PŁYTA TYGODNIA: Fiorious


Pierwsze pozytywne zaskoczenie muzyczne tej wiosny. Wprawdzie spora część skromnego materiału nowojorskiego artysty powstała i pojawiła się w internecie już w ubiegłym roku, ale oficjalna premiera całości przewidziana jest na czerwiec. Na singiel zapowiadający płytę  wytypowany został utwór 7 Steps, premiera klipu odbyła się w tym tygodniu:

Ten retro-elektro kawałek stanowi reprezentatywną próbkę i wizytówkę wszystkich atutów Fioriousa: charakterystyczny, pewny choć łagodny głos głos o matowej barwie (jeśli szukać podobieństw, to porównanie z Terencem Trent D’arby nie jest chyba bezzasadne). Fiorious swobodnie operuje nim w wysokich partiach, także falsetem, co bywa w równym stopniu imponujące, jak i irytujące. Że siła rażenia wokalu i wielopiętrowych chórków nie jest li tylko wytworem studyjnym, przekonać się można na przykładzie żywej interpretacji klasyka z repertuaru Amy Winehouse.

Muzycznie album plasuje się zdecydowanie na półce elektronicznej i taneczej, tyle że w wydaniu mocno podlanym innymi, wybuchowymi gatunkami. Fiorious to odświeżająca mieszanka disco lat 90., funku, soulu, nu-jazzu. Przebija z niej wariactwo Scissor Sisters, energia funkującego Prince’a (Elevator), fascynacja formacją Outcast (Man Alive) czy Davidem Bowie, na których debiutant powołuje się w wywiadach. I trzeba przyznać – lekcje z tych idoli odrobił więcej niż przyzwoicie. Nie bez kozery pierwsze słowa jakie wyśpiewuje to ‚you can’t stop the elevator‚. Ta płyta to faktycznie jazda w rozpędzonej kabinie z doskonałym nagłośnieniem.: (przy)krótka ale za to bez trzymanki.

W tanecznym zestawie najbardziej lirycznie ujmująco wypada cover onirycznej ballady z 1981 roku, I’m In Love With A German Film Star, która pierwotnie przyniosła największy (i jedyny) komercyjny sukces grupie The Passions. W kolejnych dekadach wykonywana była także przez innych, znanych i mniej znanych, śpiewali ją m.in. Foo Fighters i Sam Taylor-Wood w wersji wyprodukowanej przez Pet Shop Boys. Wydaje się, że na tej aranżacji właśnie Fiorious oparł swoje wykonanie:

Trzydzieści-parę minut przelatuje w podskokach i dosyć niespodziewanie – płyta się kończy. To i źle i dobrze, bo pozostaje niedosyt, ale z drugiej strony intensywność materiału rodzi też i pewien przesyt. Dla spragnionych więcej, Fiorious przygotował rozbudowaną wersję deluxe albumu, do której dołączone jest 19 remiksów (niektóre także do odsłuchania online). Kolejne wydawnictwo artysta zapowiada już za pół roku – większość materiału na drugą płytę już jest ponoć nagrana.

W charakterze bonusu odsłuchać można także produkcji już typowo klubowej, w której Fiorious wystąpił gościnnie u producenta italo disco, Scuoli Furano, także współproducenta jego albumu.

Jak dla nas – na udany debiut niezależnego artysty w zupełności wystarczy… Clap your hands, one more time. Muzyczny sezon uważamy za rozpoczęty.

CLIP DNIA: Little Boots – Every Night I Say A Prayer


W wersji audio można było (i nadal można) posłuchać tego kawałka na naszej majówkowej playliście sprzed kilku dni. Mniej więcej w tym samym czasie Victoria Hesketh (bo tak nazywa się dziewczę, ukrywające się pod pseudo Little Boots) wypuściła oficjalne wideo do piosenki Every NIght I Say A Prayer. W swojej przeważającej czarno-białej konwencji może się wydawać skromne inscenizacyjnie wobec ostatnich wizualnych wybryków RiRi czy jakiejś Bibi czy innej GiGi, za to klasy ma o niebo więcej klasy:

Sama słodycz – po raz kolejny powracają muzyczne nowojorskie klimaty lat dziewięćdziesiątych, z cudnie niepokojącą zwrotką i synkopowanym refrenem, a wizualnie – vogue na całego. No ale czemu się dziwić, skoro kompozycja i produkcja tego kawałka wyszła spod ręki tego faceta.

PŁYTA TYGODNIA: Justyna Steczkowska – XV

Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek napiszę o Justynie, której ostatnią ciekawą płytą była dla mnie produkcja Dzień i noc (2000). Potem rozpoczął się powolny artystowski zjazd, z apogeum Femme fatale (2004), kiedy Steczkowska wpadła w nieznośną manierę Ordonki, przez którą przesłuchanie każdej kolejnej płyty kończyło się najpóźniej w połowie drugiego kawałka. I oto nadszedł rok 2012, a światło dzienne ujrzał długo zapowiadany projekt XV, czyli podsumowanie 15-lecia działalności. W ramach którego Justyna wywinęła niezłego fikołka.

Kilka rzeczy wyszło temu wydawnictwu zdecydowanie na dobre. Po pierwsze – wybór utworów (głównie z pierwszych płyt i ostatniej, do tego cztery nowe kompozycje), które układają się w spójną całość dramaturgiczną. Po drugie – wsparcie młodych dj’ów i producentów oraz zwrot ku mroczniejszej stylistyce. Z oryginalnych utwórów pozostaje czasami niewiele, refren, dwa charakterystyczne wersy, inne wykonane zostają wiernie, ale w nowym kontekście.
W ten sposób zamiast klasycznego greatest hits powstał album konceptualny, z wyraźnym podziałem na krążek dynamiczny i kontemplacyjny. Wracając do korzeni muzycznych, Justyna przypomniała sobie na szczęście, że kiedyś śpiewała drapieżnie. Nie boi się pokrzyczeć, podać chropowaty wokal. Owszem, nad całością (i czasem w nadmiarze) roztaczają się eteryczne, egzotyczne i gładkie wokalizy, ale często przebija spod nich zadziorna kotka. Nawet w najbardziej zaskakujących rekonstrukcjach jak Oko za oko czy Kryminalna miłość:

Finalnie XV cechuje się wszelkimi zaletami i wadami dzieła eklektycznego.
Z jednej strony – szeroka rozpiętość stylistyczna, z zaskoczeniami głównie na plus – tu gitarowe wtręty retro godne agenta 007 z lat 70., ówdzie szczypta heavy metalu, gdzie indziej elektroniczny minimalizm, udana fuzja brzmień rockowych i popowych z triphopem, drum’n’bassem i pokrewymi połamańcami.Piosenki trwają do sześciu-siedmiu minut, zyskując wstęp, rozwinięcie i zakończenie z prawdziwego zdarzenia.
Z drugiej strony – przy iście symfonicznym bogactwie środków na niektóre kawałki zaskakująco zabrakło pomysłu (Za karę w manierze tańca z gwiazdami), niektóre aranże bardziej niż na płytę skrojone są na efektowny spektakl przeglądu piosenki aktorskiej. Manieryzmy wokalne dochodzą do głosu, zwłaszcza na drugim krążku, nad częścią materiału unosi się widmo nadprodukcji, która miejscami brzmi płasko i ociężale, przytłoczona natłokiem efektów dźwiękowych.

Koniec końców trudno Justynie odmówić odwagi. Większość materiału jest – w dzisiejszym rozumieniu – zupełnie nieradiowa. Zawsze można pokręcić nosem, że to rewelacja spóźniona o dobre parę lat, ale cóż. Kayah – mimo zapowiedzi – nigdy nie poszła w stronę ambientu, najnowsza płyta Edyty Górniak powstała pod koszmarne dyktando radia Eska. Na tym tle Steczkowska jawi się jako artystka eksperymentująca, nie ograniczająca się do konwencji Największe hity symfonicznie lub nie.
Czyżby dziewczyna szamana obudziła się z letargu? Normalnie aż jestem ciekaw, co dalej…

CLIP DNIA: Matt Zarley – Trust Me


Jeśli wtyczka wyszukiwania na blogu oraz google nie kłamią, to z tym panem nie mieliśmy dotąd w tym miejscu przyjemności. Głównie dlatego, że Matt to nie nasza bajka, nawet jeśli obnażone męskie ciała występują w jego klipach w nadmiarze, to akurat w tak nadmuchanych okazach nie gustujemy. Rzewne ballady wyśpiewywane na białej kanapie tudzież romantyczne plumkanie do czarno-białych kadrów jakoś średnio nas porusza, choć też niewiele różni się od plumkania Edyty Górniak, a przynajmniej tematyzuje wzruszenia pożycia męsko-męskiego.

Tym razem jednak Zarley poruszył w nas struny czułe na dyskotekowy groove z zamierzchłej epoki. Kawałek w swej skoczności całkiem udany, z barwnym i dość zabawnym klipem włącznie:

 

Komu na widok podrygującego ciężkiego i włochatego bolo nóżkę poruszyło – tu do pobrania miksy powyższego (w klipie użyto wersji Cahill Radio Edit). Miłego poświątecznego tygodnia!

SHORTS: Time To Dance by The Shoes ft. Jake Gyllenhaal


Właśnie czesaliśmy archiwa, by wyłuskać coś ciekawego do kolejnej edycji shortów, gdy sprawa rozwiązała się sama: dziś premierę miał klip do nowego singla francuskiej grupy The Shoes. ‚Klip’ to w tym wypadku słowo za małe, reżyser Daniel Wolfe z gościnnym udziałem Jake’a Gyllenhaala wykreował rasową krótkometrażówkę z muzycznym tłem, którego właściwa część rozpoczyna się zresztą dopiero w drugiej minucie.


Historia – jak na obrazki do tanecznej muzy – też raczej niebanalna (choć wietrzymy falę estetycznego szoku, skoro nie dalej jak w zeszłym tygodniu premierę miała rzecz równie drastyczna): Jake wciela się w młodego fascynata szermierki z wyraźnymi problemami emocjonalnymi, który już w pierwszych scenach okazuje się wyładowywać swoje frustracje w krwawych i bezwględnych mordach, których oglądamy kilka. Pościgi za bezbronnymi hipsterami i ich wykańczanie przeplatają się z innymi codziennymi zajęciami, jak wizyty w klubach czy na siłowni.

[źródło wideo] [queerpop na youtube]

Już w pierwszych komentarzach pojawiły się opinie, że mimo krótkiej formy ten teledysk to popis aktorstwa w jego wykonaniu, jeden z najlepszych od lat. Czy ostatnia scena w klubie sygnalizuje przełom w jego życiu? Czy facet, który do tego stopnia nie potrafi poddać się muzyce, przestanie zabijać? Czy gdy kolejny raz obserwować będzie ludzi zatraconych w tańcu przestanie rytmicznie walić w ścianę i ruszy na parkiet? Czy tyuł Time To Dance oznacza właśnie tyle, czy coś całkiem odwrotnego – że Jake przygotowuje kolejny układ choreograficzny dla swoich ofiar?

[źródło zdjęć]

Owszem, stęskniliśmy się już trochę za Gyllenhaalem na dużym ekranie. W wersji ogolonej wciąż prezentuje się młodzieńczo, przywołując skojarzenia z przełomową rolą Donniego Darko. Brodaty Jake to znowuż okaz dojrzałego, chwilami wręcz zwalistego faceta z rozmachem.

Tak czy owak marzenie, nawet jeśli – jak pokazują zdjęcia z planu klipu – to nieobecne, charakterystyczne spojrzenie to nie tylko środek artystycznego wyrazu. Więcej zdjęć w obszernej galerii kadrów z teledysku.

CLIP DNIA: Budwlańcy ze Zgorzelca – Satisfaction Remake

Przerywamy nasz program, aby zaprezentować naszym Czytelnikom i Bywalcom klip, przygotowany, zagrany i wpuszczony w bezlitosną sieć przez czwartą klasę Technikum Budowlanego ze Zgorzelca (wolimy nie dociekać, czy nazwa strony internetowej szkoły nawiązuje do jej bohaterskiego patrona zbiorowego).

Jak być może nasi Czytelnicy i Bywalcy zauważyli, z reguły nie komentujemy w tym miejscu wszelkich lip-dubów, tak przygotowanych przez uniwersytety, jak i przez znudzonych żołnierzy amerykańskich, tym razem zrobimy jednak wyjątek. Dwie prześmiewcze wersje słynnego klipu Benassiego gościły już w tym miejscu, teraz porwały się na niego polskie chłopaki, bawiąc się przy tym najwyraźniej w najlepsze:

 


[źródło wideo][queerpop na youtube]

Trzeba chyba nie lada odwagi, by przeprowadzić i upublicznić podobny projekt w tak zmaskulinizowanym środowisku jak technikum budowlane – klip doczekał przez niespełna dwa tygodnie ponad 400.000 odsłon i nie tylko pochlebnych komentarzy.

Nas osobiście frapują pomysły scenariuszowe, jak chociażby noszenie na rękach kolegi na drabinie, spanking przy pomocy ekhm… pędzla, o fragmencie wymagającym ochrony twarzy przed opryskaniem nie wspominając…

Frapujące, jak wielu przystojnych chłopaków bez kompleksów znalazło się w jednej klasie. Swoją drogą ciekawi jesteśmy, jak profesorstwo szkoły ocenia zastosowanie wpajanych zapewne na lekcjach zasad bezpieczeństwa przy pracy z narzędziami. My dopatrzyliśmy się u niektórych panów braku poczucia rytmu, ale to akurat nie jest cecha niezbędna w tej profesji, a już tym bardziej – przy takim zagęszczeniu seksapilu.

Nie wiedzieć czemu, zaczęliśmy też zastanawiać się właśnie nad przyspieszeniem odkładanego remontu…

[via: Blog wielobranżowy]

SHORT: Les Amours

Dzisiejszy krótki metraż będzie bardzo krótki, bo nie trwa nawet minutki. Impresyjka na temat.

Nie wrzucalibyśmy tu takiej drobnostki bez wiadomej okazji. Short nakręcony został do fotoszota dla kanadyjskiego magazynu V-mag z Vancouver (nie mylić z równie frapującym Vragmagiem z Londynu, pełnym butów, torebek i koturnów). Naszym skromnym zdaniem filmik wypadł dużo bardziej interesująco, niż końcowe efekty samej sesji. Chciałoby się rzec – jaki magazyn, takie zdjęcia, ale akurat bloga mają jak lubimy

„Les Amours” V-Rag Video Editorial from Robert-John on Vimeo.

[źródło wideo] [queerpop na vimeo]

Tak czy owak, jak na ‚mag’ przystało – magicznie jest, no ale jakże by inaczej, skoro stylista sesji nosi znamienne nazwisko Venus (właściwy człowiek na właściwym miejscu, chciałoby się rzec).
Wszystkim queerpopiątkom życzymy pełnokrwistych walentynek, kupałów, czy co tam kto kiedy obchodzi… Love & Kisses.

CLIP DNIA: Gloria Estefan – Hotel Nacional

Okej, z nielicznymi wyjątkami nigdy nie przepadaliśmy za nieco jak nasz gust zbyt ociężałą wokalnie Glorią, więc – gdy już przestał męczyć nas nią jeden z byłych – jej kolejne dokonania śledziliśmy jak-cię-mogę, czyli wcale. Oczywiste zatem, że bez zabójczo przegiętego klipu, jaki właśnie pokazała, nie zwrócilibyśmy na ten rewelacyjnie klubowy kawałek najmniejszej uwagi.

A szkoda. Glorii, która przecież już nieraz z powodzeniem puszczała oko do gejątek zakochanych w latino divas, udała się woltyżerka, którą parę lat temu fiknęła z potrójnym saltem inna weteranka – Cyndi. Dokonała udanego kolażu swoich najlepszych cech z wymogami współczesności, wskoczyła na falę elektroretro, doprawiła stroboskopami. Pozostała sobie wierna, a jednak wykonała skok do przodu. I chyba jednak przesłuchamy całą płytę.

Bo – podobnie jak w przypadku Cyndi i jej Bring Ya To The Brink – tak i teraz w pełni zgadzamy się ze zjadliwą oceną na pewnym sprośnym portalu [nsfw]: niektóre boginie nie odcinają desperacko kuponów od swoich niezliczonych reinwencji, i nie muszą przy tym podpierać się obecnością coraz młodszych koleżanek.

Gloria po licznych życiowych przejściach idzie do przodu sama, choćby z żyrandolem na głowie. Chociaż – dla ciekawskich – przy bębnach siedzi jej osobista córka. Komu mało, ma klimaty godne RHPS, chłopca w bieliźnie, wypasione drag queens (Gloria wygląda jak jedna z nich) i tłumy na parkiecie. Voila:


[źródło wideo] [queerpop na youtube]


It’s time for hoochie-coochie. Je t’aime.

CLIP DNIA: Sir Ari (Gold) – My Favorite Religion

Sir Ari, artysta znany niegdyś jako Ari Gold, spełnił swą groźbę, i wydał płytę.

Na szczęście na drugi sigiel wybrał utwór o wiele strawniejszy niż poprzedni, także wizualnie jest dużo lepiej. Wciąż w pełnym scenicznym makijażu, Gold miga nie tylko bicepsami i klatą, ale także nagimi pośladkami. Wszystkie te atrakcje zapodane przez przeróżne filtry optyczne oraz ociężałe beaty, przesłaniają chyba nieco miłosno-mistyczne przesłanie całości:

Ten klip w pigułce pokazuje wszystkie powody, dla których Gold do dnia dzisiejszego nie przebił się do mainstreamu (a najwytrwalsi kibicują mu od ponad dekady). Trudno odmówić mu głosu, natomiast na pewno przydałaby się większa dyscyplina w procesie (post)produkcji i mniej przaśna oprawa artystyczna. Zważywszy, że z każdego albumu da się z reguły wyłuskać kilka całkiem przyzwoitych kawałków, aż prosi się o kompilację i kto wie, czy się tu o nią kiedyś nie pokusimy (obiecywać cokolwiek raczej już przestajemy).

Z innej beczki: Gdyby ktoś zastanowial się przypadkiem, skąd zna facjatę nad koloratką z klipu – to doskonale nam pod każdym kątem opatrzony Alessandro Calza, który także współreżyserował teledysk.

A skoro już mowa o samozwańczych hrabiątkach gejowskiej sceny muzycznej, to drugie z nich, SirPaul, również odezwał się z nowym kawałkiem, który w odróżnieniu do całokształtu jego elektrokiczowtej działalności, nawet nam się spodobał, więc w ramach bonusa także pod rozwagę podrzucamy i dorzucamy do queerpopowej playlisty zimowej. Która już wkróce, to obiecać możemy.

BEARDY: Yoann Lemoine


[zdjęcie: René Habermacher]

Dziś w misiowym kąciku nie tylko wypielęgnowana broda, ale także bogate wnętrze. Yoann jest uznanym fotografikiem, filmowcem, reżyserem, głównie klipów (m.in. dla Yelle, Moby’ego, Kate Perry a ostatnio osławionej Lany Del Ray) i reklam (tak produktów jak i akcji społecznych, tę z fiutkiem znacie na pewno).

Jednak sukcesów na tym polu było mu mało, rozpoczął własną działalność muzyczną pod pseudonimem Woodkid. Nieźle namieszał już pierwszym, wizjonersko-klimatycznym klipem, także własnego – a jakże – autorstwa:

Woodkid „Iron” from WOODKID on Vimeo.

[źródło wideo] [queerpop na vimeo]

Przypominamy ten filmik w jak najstosowniejszym momencie, bowiem na rok 2012 Woodkid zapowiada wydanie całej płyty, na której według pogróżek dojdzie do zaskakujących – jak to się teraz mówi – kolaboracji muzycznych. Przedsmak dętych klimatów, w jakich będzie się poruszał, daje relacja z krótkiego występu na żywo z wieży Eiffela w Paryżu – warto zerknąć choćby dla tej nastrojowej, francuskiej acz bardziej już nowojorskiej brody. O seksownych przerwach między ząbkami, wielkich oczach i miłym uśmiechu zmilczymy.

Szczegóły działalności artysty – na fejsowym fanpejdżu oraz stronie internetowej.