KIT DNIA: Dieux du stade alla polacca


Obrazek powyżej to lepsza połowa zdjęcia, które mimo obecności na nim niemal nagiego, męskiego ciała w elastycznych bokserkach, nie wzbudziło naszego entuzjazmu (po kliknięciu można obejrzeć całość). Widnieje na nim Damian Kalski, zawodnik Wojskowego  Klubu Sportowego „Flota” Gdynia. Zwycięska drużyna ekstraligi siódemek rugby pozazdrościła bowiem najwyraźniej kolegom z krajów anglosaskich i zorganizowała gołą sesję, aby z okazji święta kobiet przypodobać się nieco fankom tego mało w Polsce uznanego sportu i – rzecz jasna – pozyskać nowe wielbicielki, najlepiej płci żeńskiej.
Ideę sesji wyłuszcza artykuł na serwisie trójmiasto.pl (dla ciekawych tam też zdjęcia w dużo większym formacie).

Nie żeby aż tak przeszkadzała nam obecność kobiety na niektórych zdjęciach, chociaż wygląda, jakby panowie bardzo chcieli zyskać jakieś alibi. Nie to nawet, żeby chłopcy byli nieatrakcyjni, choć sylwetki niezbyt australijskie i nie czują się przed obiektywem do końca komfortowo. Pomysł nowego speca od promocji klubu nie był zły – w końcu sprawdza się nawet wśród mormonów i misjonarzy – chociaż u nas jeszcze trudno nie narazić się przy tym na tytuł ‚pajaca’ lub ‚geja’ (cytat z dyskusji pod artykułem).
Szkoda za to, że zarówno aranżacja jak i realizacja techniczna zdjęć tak wyraźnie odstaje od standardów – z litości nie podlinkujemy do zdjęć zachodnich. Może i na codzień narzekamy na nadmiary fotoszopa, którego w męskich aktach też widać czasem aż nadto, ale tym razem wyraźnie zabrakło dobrego fotografa (chociaż było dwóch) i etapu postprodukcji – już rozgorzała dyskusja, że robiąc za darmo taki szajs, autorzy sesji podwójnie psuje rynek profesjonalnej fotografii.
Pomijając myśl jednego z komentatorów, że fotki strzelane były po treningu komórką – sami nie wiemy, padło nam coś na wzrok, czy tylko wydaje się nam, że jeden z modeli trafił do sauny z brudnymi nogami:

Koniec końców: punkt dla panów, że wpadli na przeszczepienie oryginalnej formy promocji na zapyziałe podwórko rodzimego sportu – że chwyt działa świadczy rundka, jaką news o sesji zrobił po wszystkich większych serwisach internetowych. Nie zmienia to faktu, że efekt też wyszedł zapyziały, i mimo wszystko najbardziej podoba się nam zdjęcie ubrane. Mamy nadzieję, że niezrażona słowami krytyki ekipa wyciągnie stosowne wnioski, i już za rok zaprezentuje się nam już w pełnej krasie.
No może nie nam, niech będzie, że kobietom 🙂

Autorzy zdjęć: Jakub Łęgosz, Rafał Nitychoruk (portfolio)
Pozostałe zdjęcia po kliknięciu na ‚czytaj więcej’.




KIT DNIA: George Michael – True Faith

Nie, to nie jest przeróbka klasyka George’a Faith (obecenie w jubileuszowej reedycji). To przeróbka klasyka New Order z tego samego roku 1987:

Na kilometr (względnie nawet milę) trąci porażką 1999 roku, tyle że dodatkowo koszmarnie podkręconą przez vocoder w stopniu, który pozwala podejrzewać, że Niegdyś Uznany Wokalista wykonał i miksował piosenkę w stanie, zaprzeczającym oświadczeniom, jakoby wyciągnął z ostatnich przygód i pobytu w kiciu jakiekolwiek wnioski, i że już jest ok. W porannej rozmowie z radiem BBC Radio 2 pochwalił się (w ca. 15 minucie), że nagrał całość prawie za jednym podejściem. Może to jest przyczyna tragedii.

Fakt, że tak pokiereszował kawałek, z którego całkowity dochód idzie na cele dobroczynne, przygnębia nas nie wiedzieć czemu jeszcze bardziej. Premiera singla i oficjalnego teledysku – za tydzień.

KIT DNIA: Zwolnienie ★★ na EuroFilm Festiwal

Dziś na festiwalu kolejna nowość, nie prezentowana wcześniej w ramach Czwartków LGBT. I niestety, poważna strefa spadku – także frekwencyjnego. Być może zadziałała wczesna pora – premierowy film o godzinie 18.00? – a może po prostu sam film, niestety słaby.
Trochę trudno się dziwić, że ściągnięty do Warszawy – ubiegłoroczny Shank (przewidziany w programie na wtorek, 13 lipca) tego samego duetu reżyserskiego, jak i ta produkcja, hołubione są przez branżowe festiwale. Zwolnienie zapewne za kontrowersyjne tematy, ale okazuje się, że natłok atrakcji z katalogu kontrowersji od A jak Antyklerykalizm, przez E jak Eutanazja, K jak Ksiądz, P jak Pedofilia, W jak Więzienie aż po Z jak Zwolnienie, to za mało, a może w tym wypadku – za dużo.
Oryginalna jest pierwsza scena (a zarazem ostatnia oryginalna), w której zastajemy zaspanych kochanków w porannym uścisku, dopiero po kilku minutach okazuje się, że romansują w więzieniu. Dalej poznajemy rzecz jasna historię osadzonego w celi księdza Jacka, który za kratami zakochuje się nie w kim innym, jak w idealistycznym… strażniku.
Jak można z góry przewidzieć, jest rzecz jasna więzienny gang, manipulacyjny czarny charakter i lodowa pani naczelnik, i młodociany współwięzień w opałach. Przez półtorej godziny czekamy, aż ojciec Jack dozna swego odkupienia, które widz z kolei odkupuje taplaniem się w jego onirycznych wizjach, stertach przewidywalnych schematów, doprawionych nieznośnymi banałami w stylu ‚nasze decyzje determinują kim jesteśmy’ i ‚w największych ciemnościach pojawia się światło’.
Największe wrażenie robi jednak tyrada do obłudnego duchownego, który próbuje wyciszyć więzienny skandal: ‚więc jest ksiądz w stanie zaakceptować, że dokonałem eutanazji, ale nie że mężczyzna kocha mężczynę’. Za tę woltę myślową postanowiliśmy przyznać filmowi drugą gwiazdkę.
Film jest tanio nakręcony i niestety tanio zagrany, ale też przyznać trzeba, że nie bardzo było co grać. Duet reżysersko-scenariuszowy żongluje papierowymi postaciami, które skaczą ruchem konika po społecznie drażliwych tematach. Szkoda tylko, że widzów drażni zupełnie co innego. Na przykład serwowana w nadmiarze muzyka, której fortepianowe brzdąkanie męczy mniej więcej od drugiego kwadransa.

Pełna notka o filmie i recenzja – już wkrótce.

HITY I KITY: Dido vs. Liza vs. SATC2

…czyli hity i kity dnia.

Kinowa wersja Seksu w wielkim mieście (zagramanicą pieszczotliwie skracanym do SATC) już sama z siebie jest sporą pomyłką. Zarobiła swoją kasę, więc musiała doczekać części drugiej. Najwierniejsi fani i tak polecą obejrzeć, więc nie będę zniechęcał. Przy okazji filmu rzecz jasna zmarketingowano po raz pięćsetny pomysł „muzyka z filmu, inspirowana filmem oraz nie mająca z nim nic wspólnego, ale hej, każdy chce podpiąć się pod dojną krowę”.

I jeśli mówić w ogóle o jakichkolwiek pozytywach tego plastikowego przedsięwzięcia, to niewątpliwie jest nią najnowsza muzyczna propozycja Dido, piosenka, która od kilku dni konsekwentnie nie chce mi wyjść z głowy…

Do tego samego filmu powstała też rzecz zupełnie niepotrzebna: cover megahitu Beyonce w wykonaniu Lizy Minelli, z impetem powracającej na rynek, niestety, niekoniecznie w swoim repertuarze:

Sześćdziesięcioparoletni głos Lizy nadaje się być może do długich, musicalowych fraz, w szybkim staccato niestety rozjeżdża się na wszystkie strony, i to w wersji studyjnej. Standard Cole’a Portera Ev’rytime We Say Goodbye wypadł siłą rzeczy ciut lepiej.

Swoją drogą strach pomyśleć, co będzie dalej, Minelli zaanonsowała bowiem także swoją nową płytę, która ukaże się jeszcze w tym roku. Nauczeni powyższym powinniśmy chyba złośliwie zauważyć, że okładka jest ładna.

PREMIERA TYGODNIA: Queer Casting

Na premierę Queer Castingu wybrałem się po latach psioczenia na brak gejowskich inicjatyw parascenicznych w Polsce. Nie miałem dotąd okazji zweryfikować nadmorskich poczynań Sebastiana Dorosińskiego w sopockiej Faktorii, ucieszył zatem fakt, że postanowił zawitać ze swoją mini-sceną do stolicy. Zapowiedź, że w niewielkiej przestrzeni klubu Galeria będziemy mieli do czynienia z wydarzeniem musicalowo-komediowym brzmiała szumnie, jednak można się było spodziewać, że bliżej mu będzie do kabaretu. Tymczasem skończyło się na udramaturgizowanym wieczorze karaoke, z wszelkimi tego gatunku zaletami i – niestety w większości – wadami.
Po pierwsze: dramatycznie nierówny poziom, tak repertuaru, jak i wykonania. Jedna postać Gertrudy, od początku do końca konsekwentnie zbudowana przez Małgosię Gertner, i doskonale wyśpiewana, od razu punktuje całą resztę zespołu, która może od niej już tylko mniej lub bardziej odstawać. Nie wszystkie braki warsztatowe da się wyrównać wdziękiem osobistym – i odwrotnie. Do jaśniejszych punktów zaliczyć należy niewymuszenie przegięty wdzięk Piotra Mazurkiewicza, dynamizm Roberta Dobosza czy stoicki wdzięk Zosi Gembskiej. Zupełnym nieporozumieniem trąci wspieranie się na premierze ściągą z tekstów. Do rangi gwiazdy na tle niektórych wykonawców urastała dziewczyna, która wpuszczała widzów do klubu, a w przerwie przejęła rolę klasycznej dworcowej babci klozetowej, improwizując rozmowy z kolejnymi klientami. Niestety, ona na scenie nie występowała.
Mimo istnienia osi dramaturgicznej (przebiegły producent telewizyjny prowadzi z żoną eliminacje do musicalowej wersji Queer as Folk), piosenki często pojawiają się ot tak, wcinając się w rozwój wydarzeń, jakby dla samego pochwalenia się pomysłem na kolejny pastisz. Skutek w postaci stylistycznego miszmaszu  podczas ponad dwóch godzin występów (nie licząc 30-minutowej przerwy) nadwyręża cierpliwość widza i obraca się przeciw samym wykonawcom – z założenia zmysłowa wersja przedwojennego „Seksapilu” wypada zupełnie nieprzekonująco, zapewne także z uwagi na zmęczenie chłopięcego trio.

chłopięce trio – Seksapil, to co was podnieca…

Innym karaokopochodnym piętnem i niedopatrzeniem reżyserskim jest brak łączności między postaciami, które często mówią i śpiewają do nie wiadomo kogo, bo ani do scenicznego partnera, ani do publiczności. Do najbardziej kuriozalnych należą ‚dramatyczne momenty’ kłótni małżonków-producentów, którzy odkryli wzajemnie zdrady, poczynione z (nomen-omen) członkami ekipy aktorskiej. W podobnym przedsięwzięciu nie do końca też korzystnie brzmią typowe dla karaoke muzyczne podkłady midi, ale tu akurat można przymknąć oko – ostatecznie to młode i małe przedsięwzięcie, trudno oczekiwać od razu piosenek w jakości studia nagraniowego. Tu oddać trzeba, że jak na Galerię, przez niemal całe 3 godziny udało się na scenie uzyskać zupełnie dobrą jakość dźwięku 😀
Zagadką pozostaje, czemu na miejsce wydarzeń wybrał autor Dworzec Centralny. Pomijając, że zupełnie nieprawdopodobne jest wynajęcie peronu pod podobny cel komercyjny (o akustyce takich miejsc nie ma co wspominać), o wiele trafniejszym wydawałoby się umieszczenie akcji po prostu… w gejowskim klubie, do którego wszak też każdy mógłby przyjść na casting. Większość wykonywanych piosenek obraca się wokół życia klubowego, jedną z kulminacji stanowi hymn wykonany przez przybysza znikąd, seksownego Adama Zdeba, „Twój klub” (na kanwie feelowego „Mój dom”). Także inne wątki i postaci swobodnie mogłyby znaleźć zaczepienie w przearanżowanych realiach.
Czegóż dowiadujemy się jednak z satyrycznej warstwy przedstawienia o warszawskim życiu klubowym, które dla autora ewidentnie kończy się na trzech miejscach na krzyż? Że w Utopii wszyscy w kosztownych metkach, koafiurach, i z furami, ale tak naprawdę klub zapełniają ludzie puści, niczym drogie dzbany („Gdybym był w Utopii”). W Toro wszyscy próbują udawać, że są w Utopii; w Fantomie jest duszno i ciemno, w Rasko zaś prawdziwych lesbijek już nie ma, tylko ciotowisko i nieustający festiwal kukieł, czyli zramolałych dragqueens, które nie wiadomo za czym wciąż wylewają na scenę morze łez. Zapewne dlatego, że przekroczyły próg trzydziestki, po której – jak wiadomo – zaczyna się zaawansowana starość.
O stolicy dowiadujemy się jeszcze, że tu swoje zrobili tutejszy portal i Biedroń, a Żoliborz jest różowy i aktywny. Tym ostatnim sformułowaniem autor szczególnie trafił w gusta części publiczności, najgłośniejsze owacje wzbudzały bowiem wszelkie, grubo ciosane aluzje analno-oralne. Doskonale przystaje to do mentalności bohaterów, dla których jedynym źródłem informacji oraz gróźb wydaje się publikacja na Pudelku.
W doborze utworów (podobno 36) otrzymujemy przekrój przez dekady polskiej piosenki, od klasyków: Grechuty, Połomskiego i Rodowicz, przez Geppert, Big Cyc, aż po Ivana i jego „Czarne nogi” czy discopolowy „Lubrykant Fa” Marka Kondrata. Do udanych parafraz zaliczyć można „Dziś prawdziwych lesbijek już nie ma”, „Gdzie się podziały tamte pikiety”, czy poświęcone randkom w ciemno „Nie dokazuj miły, nie dokazuj”. Nie brakło jednak prób nietrafionych i niezbornych, a momentami zdawało się, że gejowska rozrywka polega głównie na upchnięciu w każdej linijce tekstu kilkakrotnie słowa „gej”, i żeby każdy jeden był bardziej przegięty od drugiego.

musicalowa scena łóżkowa

Owszem, kabaret operuje kliszami, przejaskrawia i przegina, i za próbę i wysiłek podjęty przez Dorosińskiego i jego zespół z pewnością należą się wyrazy uznania. Bardzo cieszy, że na polskim nieurodzaju środowiskowej twórczości czysto rozrywkowej pojawiają się kolejne projekty. W tym wypadku przydałoby się jednak także sporo pokory w selekcji materiału – już samo skrócenie przedstawienia do jednego aktu zdecydowanie wyszło by Queer Castingowi na dobre i na pewno pozwoliło podobnym nakładem pracy uzyskać dużo bardziej satysfakcjonujące rezultaty. Sam autor przedsięwzięcia raczej tego nie dostrzega, skoro już na premierze zapowiedział część drugą spektaklu. Oby udała się bardziej, bo póki co widzów pozostawiono z poczuciem, że faktycznie uczestniczyliśmy w castingu, i prawdziwe przedstawienie jeszcze przed nami.

Queer Casting
scenariusz i reżyseria:
Sebastian Dorosiński
występują:
Edyta Królik, Sebastian Dorosiński, Robert Dobosz, Marek Gabrych, Adam Mikołaj Zdeb, Sebastian Kowalczyk, Małgosia Gertner, Jola Nowak, Zosia Gembska, Piotr Mazurkiewicz, Jacek Kopański
premiera: 30 listopada 2009 r., klub Galeria (Hala Mirowska)
kolejne spektakle: 7 i 14 grudnia 2009 r., klub Galeria
źródło zdjęć z prób spektaklu Faktorii Milorda
inne recenzje spektaklu:  gay.pl, gayx.blox.pl

KIT DNIA: Whore’s Mascara – Monogamous

Tak naprawdę Whore’s Mascara to trio – tu dwóch panów od czapy, bo mi się dobrze skadrowali 😀 W ogóle – jak widać – stopniem wyretuszowania równające co najmniej do sławetnego Alcazara i wszelkich podobnych, a stopniem wymalowania – znacznie ich wszystkich razem przewyższają.

Muzycznie jednak niewiele mają zdaje się do powiedzenia. Poniższy kawałek nawiązywać miał zapewne koncepcyjnie do złotej epoki lat osiemdziesiątych, problem w tym, że każdą epokę, nawet tak pstrokatą i powierzchowną, trzeba poczuć. Kompozycja przynudna, melodyka – niezapamiętywalna, wokale – ekhm (sy-tu-ej-szon), kontrowersje – po Scyzorach mogą się schować.
No, ale jakby ktoś pragnął więcej: voila…! Chociaż ostrzegamy – już na stronie wejściowej dowiedzieć się można, że mamy do czynienia z twórczością przełomową. Bluźnią też coś, że mogliby być nieślubnym dzieckiem, zmajstrowanym po pijaku przez Pet Shop Boys z Madonną. You wish! Whore’s masakra.

KIT GRUDNIA: Britney Spears – Circus

premiera: 2 grudnia 2008 r, wytwórnia: Jive Records

Cyrk prawdziwy.

Krótko: ostatnia płyta Brit to jakaś kompletna pomyłka. Udawanie, że oto wróciła popowa księżniczka zakrawa na śmieszność, gdy wokalistka zbiera komplementy, że podczas któregoś z występów nareszcie udało jej się zbornie poruszać ciałem i ustami do playbacku. Imeem.com udostępnił listę z płytą Circus na tydzień przed premierą (teraz okrojoną do 30-sekundowych fragmentów), ale szczerze – do dziś nie udało mi się dobrnąć nawet do połowy.

I nie chodzi nawet o to, że każdy utwór zaczyna się identycznie popierdująco-stukającymi dźwiękami. Jeszcze bardziej od warstwy ‘muzycznej’ irytuje tekstowa i mentalna, bo ileż lat dorosła kobieta po przejściach, które dokładnie zna cały świat, może postękiwać bez końca swoje ‘baby-baby’ na emocjonalnym poziomie czternastolatki. Nie mówiąc już o tym, że Circus jest tak wtórny do poprzedniej płyty, że na ucho trudno odróżnić, której się akurat słucha (to także przypadłość najnowszej Madonny, w tym względzie panie idą ramię w ramię).

Britney dała ciała. I nazwiska. I – niestety – głosu. Byle wschodząca gwiazdka 17 edycji albańskiego Idola poradziłaby sobie pewnie z tym samym materiałem dużo lepiej…

http://media.imeem.com/pl/F0FRnof90H/aus=false/

To się nazywa ‚tribute’

Ja to widzę tak: Poranny meeting, skacowany brainstorm itepe.

Tej, Madge, ale jedna sekwencja jeszcze jest potrzebna. Zanim się wciśniesz w ten chujowy kostium. – Taa? A co tam jeszcze mamy? – Niech popatrzę. Nie mamy jeszcze Rain. – Nieeee… no fak, no way, man. – Ale nie śpiewać, wstawka jakaś ma być. – No nie wiem, ja nie mam pomysłu. Ty miej. – Może deszcz. Wszędzie deszcz. – Że niby jak? Na ludzi wodę puścisz? – No nie… W muzie deszcz… O! Ta wiedźma, co z nią ostatnio śpiewałaś. – Britney? – Nie, ta stara taka wariatka. – A, Lennox. Idź do chuja, co za piosenka! – Fakt. Ale ona kiedyś takie śpiewała, że deszcz. – Dobre! – A ta druga, no, Prada. Popierdolony film ostatnio miała w sukience. – Z tym wyjcem? – Nie, nie Antony. Ten z kosmitką. – No to co? Tam też o deszczu? – Muzyka nie, ale w filmie pada. – Nono. Ale to przecież, kurwa, nic do siebie nie pasuje! – Etam, nie pasuje. Zmiksuje się.

No i się zmiksowało. To chyba jest zemsta za Sing, bo Annie też kupę straszną odwaliła

http://www.odeo.com/flash/audio_player_standard_gray.swf

Madonna @ Sweet & Sticky Tour – Rain/Here Come’s The Rain Again

Dzieło stulecia

Nie.Wytrzymam.
Wirtualnemedia.pl (skądinąd bardzo szacowny portal), powtarza za innymi, byle papugować często wyszukiwane nazwiska:

2 grudnia w USA ukaże się nowy album Britney Spears.
Dzieło nosi tytuł „Circus”, a promuje je singiel „Womanizer”.

No żesz, k…-jego-mać, jakie DZIEŁO?
Słowa tracą sens, masy sikają po nogach na brzmienie robotycznych głosów i na widok ździrowatych panienek z fotoszopa. Świat się kończy…