EVENT DNIA: Oskary 2009


Oskarowa noc już zyskała miano najbardziej gejowskiego wieczoru: mnóstwo klasycznej muzyki musicalowej, z odśpiewaniem w finale z jednego numerów klasyka Over the Rainbow oraz dwie wzruszające przemowy w związku z Oskarami dla Milka – Penn postanowił na tyle dużo czasu poświęcić sprawie, że nawet nie podziękował własnej żonie. O nagromadzeniu tematu niech poświadczy fakt, że w retransmisji na Azję wygłuszono wszelkie nawiązania do homoseksualizmu.

Producenci show postawili na scenie jako gospodarza wieczoru maczoidalnego Hugh Jackmana (kto wiedział o jego przegiętej musicalowej przeszłości, ręka w górę), który dwoił się i troił w numerze inauguracyjnym przedstawiając w formie śpiewanej wszystkie tytuły, nominowane do nagrody w kategorii film roku.

muzyczne otwarcie oskarowego wieczoru

W kolejnym numerze, w doborowym towarzystwie Beyonce oraz obsady Mamma mia! (Dominic Cooper, ech!) oraz High School Musical (Zac Effffffron, ech!), na całe gardło ogłosił światu, że oto musical powstaje z martwych. Chyba na ekranie, bo kryzys ekonomiczny poważnie zatrząsł Brodwayem, który w popłochu zdejmuje z afiszy kolejne tytuły.

http://www.dailymotion.pl/swf/k7zSo11sad57mMXFcV&related=1
Musical is back!

No ale grunt, to dobre samopoczucie Akademii. Autorzy gali mogą spać spokojnie – tegoroczna gala jest najlepiej ocenianą w ostatnich latach i – co ważniejsze! – cieszyła się wysoką oglądalnością.

Z muzykalnego obowiązku donosimy także, że Oskara tak za muzykę, jak i piosenkę do filmu, zdobył autor ścieżki dźwiękowej do najbardziej utytułowanego filmu wieczoru, Slumdog. Milioner z ulicy. Jeszcze tego samego wieczoru, indyjską piosenkę wzięły na remiksową tapetę Pussycat Dolls (czyli w praktyce – Nicole Scherzinger), a co z niej zrobiły, posłuchać można na oficjalnej stronie kompozytora, AR Rahmana.

Nie zapominajmy też o drugim po gali oskarowym wydarzeniu: jak co roku od 17 lat, Elton John wyprawił swoje własne przyjęcie, na którym za wejściówkę o wartości 3.500 dolarów pojawiła się cała telewizyjno-muzyczno-filmowa śmietanka.

Podczas miłego wieczoru mimo recesji, fundacja Sir Eltona zebrała na walkę z AIDS 4 miliony zielonych, m.in. podczas aukcji , podczas której za 20.000 sprzedano skrzynkę, na której Jackman śpiewał podczas gali na temat filmu Milk. Za 60.000 natomiast jakiś desperat kupił możliwość osobistego spotkania z Johnem podczas innego ważnegu balu pod egidą magazynu Vanity Fair.

GOSSIP BOY, Week 6: NKOB, 50 Cent, Ritchie

Spóźnione bo wyjazdowe, ale szczere – oto króciutkie podsumowanie poprzedniego tygodnia.

  • Się dzieje w boysbandach. Okazuje się, że za początków grupy, Howard i Robbie z Take That urządzili sesję masturbacyjną, podczas gdy Owen ich obserwował. Zważywszy na ilość bieżących i historycznych wyznań, strach nawet myśleć, jakich jeszcze rewelacji świat się dowie… Na przykład:

  • Potwierdziły się plotki, że a) Jonathan Knight z NKOTB jest gejem, oraz b) że info do brukowca sprzedał jego ex. Oprócz samego wyotowanego, pół świata żałuje też niejakiej Tiffany – to po pierwszej randce z nią chłopak uświadomił sobie własne preferencje.
  • Niedawny Pan Madonna, oskarżany przez szwagra o homofobię, zadał kłam tym i podobnym zarzutom, w najlepsze gardłując do karaoke w jednym z nowojorskich klubów gejowskich.
  • Kim Petras, wschodząca niemiecka popgwiazdka rodem z myspace i youtube, sfinalizowała zmianę płci, stając się w wieku lat 16 najmłodszą, transseksualną osobą na świecie.

  • Jak na prawdziwego rapera przystało, 50 Cent wprowadzi pod swoim nazwiskiem na rynek serię kosmetyków pielęgnacyjnych dla ziomali z bogatych podwórek. Wcześniej firmował już napoje oraz ubrania. Męskie, rzecz jasna.
  • Kelly Clarkson nie jest lesbijką i raczej nigdy nie będzie. Pech.
  • Znany ostatnio jako Netoperek o tubalnym głosie, Christian Bale, eksplodował tyradą słów na f**ck, gdy technik na planie po raz kolejny zepsuł mu scenę. Whoopie broni kolegę, a specjaliści remiksują furię w chwytliwe kawałki, które szturmem zdobywają internet, w tym QueerTunes.

Oh-my-gaygod! Jack-wojownik!

Data premiery superprodukcji z Jackiem Gyllenhaalem przesuwa się na rok 2010, ale czymże były szołbiz bez przecieków. Dzięki usłużnym blogowiczom z JustJared, cały pedalski światek może oglądać pierwsze zdjęcia z planu, wycinając przy tym z kadru żeńską połówkę w postaci Reese Witherspoon.
No bo że co, że Jack spędza z nią na planie dużo czasu? Że chodzą za rączkę? Whooy cares, kiedy o wiele bardziej interesuje wszystkich, skąd się pięknisiowi nagle zrobiło tyle mięśni, z kim ćwiczył po nocach, oraz czy do twarzy mu w stroju mitycznego księcia i bohatera gry Prince of Persia.
Cóż, QueerPop lubi wszystko z Jackiem. Gdyby jakiś malkontent miał mu wypomnieć, że coto-jakto, supergówno z hollywood, to przypominamy, że młody aktor ma już na koncie przynajmniej jedno, Pojutrze. I tam też warto go było oglądać.
Więc milczeć, sceptycy!

Nareszcie!

Kto wiedział, że Cece Peniston – obok Marysi Sadowskiej i tamtejszych dj’ów – wystąpi dziś w Palladium, ręka do góry.
Ok, niech będzie, że jestem ostatni, ale za to pójdę ją obejrzeć. Nie będę czarował, że jestem zaawansowanym znawcą jej dorobku. Od początku do końca kojarzy mi się z priscillowym hitem, Finally, swoim pierwszym, i na pewno ostatnim na tak wielką skalę. W ramach przygotowań do dzisiejszego wieczoru poszperałem nieco na jutjubie, i proszę, wygrzebałem wydłużony remiks tej ikonograficznej piosenki, z wideo-kolażem scen filmu oraz oryginalnego teledysku.
Ladies and gentlemen, and ladylike gentelmen, Miss Cece!
Do zobaczenia wieczorem.

FILM: Alive and Kicking ****


Tonio jest tancerzem i nosicielem HIV. Otoczony gromadą życzliwych współpracowników, tworzących wspierającą rodzinę, wciąż żyje w cieniu AIDS – przed rokiem zmarł jego partner, teraz na łożu śmierci leży przyjaciel i zawodowy mentor, Ramon. Wkrótce po pogrzebie Tonio spotyka terapeutę Ramona, Jacka, który rozpoczyna starania o jego względy. Tonio nie traktuje poważnie tych zabiegów, skupiony na pracy nad kolejnym spektaklem. Z czasem ulega zalotom upartego Jake’a, wciąż jednak opiera się myśli o poważnym związku, głównie z powodu strachu przed własną przyszłością, naznaczoną widmem choroby.

Film o życiu z wirusem, a właściwie w jego cieniu. O lękach egzystencjalnych i potrzebie bliskości drugiego człowieka.

HIV determinuje codzienność Tonia – jeszcze zdrowego, za to skonfrontowanego z utratą kolejnych bliskich. Zgrany zespół teatralny traci najlepszych wykonawców, sklerotyczna kierowniczka grupy podejmuje decyzje o wskrzeszeniu – być może na koniec działalności trupy – homoerotycznej choreografii sprzed lat, Indiańskie Lato, autorstwa niedawno zmarłego mistrza, Ramona.

Przyszłość jest niewiadomą, nie tylko w wymiarze zawodowym. Tonio popada w desperacje, widmo śmierci przeraża go, unika poważnych zobowiązań w obawie, jak trudne może się w każdej chwili stać jego życie. Tymczasem na jego drodze, niemal niepostrzeżenie, pojawia się Jack. On także wie, czym jest AIDS – jako psychoterapeuta prowadzi zajęcia i sesje z chorymi.

Jack od razu ulega urokowi pięknego i zwiewnego tancerza, wytrwale stara się stać dla niego kimś ważnym. Stanowi jego szare przeciwieństwo, a jednocześnie doskonałą odpowiedź na jego strach przed samotnością i śmiercią: jest oddany, troskliwy, pracowity. Obaj kochankowie doskonale wiedzą, że gdyby nie desperacja jednego i determinacja drugiego, Tonio nigdy nie zwrócił by na Jacka uwagi.

Ich relacje niemal od początku naznaczają różnice charakterów. Chimeryczny Tonio z początku traktuje misiowatego psychologa protekcjonalnie i instrumentalnie. Z kolei Jack ujawnia z czasem własne problemy – alkohol i wybuchowy charakter. A jednak ich znajomość rozwija się w coraz bardziej krzepnący układ. Mimo różnicy temperamentów i własnych słabości, stają się dla siebie prawdziwym wsparciem, by w finale zawrzeć – jak sami mówią – niezbyt romantyczny układ.

Historia autentyczna, w naturalny sposób łącząca życiowy komizm (przyjacielska próba seksu gejowsko-lesbijskiego) z poważną refleksją, jak choćby w krótkiej scenie, gdy zdziecinniała wiekowa dama uświadamia Toniemu, że nie warto dożywać późnej starości, skoro niesie ze sobą niedowład umysłowy. On sam choć naznaczony jest śmiertelną chorobą, to bardziej nawet ponadczasowym pięknem, nie przystającym do szarej i zagraconej rzeczywistości.

Parze bohaterów dane jest doświadczyć tego piękna podczas wypadu do słonecznej, jasnej i spokojnej Grecji. Jednak i tam nie opuszcza ich (i widza) świadomość nieuniknionego. Kiedy Toni wyrzuca do morza prochy zmarłych przyjaciół, chmura popiołu owiewa mu głowę. „Mam Ramona w oku”, powie z melancholijnym uśmiechem. Wkrótce potem będzie się zmagał z tą świadomością podczas występu, który zjedna mu uznanie nawet największego, bo zdrowego, rywala.

Alive and Kicking to wprawnie napisana i wiarygodnie zrealizowana opowieść o poszukiwaniu bratniej duszy. Scenarzysta w porywach sięga po środki nieco melodramatyczne (czy tancerz z niedowładem stóp może wykonać taniec życia…?), ale nigdy nie wpadająca w przesadę. Główna w tym zasługa rzetelnego, brytyjskiego aktorstwa, tak pierwszo, jak i drugoplanowego, uwiarygodniającego złożoność ludzkich zachowań, obaw i namiętności.

Alive and Kicking (tyt. alternatywny: Indian Summer)
Wielka Brytania/USA, dramat 98 min.
reżyseria: Nancy Meckler
scenariusz: Martin Sherman
występują: Jason Flemyng, Anthony Sher, Dorothy Tutin, Anthony Higgins, Bill Nighy

FILM: Plata quemada (Spalona forsa) ****


Argentyna, 1965. Nene i Angel to para gangsterów do wynajęcia. Para nietypowa, bo homoseksualna – od momentu poznania w szalecie nie rozstają się ze sobą na krok. ZIntegrowali się emocjonalnie i wizualnie do tego stopnia, że nazywani są Bliźniakami, i choć okazjonalnie wyzywani od ciot, są cenieni na tyle, że właśnie realizują kolejne zlecenie – skok na konwój bankowy. Niestety, w wyniku strzelaniny ginie dwóch policjantów, ropoczyna się nagonka i czwórka spiskowców musi ewakuować się do Urugwaju. Tam, w całkowitym odosobnieniu, w opuszczonym mieszkaniu, do głosu dochodzą skrajne emocje. Drogi kryminalnych kochanków wydają się rozchodzić na dobre…

Oparty na faktach film gangsterski, a przecież tak naprawdę o miłości. Rozpoczyna się od sekwencji przedstawienia osób dramatu, jak we wszystkich filmach tego typu: skorumpowani urzędnicy, handlarze narkotyków, egzekutorzy i oni – Bliźniacy, romantyczni, czuli, nadzy, piękni ze sobą w tym kryminale. Obserwujemy przygotowania do skoku, kolejne etapy realizacji planu, wpadkę, ewakuację, koszmar odcięcia od świata zewnętrznego, poczucie osaczenia przez policyjne psy. Ale te wszystkie wydarzenia stanowią tło, zapalnik zupełnie innych dramatów: para kochanków u progu kryzysu i zagubienia, które pogłębia się tylko, gdy cały gang zamknie się w pustych, odrapanych ścianach obskurnego mieszkania, gdzie próbują przeczekać medialną nagonkę.

Spalona forsa wciąga od pierwszych kadrów – piękne zdjęcia podparte muzyką z epoki, jakiej nie powstydził by się mistrz Almodovar. Film wystylizowany, kiedy trzeba zainscenizowany z należytym gatunkowi rozmachem (wojskowa mobilizacja policji Montevideo), jednocześnie mocno umowny (scena napadu). Reżysera interesują bowiem nie tyle historyczne fakty, ile zmagania wewnętrzne, ludzie stojący za tymi wydarzeniami, faceci, którzy spalili 7 milionów dolarów.

I tu dochodzimy do sedna: pary głównych bohaterów. Przystojnych, męskich latynosów, zakochanych w sobie na zabój, nie stroniących od gestów czułości i namiętności. Wtulonych w siebie we śnie, wsłuchanych w swoje oddechy, chłonących zapach dłoni, podających papierosa. Scalonych ze sobą od pierwszego płomienia zapałki, aż do brawurowego spalenia walizki pieniędzy. W ich wykonaniu nawet improwizowany zabieg usuwania pocisku z barku nabiera wydźwięku erotycznego. Brawa należą się scenarzyście i reżyserowi za piękne rozpisanie ale i obsadzenie tych dwóch ról.

Gwiazdor argentyńskiego kina, Leonardo Sbaraglia (znany choćby z nieco późniejszego Intacto) dźwiga ciężar odrzucenia z należytą porcją romantyzmu. Do końca trwa przy swoim Nene, gdy ten zapada się w sobie i wsłuchany w natrętne głosy wewnętrzne odrzuca kochanka w imię parareligijnych urojeń. Scena, w której Agel opowiada Giselle, kobiecie u której szuka ukojenia, o swojej miłości do partnera, jest prawdziwie poruszająca. Gdy przyjdzie mu wybierać między tym dwojgiem – decyzja będzie dla niego oczywista, a odrzucona miłość kobiety – niczym w antycznej tragedii – obróci się dla pary kochanków na nieuchronną zgubę, której wcale nie będą się starali uniknąć.

W dokumencie Celluloid Closet Susan Sarandon stawia diagnozę, że homoseksualne uczucia znajdują u ekranowych twardzieli ujście w strzelaninach, i to co kobiety manifesują w filmach czułością, oni pokazują, ruszając ramię w ramię pod ostrzał karabinów, z giwerami w dłoni, bo przecież nie mogą wyciągnąć fiutów (skojarzenie z Butch Cassidy and the Sundance Kid i kilkoma innymi filmami tego gatunku jak najbardziej prawidłowe). Jakkolwiek obcesowo by to nie brzmiało, Plata quemada idzie o krok dalej: tu pod ogniem armii Montevideo zginęli prawdziwi, kryminalni acz romantyczni, naćpani i tragiczni kochankowie. Siłą tego filmu jest, że pokazuje to w sposób przekonujący, a oni pozostają w swoim idealizmie prawdziwie wiarygodni.

A dla niedowiarków pozostaje zawsze druga strona medalu: oparte na faktach. Może i luźno, ale za to jak pięknie.

Romantyczny klip z filmu do muzyki Radiohaead

Spalona forsa (Plata quemada/Burnt Money)
Argentyna/Francja/Hiszpania/Urugwaj 2000 sensacyjny, 120 minut
scenariusz: Marcelo Piñeyro, Marcelo Pigueras
reżyseria: Marcelo Piñeyro
występują: Leonardo Sbaraglia, Daniel Valenzuela, Leticia Brédice, Pablo Echarri, Eduardo Noriega

FILM: 24th Day (24. dzień) ***


Romans zapowiada się niemal niewinnie lub – jak kto woli – rutynowo: Tom przysiada się w barze do Dana, Tom wpada w oko Danowi, Tom zabiera Dana do domu. Wyraźna nieśmiałość Toma pociąga wyluzowanego Dana, próby fizycznego zbliżenia kończą się jednak unikami. Mniej przyjemnie robi się, gdy Dan orientuje się, że nie tylko był już w tym mieszkaniu, ale właśnie z Danem. Gorzej, że zupełnie nic nie pamięta, podczas gdy Tomowi ich przygodny seks sprzed 5 laty zapadł w pamięć wręcz obsesyjnie. To dopiero początek, bo okazuje się, że ich ponowne spotkanie nie było przypadkowe, a Tom ma radykalne plany: uważa, że tamtej nocy Dan zaraził go HIV, a w konsekwencji zabił także jego żonę i zrujnował życie. Więzi go więc i siłą pobiera krew zapowiadając, że jeśli test na obecność wirusa wypadnie pozytywnie, zabije go. Rozpoczyna się wojna nerwów i kłamstw, z moralnymi dylematami w tle.

Spotkanie niegdysiejszych kochanków rzadko chyba bywa równie dramatyczne. Kiedy wydaje się, że fopa zapomnienia czyjegoś imienia, romansu czy seksu jest największą niezręcznością, jaka może się przydarzyć, okazuje się, że jest dużo gorzej – były kochanek jest psychopatą, pałającym żądzą rozliczenia swoich życiowych tragedii. Stawia przy tym pytania w dobie AIDS fundamentalne: Jak można pamiętać, że po pijaku użyło się kondoma, skoro nie pamięta się nawet miejsca i człowieka? Czy przygodny charakter seksu zwalnia od odpowiedzialności za osobę, z którą poszło się do łóżka po dwóch godzinach znajomości? Czy kłamstwa, wygłaszane na użytek świata i własny są zawsze tak niewinne, jak się wydaje, i nie łączą się z żadnymi konsekwencjami?
24 dzień to psychologiczny thriller o scenicznym rodowodzie, co na ekranie jest doskonale widoczne. Poza migawkami z przeszłości, akcja rozgrywa się niemal wyłącznie w zaniedbanym mieszkaniu po dziadkach, które staje się areną fizycznych starć, szarpaniny, i niewprawnej przemocy, ale przede przede wszystkim życiowych dramatów i rozliczeń przeszłości. One-night-stand przeradza się w psychodramę, w której padają ważkie pytania o odpowiedzialność i przede wszystkim: szczerość.
W tym starciu Tom ma przewagę o tyle, że przygotował się do spotkania. Dużo wie o Danie i kolejno demaskuje jego mistyfikacje, z których największą okaże się pewność siebie i poczucie kontroli nad własnym życiem. Ale nikt – także on – nie ma patentu na ‚prawdę prawdziwą’ (o której obaj od któregoś momentu dużo mówią). Każdy z nich ma swoją własną, i także Tom będzie musiał uświadomić sobie, że obarczanie Dana winą za własne nieszczęścia opiera się na niepewnych przesłankach, ale także mylnym założeniu. To Dan konfrontuje go z jego największą obawą, zadając mu pytanie, przed którym zapewne sam od miesiąca ucieka: a co, jeśli to nie ty zaraziłeś żonę, tylko ona ciebie? Czy możesz być pewny osoby, której ufasz najbardziej?
Podporą nie do końca spójnego filmu i jego podstawowym atutem jest zaskakująco dobry aktorsko udział dwóch młodych gwiazdorów filmowo-telewizyjnych. Mimo sprawnych dialogów, poszarpanego montażu i półmroku, kreujących atmosferę klaustrofobii, obraz grzęźnie na mieliznach, i choć rozmówki o drużynach futbolowych i programach telewizyjnych miały zapewne pokazać bardziej ludzki wymiar i wzajemne zbliżenie obu bohaterów, nie zawsze wychodzą całości na dobre. Paradoksalnie najmniej przekonująca jest sensacyjna warstwa filmu, historia w kilku momentach sprawia wrażenie mocno wydumanej, a jednak broni się jako swoistego rodzaju przewrotny moralitet czasów zarazy.
Pewnie dlatego, że niesie uniwersalne przesłanie: każdy ponosi odpowiedzialność za swoje czyny. A każde kłamstwo może być naszym ostatnim…

zwiastun


24 dzień (24th day)
USA 2004 thriller, 96 minut
scenariusz i reżyseria: Tony Piccirillo

występują: James Marsden, Scott Speedman, Sofia Vergara