PŁYTA TYGODNIA: Matt Alber – Constant Crows

Na razie tylko tygodnia, nie miesiąca, bo pierwsze przesłuchania pozostawiły lekkie uczucie niedosytu: prostotą, zaniechaniem. Inna rzecz, że pierwsza płyta Matta do dziś pozostaje na szczycie wszelakich naszych playlist jako Debiut Doskonały. Przez kilka ostatnich lat Alber czynił skoki na boki w stronę parkietów (też z całkiem niezłym skutkiem: przykład 1, przykład 2), ale jednocześnie fizycznie misiowaciał i – jak widać na zdjęciu z okładki – także nieco wsiowiał. Całkowicie zrezygnował z elektroniki na rzecz brzmień akustycznych, w pierwszym momencie wybrzmiewających zbyt jednako, podobnie. Przydługie, monologowe linie melodyczne pogłębiają to wrażenie.

Nowa płyta to typowy, liryczny american songbook, chwilami nawracający do korzeni country Matta. Emocjonalne historie ubrane w proste aranżacje, oparte naprzemiennie na dominancie gitary i fortepianu. Na szczęście pozostaje atut podstawowy: głos, który w większości wypadków staje się instrumentem wiodącym (i coraz rzadziej brzmi jak Rufus). Zaledwie raz – w pięknym singlowym Velvet Goldmine – Alber rozwinie skrzydła do aranżacji orkiestrowej. Zaledwie raz wprowadzi do utworu bogatsze wokale z chórkami. Poza tym – stan surowy, melancholia odarta ze zbędnych dekoracji. Z przesłuchania na przesłuchanie coraz bardziej zachodzi pod skórę, zwłaszcza w zdecydowanie lepszej, drugiej połowie tej nagle zbyt krótkiej płyty (niecałe 45 minut).

Najwidoczniej coraz więcej osób dochodzi do takiego wniosku, bo Constant Crows zdaje się nieźle sobie radzi komercyjnie.

Nie ma odwrotu. Wracamy do piosenek o pocałunkach, rozstaniach i innych życiowo-sercowych przypadkach. Idealne nastroje na coraz dłuższe, coraz ciemniejsze i zimniejsze wieczory. A nieprzekonanych spytamy kontrolnie – czy pomijając wszystko inne, można się oprzeć takiemu głosowi w takim opakowaniu:

strona artystyMatt na facebooku

PLAYLISTA: Summer 2011 vol. 2


Nieco pospieszyliśmy się w tym roku z ogłoszeniem muzycznego lata i taka nas wszystkich za to spotkała kara – dzień bez ulewy to jakaś anomalia pogodowa, budząca co najmniej niepokój. Wprawdzie dzięki gwałtownym burzom nie można narzekać na brak energii w powietrzu, niemniej samopoczucie wielce zmienne, więc ratujemy się rytmicznymi kawałkami, które jeszcze jako-tako pobudzają nas do życia.
Zebrało się z tego czterdzieści minut muzyki, znów mocno elektroniczniej. Po zmyślnej jak zwykle przeróbce klasycznego hitu Marlene Shaw (pewnie już zauważyliście, że lubimy miksy tego pana?) kilku mniej lub bardziej queerowych artystów, o których zapewne powinniśmy kiedyś szerzej napisać, jeśli nie zapomnimy: pokręcony – choć tym razem dość grzeczny – Ssion (tu do pobrania cała płyta), nowe projekty: Bright Light Bright Light, The Young Professionals czy Oscar Meteor (wspominaliśmy wczoraj). Znalazło się i miejsce dla dwóch pań (mniej lub bardziej): Ellie Golding i Amandy Lepore. Nie widzieliście jeszcze? How come?

Najsłabiej w tym zestawie wypada kolejny taneczny wypad Matta Albera w słonecznej przeróbce klasyka EBTG. Mamy do niego jednak szczególną słabość wspartą nadzieją, że zapowiadana na jesień płyta w pełni zaspokoi głód dźwięków lirycznych. Zresztą tych, którzy już dosyć mają naszej syntezatorni uspokajamy – playlistę zamykają nieco antonowi w klimatach The Irrepressibles: słuchamy też inaczej, i tak też następnym razem zagramy…

źródło grafiki: Raymond for i-D, autor: Justin Borberly

FLASHBACK: G+, Flavors, Debiutanci, Tilda Swinton, Matt Alber, Penguin Prison, Madox

[Post archiwalny, zawierający odnośniki i podlinkowane elementy, z których część nie jest już dostępna w sieci.]
QueerPop – teraz także na Google+

Syndrom lata ani chybi, bo po przejrzeniu fejsowych wrzutek z tygodnia dochodzimy do konstatacji, że na QP nastał sezon ogórkowy, co bynajmniej nie znaczy, że nic się nie dzieje.
Zmęczyliśmy się chyba linkowaniem do polityki, której dość wszędzie wokół i do znalezienia bez trudu. Dostaliśmy jednak dzisiaj w tej kwestii dyskretne napomnienie – powoli doszliśmy bowiem do etapu, kiedy nasi fani, zniecierpliwieni brakiem interesujących ich tematów, wrzucają je na naszej tablicy sami. Obiecujemy więc poprawę w tym względzie.
Na swoje usprawiedliwienie mamy jedynie inaugurację konta na platformie Google+, osławionym anty-fejsbuku (zwanym pieszczotliwie gie-plus), chwilowo w stadium raczkującym, więc niewiele się tam dzieje. Ze dwa popołudnia zajęło nam przedyskutowywanie z innymi użytkownikami wad i zalet jednego i drugiego (w wyniku czego obwołani zostaliśmy hejterami).
Póki co G+ z klucza ruguje profile firmowe (ponoć oficjalnie wprowadzi je jesienią), więc już raz QP został na platformie zawieszony, niemniej działamy: kto ma konto, znajdzie nas tutaj.

QueerPop teraz także na Flavors.me


Dla tych, którzy nie zauważyli pojawienia się wielokolorowego kwadracika w górnym rogu naszej strony, bądź nie odważyli się/nie pomyśleli w niego kliknąć, donosimy, że uruchomiliśmy także profil na serwisie Flavors.me, który zestawia najświeższe wpisy z twittera oraz ulubione pliki z różnych serwisów (w naszym wypadku: vimeo, youtube, soundcloud i flickr). Kto więc ciekaw, co tam ostatnio gdzie polubiliśmy, znajdzie to teraz w jednym miejscu. Warto zajrzeć, zważywszy, jak niewiele z tego trafia tutaj, czy nawet na FB. Nie ma za co 🙂
Zanim się zorientowaliśmy, wciągnęło nas też wykazywanie, dlaczego tak bardzo rozczarował nas film Debiutanciod ostatniej wspominki nasze zdanie tylko się umocniło. I znów – po wielogodzinnych elaboratach – uznani zostaliśmy za hejterów, więc chyba jednak coś w tym jest.
Dla relaksu oraz w zachwycie jeden cały wieczór zaś przesiedzieliśmy na balkonie, podziwiając burzowe widowisko nad stolicą.

W przerwach w zrzędzeniu na to i tamto, i wszystko inne, zdążyliśmy donieść o następujących pierdołach:

Jak zwykle trochę też było muzyki:

Jako teledysk tygodnia pokażemy alternatywną (niezależną) wersję klipu do The Edge of Glory Lady G. W pierwszym odruchu próbowaliśmy wyłączyć muzykę zastanawiając się, czemu do cholery ktoś nakręcił tak miłą etiudkę akurat do tego kawałka, potem jednak jakoś się nam nawet wszystko ze sobą skomponowało:

Dlaczego ta wersja jest pod każdym względem lepsza od oryginału, nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć…

HIT DNIA: Jason & deMarco + Nekked

Z okazji Walentynek w przeciwieństwie do większości gejowskich blogów nie zamieścimy teledysku Matta Albera, o którym pisaliśmy pisaliśmy już w grudniu po południu. Dodamy tylko, że tym razem nasz ulubieniec pozwolił, by ten właśnie filmik (już okrzyknięty najsłodziejszym gejowskim klipem) firmował słuszne cele.

Zamiast tego podsuniemy dwie autentyczne gejowskie pary, które nie dość, że są wzorem męsko-męskiej zażyłości, to jeszcze tę miłość sobie otwartcie wyśpiewują.

Na początek słodki duecik: Jason & deMarco, pobożna para młodzieńców z Hameryki. Nie dość, że przykładnie monogamiczni, to jeszcze wierzący. Jak widać, są chrześcijańskie społeczności, gdzie to nikomu nie przeszkadza, a ich popowy entuzjazm wobec znalezienia na tym bożym świecie drugiej połówki jest wręcz zaraźliwy:

Podoby przekaz, acz ubrany w nieco mroczniejsze tony, płynie z najpiękniejszego chyba utworu skórzano-misiastego duetu Nekked (także USA). Także oni wyśpiewują „you’re all I am„, tyle że do dźwięków bliżej eletroromantyki Dead Can Dance czy Depeche Mode. Kochają jednak (jak my wszyscy) taką samą miłością:

http://www.box.net//static/flash/mp3player_player.swf?playlistURL=http://www.box.net/index.php?rm=box_v2_mp3_player_shared%26_playlist%26shared_name=djtqy12yi2%26node=f_449819722

Komu ta wersja oddechów za ciężka, polecamy miły, nieco taneczny remiks:

http://player.soundcloud.com/player.swf?url=http%3A%2F%2Fsoundcloud.com%2Fqueerpop%2Fnekked-breathe-morel-pink-noise-mix

A wszystkim życzymy przytulnego wieczoru, niezależnie od gustów muzycznych i erotycznych 😀

NEWS DNIA: Matt Alber dobroczynnie i singlowo

QueerTunes mają wyjątkową słabość do tego faceta, który ostatnio wydaje się mocno zapracowany i… zaangażowany. W październiku wydał nową płytę, Hide Nothing [nasza recenzja], cały czas koncertuje. W okresie przedświątecznym wypuścił za wyłącznym pośrednictwem iTunes singiel bożonarodzeniowy, Star of Wonder, z którego cały dochód przekazany zostanie na rzecz organizacji, zajmującej się w Los Angeles bezdomną młodzieżą LGBT. Nagrania, będącego coverem piosenki siostrzanego trio, The Roches, można posłuchać tutaj.

Jakby tego wielbicielom było mało, Matt ukończył zdjęcia do teledysku, promującego drugi singiel z albumu Hide Nothing. W przeciwieństwie do pierwszego, przepiękna ballada miłosna, End of The World, zilustrowana została stylowym filmikiem, w którym w pełnej krasie do głosu doszła spokojna uroda wokalisty (oj, cholernie mu do twarzy z zarostem!). Historię ulotnego romansu u fryzjera, z ujmującą sceną tańca (kadry z klipu poniżej), obejrzeć można pod tym adresem.


więcej: najnowsza płyta, Hide Nothing
na stronie artysty
na imeem.com

HIT GRUDNIA: Matt Alber – Hide Nothing

premiera: 4 listopada 2008 r., wytwórnia: Tommy Boy

Chyba nieprzypadkiem pierwsze słowa, jakie padają na płycie Matta Albera, to ‘warm invitation’ – ciepłe zaproszenie. Bo od pierwszych taktów tego więcej niż uroczego albumu, ogarnia nas przytulna miękkość dźwięków, składających się w kojący strumień melodyjnych refleksji, i radosnych melancholii. Już pierwszy utwór (i zarazem pierwszy singiel), Monarch, uświadamia, że mamy do czynienia z muzyką pop, ale na pograniczu ballady poetyckiej, wyciszonej i osobistej w wyrazie.

Szybko wyjaśnia się tytuł całości: Hide Nothing. Leniwe rytmy unoszą się, zapętlają i opadają, a Matt otwarcie opowiada swoją historię, otwiera przed nami swoje intymne dzienniki, przede wszystkim jako gej, nie ukrywając do jakich podmiotów lirycznych śpiewa.

A wyśpiewuje właściwie wszystko. Od odkrywania własnej tożsamości (The Monarch), poprzez emocje inicjacji i szkolnego zauroczenia (pierwsze elektroniczno-liryczne apogeum – Field-Trip Buddy), aż po namiętności dorosłe. Głównie te głębokie, które nie lubią pośpiechu (smolikopodobne Slow Club), ale gdy już się rozwiną, to rozpędzają człowieka do prędkości kolejki górskiej, że potem to już tylko koniec świata (End of the World). Jeśli związek przetrwa te perturbacje, pozostaje powiedzieć sakramentalne słowo kocham, ale i to Alber robi ostrożnie (drugie liryczne apogeum – Walk With Me).

Na tle akustycznych instrumentów, uprzestrzennionych elektroniką i wzbogaconych orkiestracjami, wokalizami i chórami, Matt z umiarem acz w pełni demonstruje swoje możliwości głosowe. Pod tym względem szczególnie wybrzmiewa nieco orientalna Beoatia, w której pieśniarz z harfą tle prowadzi duet sam ze sobą, jako baryton oraz efektownym falsetem (kto nie wierzy, że można aż tak, niech zajrzy najpierw tutaj).

Jeden z amerykańskich krytyków napisał o piosenkach Albera, że tak zapewne brzmiałby Rufus Wainwright, gdyby wysłać go w kosmos i kazać nagrywać w stanie nieważkości. O ile przy pierwszym przesłuchaniu The Slow Club czy Walk with Me trudno nie dostrzec podobieństw w barwie głosu i stylu prowadzenia melodii, to Matt ma w stosunku do znamienitego barda jeszcze jedną, kolosalną zaletę: jest całkowicie odarty z manieryzmów i egzaltowanych zapędów scenicznej diwy (bez urazy, Rufus). Także w warstwie tekstowej pozostaje bardziej introwertyczny, w skupieniu przyglądając się detalom życia.

Jeżeli czegoś w tym obrazie z Rufusa brakuje, to czasem odrobiny więcej energii, ba! szaleństwa. Na płycie nie znalazły się ostatecznie gitarowe kawałki Your Birthday czy Anyone Out There, znane z wcześniejszego singla. To zapewne zabieg celowy, dzięki któremu czterdzieści minut klasyczno-popowej muzyki tworzy zamkniętą, kameralną całość, doskonałą do słuchania w intymne wieczory we dwoje. A zwłaszcza we dwóch

więcej: cała płyta Hide Nothing online na stronie artysty.

Bonus energetyczny, wcześniejsza piosenka Matta, Anyone Out There:
http://www.box.net/embed/jylr3ev49k14afb.swf


TRIVIA

  • Matt był uczestnikiem nigdy nie wyemitowanego show MTV w stylu Idola dla muzyków country.
  • Matt studiował śpiew klasyczny, występował także z chórem a capella Chanticleer, który za jego obecności wydał 7 płyt i zdobył 2 nagrody Grammy.
  • Matt zarejestrował i zmiksował płytę w całości na domowym Macu, z pomocą swojego ex-partnera, który ostatecznie został jej producentem.
  • Większość materiału muzycznego została opublikowana już w 2006 r. na samodzielnie wydanym singlu, Nonchalant.
  • Piosenka End of the World wykorzystana została na ścieżce dźwiękowej do filmu Noah’s Arch: Jumping the Broom – artysta uświetnił premierę swoim występem
  • pieśń Beotia opowiada o armii kochanków w starożytnej Grecji i napisana została specjalnie na otwarcie igrzysk Gay Games w 2006 roku
  • Hide and Seek jest coverem piosenki, pierwotnie śpiewanej a capella przez Imogen Heap, i w jej wykonaniu spopularyzowanej w kilku serialach, m.in. Heroes i L-Word
  • Matt udziela się społecznie, spotykając się w ramach żywych bibliotek jako wyoutowany artysta, biorąc udział w akcjach przeciw Prop. 8, a także na rzecz bezdomnej młodzieży LGBT.