FLASHBACK: Mr. Bear Poland, Tel-Aviv, Radcliffe, NOH8, Spirit Day, Antony


grafika tygodnia: przewrotny emblemat nieformalnej i niepokornej grupy Tel-Aviv. by skoczek.

Sporo było na fejsie z zeszłym tygodniu do oglądania – wzięło nas na linkowanie rysunków, zdjęć modowych, artystycznych, grafik.
Pewnie dla zrównoważenia burzliwych wydarzeń i zapowiedzi. Oto niektóre z ubiegłotygodniowych tematów:

Wychodzi też, że sporo zapowiadaliśmy na tydzień bieżący, więc przypominamy jeszcze raz: 20 października Spirit Day, w tym roku połączony także z Dniem Fioletowego Ciucha, którym w społeczność FB uczcić chce pamięć o prześladowanych, homoseksualnych nastolatkach, ofiarach ostatniej fali samobójstw.

Z rodzimego podwórka – w Warszawie spotyka się grupa Tel-Aviv, a w Poznaniu wybierany będzie Mr. Misiek. No i – już za chwilę (dziś po południu) ogłoszone zostaną wyniki konkursu SAS 🙂

Na koniec zamiast fejsbukowego chłopca, chwila muzycznego relaksu.
Nie linkowaliśmy tego kawałka wcześniej, dzięki czemu wskakujemy od razu z wersją na żywo.
I dobrze 🙂

EVENT MIESIĄCA: Miłość w powietrzu nie wyklucza


zdjęcie: Radosław Cetra, collage: Bartek Matusiak, zatknięta flaga: QueerPop.pl

Jesień przyszła, przyszedł też wysyp premier, działań, akcji i reakcji. Dwa z eventów zbiegły się na tyle szczęśliwie, że biedna Radzia nie zdaje sobie nawet sprawy, jak intensywną ofensywę (rzecz jasna homoseksualną) może wywołać ich pomyślne zamknięcie w październiku.

Przede wszystkim: ujawnili się (a technicznie rzecz biorąc: zostali ujawnieni przez GW) autorzy akcji Miłość nie wyklucza (obecnie 2.500 fanów na FB). Streszczenie dla leniwych: jednopłciowe pary pokazują swoje zdjęcia jako dzieci oraz współczesne, by dowieść, że ostatni raz równe szanse mieli na przełomie przedszkola i podstawówki. Przynajmniej w kwestiach uczuciowych, kiedy to zazdrość o koleżankę z grupy może jeszcze jednej czy drugiej Basi ujść na sucho. Darowano by nawet Krzysiowi, który wolał skakać w gumę z koleżankami, niż bawić się z nimi w doktora.

Dorosłym już to nie uchodzi i to trzeba zmienić, bo to z kolei nie uchodzi w kraju członkowskim UE, z armią urzędników, tak sprawnie przeciwdziałąjących dyskryminacji. Organizatorzy akcji (nieformalna grupa TelAviv, związana z redakcją Homiki.pl) domagają się ni mniej, ni więcej, tylko ustawy o związkach partnerskich (co widać choćby tutaj). Miłość nie wyklucza polegać miała pierwotnie na rozwieszeniu jesienią stosownych plakatów (najpierw dzięcięcych, a potem dorosłych), na wybranych słupach i billboardach stolicy. Zanosi się jednak, że szum medialny, który pomysł wzbudził już teraz, może przełożyć się na poszerzenie akcji.

Tu dochodzimy do sprawy drugiej: równolegle coraz głośniej robi się o akcji linii lotniczych SAS, które dla podbicia sobie popularności, zorganizowały onlajnowy konkurs Love is in the Air dla par (ze wskazaniem na homoseskualne), którego zwycięzcy/zwyciężczynie, wyłonieni drogą prostego głosowania, otrzymają w nagrodę przelot i parodniowy pobyt w Nowym Jorku, a w pakiecie, podczas przelotu, uroczystą ceremonię zaślubin na szwedzką modłę. Szał klikania – zwlaszcza na fejsbuku – przybiera na intensywności, bowiem w czołówce listy od początku plasuje się jedna z licznych par z Polski, ostatnio przerzucająca się dwa razy na dobę przez barki z męsko-męskim tandemem zza Odry.

Wszystkich, do których nie zdażyły jeszcze dotrzeć echa tej elektryzującej akcji informujemy, że o sprawie pisała już Wyborcza, Wprost, a TVN zapowiedział emisję reportażu o Gosi i Ewie (znanych nam skądinąd, oj znanych), i to w dniach poprzedzających finał konkursu, który wypada 10 października. Prognozy są niezłe, a grono fanów niezaprzeczalne – na fejsie ich sprawa doczekała grona 2.500 zwolenników. Dzieje się coraz bardziej, co obie panie dokumentują starannie na swoim blogu.

Teraz najlepszy splot okoliczności, jaki mógł się wydarzyć: tak się przyjemnie złożyło, że polska para z konkursu, Ewa i Gosia, są także twarzami akcji Miłość nie wyklucza (patrz powyżej), tworząc w życiu i na plakatach zgrany duet, który i tu, i tu domaga się jednego i tego samego – prawa do legalizacji swojego związku. Ich rywalizacja w akcji SAS nabiera więc dodatkowego wymiaru politycznego. Ewentualne zwycięstwo byłoby i tak nielichą demonstracją, zwłaszcza jeśli zna się temperament tej pary. Jednak ich udział w drugim z przedsięwzięć nie pozostawia złudzeń: ewentualny ślub w powietrzu stanie się jednocześnie realizacją celów grupy TelAviv, a szum, który już teraz płynie przy połączonym publicity obu wydarzeń jest nie do przecenienia dla spraw LGBTQ w Polsce.

Dlatego głosowanie na polską parę staje się jeszcze ważniejsze. Nie tylko umożliwiamy dwóm sympatycznym dziewczynom z kilkuletnim stażem realizację prywatnych marzeń, ale także dorzucamy swój kamyczek do ogródka negacjonistów i sceptyków kraczących, że w sprawie homozwiązków w polskim prawodawstwie nic się nie da zrobić. Kilkadziesiąt tysięcy anonimowych kliknięć w zabawie online to wprawdzie nie to samo, co 100.000 imiennych podpisów pod projektem ustawy, ale to jednak liczba, którą trudno zbyć wzruszeniem ramion. W połączeniu z akcją, która mówi nie tylko „niech nas zobaczą”, ale także pokazuje, skąd się wzięliśmy, czego i dlaczego pragniemy, może się okazać, że czeka nas więcej, niż burzliwa jesień. I oby wreszcie wiosna.

Linki:
Love is in the Air
: Gosia i Ewa na FBgłosowanie w konkursie
(głosować można 1 raz na dobę)
Miłość nie wyklucza: – strona internetowafanpage na FB

EVENT DNIA: Dolce & Gabbana ft. Annie Lennox

(a) Lubimy ładnych panów w ładnych ciuszkach – bez ciuszków zresztą też.
(b) Lubimy Annie Lennox – nawet akustycznie (a czasem zwłaszcza akustycznie).
Jednak tym razem (a) + (b) zdecydowanie nie równa się (c).
Pomysł, by najnowszy pokaz D&G, Spring/Summer Collection 2011 podczas Milan Fashion Week (którym para obchodziła zresztą 20-lecie swojej działalności), uświetniła naczelna walkiria muzyki pop, niestety… ekhm… nie zagrał. La Lennoxa, uzbrojona na tę uroczystą okoliczność w zawiesistą kolię, wybębniła poruszające wersje swoich hitów: No More I Love You’s, WhyWhiter Shade of Pale, There Must Be An Angel i Little Bird.
I owszem, były poruszające. I kolekcja była poruszająca. Niestety, nie poruszały się nawzajem. Zastępy umięśnionych ciał maszerujące rytmicznie do wokalno-klawiszowych improwizacji, wyglądały kuriozalnie. Proponujemy się więc zapoznać z zapisem filmowym dwa razy: najpierw ze ściszonym dźwiękiem, potem z zamkniętymi oczami.
Jednoczesne słuchanie i oglądanie grozi schizofrenią.

druga część występu na Youtube

http://vimeo.com/moogaloop.swf?clip_id=12692228&server=vimeo.com&show_title=1&show_byline=1&show_portrait=0&color=&fullscreen=1
całość pokazu na vimeo

oficjalna strona, poświęcona pokazowi.
kampania reklamowa nowej kolekcji – zdjęcia Stevena Kleina.

EVENT WEEKENDU: Madonna, adopt me!

Mija doba od zakończenia (nie)sławetnego koncertu, a emocje wciąż nie opadają.
Nie sposób wręcz rozmawiać o czymś innym, niż Królowa Popu, a z rozmów wyłania się powoli całościowy obraz występu.

Żeby nie zanudzać, oto queertunesowe refleksje w skrócie:

Bilety:
swobodnie dostępne w dniu koncertu, jeszcze godzinę przed rozpoczęciem koniki machały karteczkami przy wejściu. Kto sprytniejszy, zakupił tani bilet około 16.00, by dwie godziny później zaklepać miejsce pod samą sceną. Histerie na punkcie zakupu w pierwszą noc sprzedaży jawią się w tym kontekście jako przekomiczne.
Wejście: wrażenia różne. Chwilami zatory, chwilami bardzo sprawne, kontrola bagażu niemal zerowa. Największy żal – tylko jedno wejście, można było spokojnie obsłużyć te tłumy kilkoma. Informacja też nieszczególna, skoro ludzie byli zawracani kawał drogi tylko dlatego, że muszą po wejściu pobrać jeszcze stosowną do sektora opaskę na przegub.
Trybuny: stosunkowo daleko od sceny, co nawet VIPy odczuły na własnej skórze.
Scena: Pierwsze wrażenie – mała. Niestety, w trakcie show potwierdziło się w pełni. To samo dotyczy niestety rozmiarów telebimów. Zwisające po bokach szmaty z symbolem „M” mimo cekinków powiewały jak tandetne zasłonki. Kto naoglądał się rozmachu Confessions Tour, mógł się poczuć zawiedziony.
Support: celowo nie podamy ponownie światowego nazwiska pana, który całkowicie się zbłaźnił, puszczając doskonale znane remiksy innych. I po co, skoro publika już się nieco rozgrzała, była komu jeszcze potrzebna godzinna przerwa przed wejściem Gwiazdy Wieczoru…?
Pogoda: po pół godzinie koncertu gwiazdy świeciły już nad głowami publiki jak się patrzy. Niestety, temperatura gwałtownie spadała, co zaowocowało zmarzliną na trybunach i przeziębieniami u skaczących.
Nagłośnienie: bardzo przyzwoite. Czysty dźwięk, słyszalne wszystkie warstwy muzyczne, także pod kątem z trybun. Chociaż, jak się słyszy, dla niektórych nawet w strefie golden circle i tak było nieco… za cicho.
Timing: niezły. M. ostatecznie zaczęła o 21.25, plasując się pomiędzy oficjalną 21.00, a 21.45, którą w porywach anonsował TVN. Koncert trwał bez kilku minut całe dwie godziny.
Strona wizualna: Doskonałe zastosowanie technologii, zwłaszcza na tak małej scenie. Mnóstwo świetlnych elementów, rozmontowywanych i przesuwanych, czasami stających się wręcz elementami choreografii. Doskonałe pomysły na wprowadzenie na scenę Wielkich Nieobecnych: Timbalanda czy Justina T. Wszechstronne zastosowanie poruszającej się w pionie, świetlistej tuby, w której znikała i pojawiała się tak Madonna, jak i przedmioty rozmiarów fortepianu.
Strona muzyczna: większość kawałków w nowych aranżacjach, co zwykle niestety nie zrobiło im dobrze. Koszmarna wersja La Isla Bonita (nie przez Cyganów, którzy porwali publikę chwilę później). Bardzo na plus: Like A Prayer, Frozen. Całkowity brak kawałków z Confessions on the Dancefloor. Generalnie dowód na to, jak genialnie sprawdził się aranżer poprzedniego tournee, Stewart Price.
Cyganie: w większości recenzji światowych – najsłabsza i najbardziej odstająca sekwencja show. Polską publiczność rozbujali pięknie, zwłaszcza swoim numerem bez udziału Madonny, co mówi samo za siebie.
Publiczność: w ogromnej większości statyczna, co doskonale widoczne było z trybun. Poza szaleństwami w oświetlonej na fioletowo strefie przyscenicznej, masy ludzkie stały zupełnie nieruchomo. O trybunach nie wspominamy, bo one w ogóle nie prowokują do tanecznych szaleństw. Tłum ożywił się zaledwie kilka razy: przy wstawce poświęconej ś.p. Jacksonowi, gdy Magde apelowała clap you hands, oraz podczas zejścia M. do publiczności czy m.in. Ray of Light.
Efekty świetlne: oczywiście doskonale zsynchronizowane. Obecność pod samą sceną nie pozwalała na ogarnięcie całości, tymczasem nieruchome morze głów publiczności także stanowiło ważny element kompozycji – światła reflektorów układały się na widowni w piękne wzory, które stanowiły dopełnienie wydarzeń w pudle sceny. Te zresztą też ujawniały swą urodę i zamysł artysty dopiero z odległości – co z bliska wyglądało jak tysiące migających żarówek, z daleka składało się na idealny obraz płomieni lub strumieni wody.
Dramaturgia: Wszystkim zorientowanym doskonale znana i – co akurat smuci – doskonale przewidywalna. Kiedy pojawi się klip z Brit, kiedy w tle zaśpiewa Annie Lennox, kiedy Madonna zacznie się tarzać, a kiedy wyciągnie skakankę. Spontana na scenie wyreżyserowana do najmniejszego drgnięcia, może dlatego drgnięcia darowała sobie publiczność.
Choreografia: w dużej mierze oparta na charakterystycznym miotaniu się w pionie i poziomie, z zarzucaniem włosów na prawo i lewo. Naliczyliśmy też sporo ocierań i rozkroków, ale to przecież też wiadomo. Artystka w doskonałej kondycji ruchowej, doskonale słyszalnej w momentach, gdy śpiewała na żywo.
Highlights: dla Redakcji najbardziej poruszająca była sekwencja folkowa (co zaskakujące, bo nie znosimy takiej muzyki), zwłaszcza, że zaraz po nim nastąpiła najbardziej ‚warszawska’ część koncertu, z osławionym już przez wszystkie redakcje odśpiewywaniem sto-lat oraz osobistym podziękowaniem i ‚zwierzeniem’ piosenkarki, zwieńczonym zaskakująco miłym wykonaniem You Must Love Me.
Kto jeszcze nie wie, o czym mowa, proszę bardzo:


więcej jutubek z koncertu

Za najdowcipniejsze wydarzenie uznajemy prośbę jednego z widzów, ADOPT ME!, wyartykułowaną na jednym z urodzinowych serc, a widoczną na telebimach przez kilkanaście sekund. Sarkastyczno-błagalny ton nagrodzony został oklaskami.
Poruszająca okazała się także sekwencja, nawołująca do zastanowienia się nad wszelkim złem tego świata. Smutne tylko, że te parę minut wypadło akurat pod nieobecność Głównej Aktorki na scenie. Takich momentów było więcej.
Wpadki: zasadniczo nie odnotowano, poza zgaśnięciem na 2 minuty telebimu na tylnej ścianie sceny po problemach technicznych z obrazem. Pomyłkę artystki, przekonanej że wciąż jest w Czechach, sprostowano już w fazie prób.
Powrót: podobno koszmarny. Kto nie załapał się na pierwsze tramwaje i autobusy, względnie nie złapał taksówki, tkwił na Bemowie nawet do trzeciej w nocy.
Wrażenie ogólne: na wskroś profesjonalne, co niestety oznacza również, że przewidywalne widowisko. Światowy poziom, najwyższe technologie, koszmarny wysiłek wykonawców. W tej tanecznej miotaninie i galopującej paradzie remiksów, zabrakło nieco spontany i emocji. Te można było poczuć zapewne jedynie wdychając woń spływającego w pocie czoła podkładu Madonny pod samiuśką sceną. Niestety, piski zachwytu stamtąd nie dotarły zbyt daleko.

W PRASIE: I po Madonnie…

I po wielkim wydarzeniu.
Więcej na temat Szalonej Nocy wieczorkiem, póki co, linkujemy do relacji, która chyba trafiła w nasze odczucia najdobitniej.
Jak pisze dzisiaj Interia:

Publiczność nie została porwana tym koncertem, tłum nie falował, nie tańczył, nie oddawał się emocjom. Jedynie utwory „Holiday”, „Miles Away”, „Like A Prayer” i „Ray Of Light” były w stanie wyrwać publikę z marazmu, ale nawet w trakcie wspomnianego „Ray Of Light” zapału starczyło na połowę piosenki. Przedziwnie wyglądało z trybun kilkaset metrów mnóstwa nieruchomych postaci na koncercie pełnym przebojów.

Całość do przeczytania tutaj.

EVENT WEEKENDU: Madonna!!!

To już nie noc cudów, a caluśki weekend!
Pierwsze desanty pedalin zaatakowały dworce, a potem hotele i znajomych już wczoraj po południu, pod wieczór tęczowa fala godna parady wylała się na Krakowskie Przedmieście i po innych traktach miejskich, a kluby do rana pękały w szwach.
Ekscytacja sięga zenitu. Nie będziemy się tu rozpisywać o każdym pierdnięciu Madge, która o 17.30 wylądowała na Okęciu, bo to doskonale robią za nas inni 😀 Dzisiejszy wieczór to nie tylko rewolucja w pedalskich sercach, ale przede wszystkim – w życiu miasta, które pod tę okoliczność przebudowało całe rozkłady jazdy (zamiast ulic, bo na to akurat było za mało czasu) oraz program popkulturalny, obfity jak nigdy.
Problem w tym, że samemu pojawieniu się ikony na Polskiej ziemi zaowocował także niezliczonymi imprezami towarzyszącymi, raz – że wykorzystującymi potencjał nazwiska na korzyść każdego klubu czy knajpy, która zorganizuje odpowiedni wieczór, dwa jednak – dający możliwość zabawy z Magde w tle nawet tym, którzy z różnych względów na sam koncert nie pójdą.
My po długich analizach doszliśmy do wniosku, że wszędzie być nie można. Najbardziej żałujemy, że nie dojedziemy do Hydrozagadki, ani obejrzymy w związku z tym Gaby Kulki śpiewającej repertuar Madonny na Chłodnej 25. Za to nie darujemy sobie z pewnością afterparty, które dzięki mózgom przybytku na Pankiewicza 3, przybrało formę klasycznego voguebalu, gdzie każdy znajdzie z pewnością pięć minut na prezentację swojej choreografii.
My też, dlatego tam nas dziś szukajcie. Strike the pose, niech moc będzie z nami!

GOSSIP BOY, Week 10: Jackson, PSB, Brit, No Doubt

Tak się jakoś złożyło, że dzisiejszą (krótką) edycję plotek poświęcimy w całości mniej lub bardziej spekakularnym powrotom.


  • Wiadomością tygodnia niewątpliwie pozostaje powrót Króla Popu, który własnoustnie zapowiedział serię koncertów na londyńskiej O2 Arena w czerwcu 2009. Nie milkną spekulacje co do kondycji starzejącego się Michaela, stąd doradza się zakup biletów na pierwsze koncerty w obawie, że ostatnie już się nie odbędą. Taka perspektywa robi wrażenie na fanach – strona piosenkarza zbombardowana została (i zawieszona) 16.000 odwiedzin na sekundę, mimo że sprzedaż biletów rusza – nomen omen – 13 marca.
  • Cały świat zelektryzowało wyznanie, którym Brit podzieliła się po jednym z numerów tanecznych przez niewyłączony mikrofon z publicznością koncertu w Tampie. Ledwie kilka godzin trwało ogólnonarodowe poszukiwanie nagrania ze zdarzenia, dzięki któremu mamy dowód: Brit ma tak skąpe kostiumy, że zwisa jej z nich cipka.
  • Pet Shop Boys nie ustają w promocji. Wraz z niedzielnym wydaniem Mail on Sunday, rozdali rodakom ponad 2 miliony egzemplarzy kompilacji z remiksami swoich największych hitów, zamkniętej utworem Did You See Me Coming? z najnowszej płyty.
  • Powraca także inna legenda, biały z natury Eminem. Singiel już bije rekordy pobrań, płyta w maju, a – jak zauważył Perez Hilton – gościu zeszczuplał i wygląda bardziej gejowsko, niż kiedykolwiek.
  • Z pań powrót z nową płytą zapowiada Natalia Imbruglia, która póki co wystąpiła w filmie. Z kolei na serię koncertów reaktywuje się kolebka Gwen Stefani, No Doubt.

HIT DNIA: Madonna – Triggering Your Senses

Po kilku miesiącach działalności zagramy wreszcie Madonnę 😀

Rzecz jasna nie tak banalnie i standardowo: jako hit dnia proponujemy demo piosenki, nie wciągniętej na playlistę tanecznego klasyka, Confessions on the Dancefloor. Triggering Your Senses szczęśliwie nie brzmi jak demo, jest nośne, chwytliwe i odpowiednio rytmiczne, więc doskonale nadaje się na marcowe spacery ze słuchawkami na uszach.

Doczekało też montażowego teledysku:

A wszystkim tym, którzy otarli już łzy radości dwadzieścia minut po północy dnia pamiętnego, kiedy to zakupili bilety na sierpniowy megashow w Warszawie, życzymy słodkich snów. Takich na przykład, jak ten o bliskim spotkaniu trzeciego stopnia back-back-back-back-stage:

http://widgets.nbc.com/o/4727a250e66f9723/49abdc643504ec85/491e9700cdebff40/37ab264b/-cpid/38a465774596e26e
A że raczej marne szanse, zaśpiewajmy raz jeszcze: deeeeeeeens… jour onli trigerrrrin jourseeeeeenys…

EVENT DNIA: Oskary 2009


Oskarowa noc już zyskała miano najbardziej gejowskiego wieczoru: mnóstwo klasycznej muzyki musicalowej, z odśpiewaniem w finale z jednego numerów klasyka Over the Rainbow oraz dwie wzruszające przemowy w związku z Oskarami dla Milka – Penn postanowił na tyle dużo czasu poświęcić sprawie, że nawet nie podziękował własnej żonie. O nagromadzeniu tematu niech poświadczy fakt, że w retransmisji na Azję wygłuszono wszelkie nawiązania do homoseksualizmu.

Producenci show postawili na scenie jako gospodarza wieczoru maczoidalnego Hugh Jackmana (kto wiedział o jego przegiętej musicalowej przeszłości, ręka w górę), który dwoił się i troił w numerze inauguracyjnym przedstawiając w formie śpiewanej wszystkie tytuły, nominowane do nagrody w kategorii film roku.

muzyczne otwarcie oskarowego wieczoru

W kolejnym numerze, w doborowym towarzystwie Beyonce oraz obsady Mamma mia! (Dominic Cooper, ech!) oraz High School Musical (Zac Effffffron, ech!), na całe gardło ogłosił światu, że oto musical powstaje z martwych. Chyba na ekranie, bo kryzys ekonomiczny poważnie zatrząsł Brodwayem, który w popłochu zdejmuje z afiszy kolejne tytuły.

http://www.dailymotion.pl/swf/k7zSo11sad57mMXFcV&related=1
Musical is back!

No ale grunt, to dobre samopoczucie Akademii. Autorzy gali mogą spać spokojnie – tegoroczna gala jest najlepiej ocenianą w ostatnich latach i – co ważniejsze! – cieszyła się wysoką oglądalnością.

Z muzykalnego obowiązku donosimy także, że Oskara tak za muzykę, jak i piosenkę do filmu, zdobył autor ścieżki dźwiękowej do najbardziej utytułowanego filmu wieczoru, Slumdog. Milioner z ulicy. Jeszcze tego samego wieczoru, indyjską piosenkę wzięły na remiksową tapetę Pussycat Dolls (czyli w praktyce – Nicole Scherzinger), a co z niej zrobiły, posłuchać można na oficjalnej stronie kompozytora, AR Rahmana.

Nie zapominajmy też o drugim po gali oskarowym wydarzeniu: jak co roku od 17 lat, Elton John wyprawił swoje własne przyjęcie, na którym za wejściówkę o wartości 3.500 dolarów pojawiła się cała telewizyjno-muzyczno-filmowa śmietanka.

Podczas miłego wieczoru mimo recesji, fundacja Sir Eltona zebrała na walkę z AIDS 4 miliony zielonych, m.in. podczas aukcji , podczas której za 20.000 sprzedano skrzynkę, na której Jackman śpiewał podczas gali na temat filmu Milk. Za 60.000 natomiast jakiś desperat kupił możliwość osobistego spotkania z Johnem podczas innego ważnegu balu pod egidą magazynu Vanity Fair.