogóle istnieje.

Galeria fotosów z filmu:



























Ciao
dramat, USA 2008, 87 minut
reżyseria: Yen Tan
scenariusz: Yen Tan, Alessandro Calza
występują: Alessandro Calza, Adam Neal Smith, Chuck Blaum, Ethel Lung
język: angielski
recenzja zgłoszona do portalu Filmweb.

znajdź nas: www.filmweb.pl/user/queerpop