HIT STYCZNIA: Antony & the Johnsons – The Crying Light

premiera: 21 stycznia 2009, wytwórnia: Secretly Canadian

Antony Hegarty należy do Artystów. Przez duże A., co oznacza, że nie działa działają pod presją czasu i producentów, nie wypuszcza masowo singli, by za wszelką cenę podtrzymać zainteresowanie i świeżo zdobytą sławę (vide: lady Gaga, która już szykuje kolejną epkę). Tamci to wykonawcy, wokaliści, gwiazdy. Artyści natomiast podążają własną ścieżką, we własnym tempie, ciężko pracują na swoich wielbicieli, za co ci z kolei są skłonni odpłacić im kilkoma latami cierpliwości.

Opłaca się czekać sześć lat na nowy album Kate Bush. Opłaca się czekać 4 lata na czterdziestominutowe wydawnictwo Antonego. Już w 2008 roku w wyniku różnych kooperacji uraczył nas kilkoma perełkami: muzyką dla Prady, wokalizami u Herculesa i My Robot Friend, czy wreszcie mini-zapowiedzią nowej płyty. Ale to na nią właśnie, na autorską wypowiedź, czekali jego wielbiciele.

Z tego oczekiwania wyrosły też wygórowane wymagania, jakie stawia się Prawdziwym Artystom. The Crying Light wywołało mieszane reakcje – od ‚dzieła‚, po ‚cała para poszła w gwizdek‚. Na pewno poczuli się rozczarowani ci, którym apetyty zaostrzyły zapowiedzi ‚rewolucji’ czy różnorodne stylistycznie muzyczne ‚skoki na boki’ wokalisty.

Nowy Antony to Antony, jakiego doskonale znamy sprzed lat, tyle że łagodniejszy, spokojniejszy, wyciszony, bardziej optymistyczny, choć nie mniej romantyczny w wyrazie i optyce pojmowania rzeczywistości. Muzyczne brzmienia poszerzono o orkiestracje, użyte jednak rzec by można ascetycznie dla podkreślenia dramaturgii utworów, opartych głównie konstrukcji fortepian – głos.

Synalizuje to już pierwszy kontrapunkt – mroczne pociągnięcia wiolonczeli zamykające pierwszą balladę, Her Eyes Are Underneath the Ground. Sekcja smyczkowa, towarzysząca wokaliście w łagodnych frazach, przeradza się na koniec w żałobne dudnienie. Zaraz potem następuje jednak kolejny zwrot: zaczyna się jednak folkowy walczyk, Epilepsy is Dancing.

Na tej niedługiej płycie następuje kilka takich wolt stylistycznych. Toczące się niespiesznie melodie nabierają różnorodności: jazzujące One Dove poprzedza Kiss My Name, którego nie powstydziłby się pewnie któryś z naszych krakowskich artystów, gdyby tylko dysponował takim głosem. Aeon to niemal rockowy blues, a urokliwy Dust and Water, w którym Antony eksperymentuje z angielszczyzną, oparte zostało na motywach paraafrykańskich. Zamykające album Everglade przywodzi za to na myśl ckliwe, hollywodzkie kompozycje Johna Barry, co znów mogłoby stanowić zarzut, gdyby nie ten głos.

Kompozycyjnie w centrum albumu znalazły się tytułowe The Crying Light oraz znane już z ubiegłorocznego singla, Another World. Wybór zapewne nieprzypadkowy, punktujący ideę całości. W warstwie tekstowej nowe piosenki obracają się wokół kluczowych dla Antony’ego kwestii. Pochyla się nad losem ginącego znanego świata, operując motywami czysto przyrodniczymi (ptaki i pszczoły, woda, kurz, słońce, drzewa).

Jednocześnie snuje też rozważania nad kwestią przemijania, symbolicznie wciąż przywołując opozycję życia i śmierci – najdoskonalej zobrazowanego zdjęciem na okładce. Kazuo Ohno stał się dla Antonego nie tylko mentorem artysty niezwykle intymnego, ale także poddanego próbie starości: tancerza, który w wieku 102 lat nie może już ani się poruszać, ani mówić. Podobnie jak on, Hegarty staje w punktowym strumieniu światła i opowiada o jasności i ciemności, o świadomości umierania w momencie narodzin, o przemijających pokoleniach (motyw matki w Her Eyes… czy ojca w Aeon), by paradoksalnie wydobyć z tej opozycji mnóstwo optymizmu. Dodać należy, że zaraźliwego.

Jeśli już formułować zarzuty wobec tej płyty, to jest ona z pewnością bardziej ‚popowa’, łatwostrawna w warstwie muzycznej, co wynika z faktu, że w mniej osobistej perspektywie niż na poprzedniej płycie, w szerszym spojrzeniu na świat, Antony nieco wypogodniał. Jest mniej ekspresyjny, świadom narzędzi, którymi operuje. Nie porusza ewidentnymi chwytami, lecz niuansami, mikro-eksperymentami, świadomymi zabiegami, które albo się wysłyszy, albo pozostanie na nie do końca głuchym. Jego ‚ten świat odchodzi’ nie nosi znamion apokalipsy, za to – o ile się dotrwa do tego momentu – można usłyszeć jego prawdziwy krzyk zupełnie gdzie indziej.

HIT GRUDNIA: Matt Alber – Hide Nothing

premiera: 4 listopada 2008 r., wytwórnia: Tommy Boy

Chyba nieprzypadkiem pierwsze słowa, jakie padają na płycie Matta Albera, to ‘warm invitation’ – ciepłe zaproszenie. Bo od pierwszych taktów tego więcej niż uroczego albumu, ogarnia nas przytulna miękkość dźwięków, składających się w kojący strumień melodyjnych refleksji, i radosnych melancholii. Już pierwszy utwór (i zarazem pierwszy singiel), Monarch, uświadamia, że mamy do czynienia z muzyką pop, ale na pograniczu ballady poetyckiej, wyciszonej i osobistej w wyrazie.

Szybko wyjaśnia się tytuł całości: Hide Nothing. Leniwe rytmy unoszą się, zapętlają i opadają, a Matt otwarcie opowiada swoją historię, otwiera przed nami swoje intymne dzienniki, przede wszystkim jako gej, nie ukrywając do jakich podmiotów lirycznych śpiewa.

A wyśpiewuje właściwie wszystko. Od odkrywania własnej tożsamości (The Monarch), poprzez emocje inicjacji i szkolnego zauroczenia (pierwsze elektroniczno-liryczne apogeum – Field-Trip Buddy), aż po namiętności dorosłe. Głównie te głębokie, które nie lubią pośpiechu (smolikopodobne Slow Club), ale gdy już się rozwiną, to rozpędzają człowieka do prędkości kolejki górskiej, że potem to już tylko koniec świata (End of the World). Jeśli związek przetrwa te perturbacje, pozostaje powiedzieć sakramentalne słowo kocham, ale i to Alber robi ostrożnie (drugie liryczne apogeum – Walk With Me).

Na tle akustycznych instrumentów, uprzestrzennionych elektroniką i wzbogaconych orkiestracjami, wokalizami i chórami, Matt z umiarem acz w pełni demonstruje swoje możliwości głosowe. Pod tym względem szczególnie wybrzmiewa nieco orientalna Beoatia, w której pieśniarz z harfą tle prowadzi duet sam ze sobą, jako baryton oraz efektownym falsetem (kto nie wierzy, że można aż tak, niech zajrzy najpierw tutaj).

Jeden z amerykańskich krytyków napisał o piosenkach Albera, że tak zapewne brzmiałby Rufus Wainwright, gdyby wysłać go w kosmos i kazać nagrywać w stanie nieważkości. O ile przy pierwszym przesłuchaniu The Slow Club czy Walk with Me trudno nie dostrzec podobieństw w barwie głosu i stylu prowadzenia melodii, to Matt ma w stosunku do znamienitego barda jeszcze jedną, kolosalną zaletę: jest całkowicie odarty z manieryzmów i egzaltowanych zapędów scenicznej diwy (bez urazy, Rufus). Także w warstwie tekstowej pozostaje bardziej introwertyczny, w skupieniu przyglądając się detalom życia.

Jeżeli czegoś w tym obrazie z Rufusa brakuje, to czasem odrobiny więcej energii, ba! szaleństwa. Na płycie nie znalazły się ostatecznie gitarowe kawałki Your Birthday czy Anyone Out There, znane z wcześniejszego singla. To zapewne zabieg celowy, dzięki któremu czterdzieści minut klasyczno-popowej muzyki tworzy zamkniętą, kameralną całość, doskonałą do słuchania w intymne wieczory we dwoje. A zwłaszcza we dwóch

więcej: cała płyta Hide Nothing online na stronie artysty.

Bonus energetyczny, wcześniejsza piosenka Matta, Anyone Out There:
http://www.box.net/embed/jylr3ev49k14afb.swf


TRIVIA

  • Matt był uczestnikiem nigdy nie wyemitowanego show MTV w stylu Idola dla muzyków country.
  • Matt studiował śpiew klasyczny, występował także z chórem a capella Chanticleer, który za jego obecności wydał 7 płyt i zdobył 2 nagrody Grammy.
  • Matt zarejestrował i zmiksował płytę w całości na domowym Macu, z pomocą swojego ex-partnera, który ostatecznie został jej producentem.
  • Większość materiału muzycznego została opublikowana już w 2006 r. na samodzielnie wydanym singlu, Nonchalant.
  • Piosenka End of the World wykorzystana została na ścieżce dźwiękowej do filmu Noah’s Arch: Jumping the Broom – artysta uświetnił premierę swoim występem
  • pieśń Beotia opowiada o armii kochanków w starożytnej Grecji i napisana została specjalnie na otwarcie igrzysk Gay Games w 2006 roku
  • Hide and Seek jest coverem piosenki, pierwotnie śpiewanej a capella przez Imogen Heap, i w jej wykonaniu spopularyzowanej w kilku serialach, m.in. Heroes i L-Word
  • Matt udziela się społecznie, spotykając się w ramach żywych bibliotek jako wyoutowany artysta, biorąc udział w akcjach przeciw Prop. 8, a także na rzecz bezdomnej młodzieży LGBT.