FOTO-SZOP DNIA: Ronaldino dla Armaniego

A jakże, te zdjęcia obiegły internetowy świat już ze dwa razy dookoła. I po raz pierwszy spojrzeliśmy na Ronalda bez poczucia lekkiej żenady. Próby wylaszczenia tego portugalskiego klocka z urąbaną miednicą na ikonę stylu (oraz gejów), budziły w nas od początku uśmiech politowania. Rozumiemy doskonale, że Armani potrzebuje kształtnych ciał, bo na innych ich bielizna wygląda co najmniej ironicznie, ale żeby od razu naciągać ją na taką górę mięcha, z daleka trącącą jakimiś sterydami?

To już nawet nie chodzi o to, że metroseksualny do szpiku kości Beckham może być tylko jeden: powabny, wyrzeźbiony ale bez przesady, męski ale gładki jednocześnie. Ma to w naturze, i tak samo pokaże się przed obiektywem w studio, jak i na zakupach czy wakacjach. 
Problem w tym, że Armani poszedł w przeciwległy bazar, na którym wszystko musi być duże, mięsite, wypomadowane i błyszczące. Ronaldina można ładnie upozować do czarno-białych zdjęć, ale i tak wiadomo, że prywatnie, do przyhotelowego basenu, założy na rękę złotą busolę, a na szyję toporny łańcuch. 

Chociaż poniekąd jest konsekwentnie – ten sam problem mamy z większością produktów Armaniego: najwięcej miejsca zajmuje na nich megalomańskie logo, jakby jakość i design nie mogły przemawiać same za siebie. I ta brylantyna-gancpomada wychodzi nawet na studyjnych zdjęciach z poprzedniego rzutu reklamowego Ronalda. To chyba dlatego nie pofatygowaliśmy się wtedy, żeby je pokazać.
Chociaż – jak powiadają – dla każdego coś miłego, więc proszę bardzo, nadrabiamy: portugalski gigolo w półpełnej krasie!

FOTO-SZOP TYGODNIA: Lance Bass

Aż dziw, że nie napisaliśmy dotąd o Lansie Basie (Basi Lansi? lansie Bassa?). Może dlatego, że od momentu zniknięcia ze sceny muzycznej jego rodzimej formacji, kultowego N’Sync, nic konkretnego muzycznie nie zrobił? Z braku innych pomysłów, wyoutował się w sierpniu 2007 roku na okładce poczytnego magazynu People, i od tamtej pory bryluje towarzysko, a jeszcze bardziej – uczuciowo. Z regularnością do dwóch tygodni, internet obiega rewelacja, z kim to się romantycznie sparował, a z kim znowu rozstał. Ot, typowy gejlebryta nowej generacji.
Nie wiadomo, a propos czego, zdobi też regularnie, acz wdzięcznie okładki różnych periodyków. I tu akurat należy mu się pochwała, z braku innych zasług trzeba mu bowiem oddać, że nie boi się zaszufladkowania, i bawi się swoim wizerunkiem, często z miłym efektem ‚-nie-do-poznania’.
A piszemy o tym z okazji kolejnej sesji fotograficznej, fotoszopowo upozowanej na glam divę pokroju co najmniej Adama Lamberta. Tyle, że ten ostatni jeszcze całkiem dużo i przyzwoicie śpiewa…


Lance Bass by Mike Ruiz, czerwiec 2010


Lance Bass by Mike Ruiz, styczeń 2010


Lance Bass by Mike Ruiz, styczeń 2010


Lance Bass by Braden Summers, październik 2010


Lance Bass by Braden Summers, październik 2010


Lance Bass na okładce People, sierpień 2007