PŁYTA TYGODNIA: Justyna Steczkowska – XV

Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek napiszę o Justynie, której ostatnią ciekawą płytą była dla mnie produkcja Dzień i noc (2000). Potem rozpoczął się powolny artystowski zjazd, z apogeum Femme fatale (2004), kiedy Steczkowska wpadła w nieznośną manierę Ordonki, przez którą przesłuchanie każdej kolejnej płyty kończyło się najpóźniej w połowie drugiego kawałka. I oto nadszedł rok 2012, a światło dzienne ujrzał długo zapowiadany projekt XV, czyli podsumowanie 15-lecia działalności. W ramach którego Justyna wywinęła niezłego fikołka.

Kilka rzeczy wyszło temu wydawnictwu zdecydowanie na dobre. Po pierwsze – wybór utworów (głównie z pierwszych płyt i ostatniej, do tego cztery nowe kompozycje), które układają się w spójną całość dramaturgiczną. Po drugie – wsparcie młodych dj’ów i producentów oraz zwrot ku mroczniejszej stylistyce. Z oryginalnych utwórów pozostaje czasami niewiele, refren, dwa charakterystyczne wersy, inne wykonane zostają wiernie, ale w nowym kontekście.
W ten sposób zamiast klasycznego greatest hits powstał album konceptualny, z wyraźnym podziałem na krążek dynamiczny i kontemplacyjny. Wracając do korzeni muzycznych, Justyna przypomniała sobie na szczęście, że kiedyś śpiewała drapieżnie. Nie boi się pokrzyczeć, podać chropowaty wokal. Owszem, nad całością (i czasem w nadmiarze) roztaczają się eteryczne, egzotyczne i gładkie wokalizy, ale często przebija spod nich zadziorna kotka. Nawet w najbardziej zaskakujących rekonstrukcjach jak Oko za oko czy Kryminalna miłość:

Finalnie XV cechuje się wszelkimi zaletami i wadami dzieła eklektycznego.
Z jednej strony – szeroka rozpiętość stylistyczna, z zaskoczeniami głównie na plus – tu gitarowe wtręty retro godne agenta 007 z lat 70., ówdzie szczypta heavy metalu, gdzie indziej elektroniczny minimalizm, udana fuzja brzmień rockowych i popowych z triphopem, drum’n’bassem i pokrewymi połamańcami.Piosenki trwają do sześciu-siedmiu minut, zyskując wstęp, rozwinięcie i zakończenie z prawdziwego zdarzenia.
Z drugiej strony – przy iście symfonicznym bogactwie środków na niektóre kawałki zaskakująco zabrakło pomysłu (Za karę w manierze tańca z gwiazdami), niektóre aranże bardziej niż na płytę skrojone są na efektowny spektakl przeglądu piosenki aktorskiej. Manieryzmy wokalne dochodzą do głosu, zwłaszcza na drugim krążku, nad częścią materiału unosi się widmo nadprodukcji, która miejscami brzmi płasko i ociężale, przytłoczona natłokiem efektów dźwiękowych.

Koniec końców trudno Justynie odmówić odwagi. Większość materiału jest – w dzisiejszym rozumieniu – zupełnie nieradiowa. Zawsze można pokręcić nosem, że to rewelacja spóźniona o dobre parę lat, ale cóż. Kayah – mimo zapowiedzi – nigdy nie poszła w stronę ambientu, najnowsza płyta Edyty Górniak powstała pod koszmarne dyktando radia Eska. Na tym tle Steczkowska jawi się jako artystka eksperymentująca, nie ograniczająca się do konwencji Największe hity symfonicznie lub nie.
Czyżby dziewczyna szamana obudziła się z letargu? Normalnie aż jestem ciekaw, co dalej…

CLIP DNIA: Matt Zarley – Trust Me


Jeśli wtyczka wyszukiwania na blogu oraz google nie kłamią, to z tym panem nie mieliśmy dotąd w tym miejscu przyjemności. Głównie dlatego, że Matt to nie nasza bajka, nawet jeśli obnażone męskie ciała występują w jego klipach w nadmiarze, to akurat w tak nadmuchanych okazach nie gustujemy. Rzewne ballady wyśpiewywane na białej kanapie tudzież romantyczne plumkanie do czarno-białych kadrów jakoś średnio nas porusza, choć też niewiele różni się od plumkania Edyty Górniak, a przynajmniej tematyzuje wzruszenia pożycia męsko-męskiego.

Tym razem jednak Zarley poruszył w nas struny czułe na dyskotekowy groove z zamierzchłej epoki. Kawałek w swej skoczności całkiem udany, z barwnym i dość zabawnym klipem włącznie:

 

Komu na widok podrygującego ciężkiego i włochatego bolo nóżkę poruszyło – tu do pobrania miksy powyższego (w klipie użyto wersji Cahill Radio Edit). Miłego poświątecznego tygodnia!

HIT DNIA: Jimmy & Rufus


Zbyt dużo dobra na jeden raz! Niemal jednocześnie pojawiły się nowe nagrania dwóch Pedalskich Diw, edycja taneczna oraz zblazowana. Chociaż ani to taneczne nie takie taneczne, ani zblazowane takie nieprzystępne. Tak czy owak miło usłyszeć po dluższej przerwie znajome głosy.
Jimmy Somerville (tak, tak, żyje) został zaproszony do współpracy przez paryską, damsko-męską parę dj’ów, działającą pod szyldem Scratch Massive. Efekt współpracy, kawałek Take Me There  przynosi efekt zaskakujący, aż szkoda że to tylko jednorazowy występ gościnny:

[źródło] [queerpop na soundcloud]


Rufus za to wraca z pełnowymiarową płytą, której oczekiwanie podkręca ciekawość, jak też brzmieć będzie w materiale, wyprodukowanym przez Marka Ronsona. Sądzą z pierwszego singla, podobnie jak w przypadku Bjork i róznych innych rozbuchanych indywidualności, nie dają się oni łatwo przydeptać buciorom producenta.

Co nie znaczy, że nie znać jego ręki:

[źródło] [queerpop na soundcloud]

Oba kawałki, acz trochę do siebie nieprzystawalne, trafiły od razu na naszą playlistę. Wiosna wisi w powietrzu…

BEARDY: Garçon Garçon

Tak jakoś wychodzi, że nam się misiowy kącik umuzykalnia, ale co poradzimy, że tak dużo brodaczy robi w tym względzie tyle dobrego i vice versa – że tyle zacnej muzy pochodzi od brodaczy?

Jako że ostatnio był jeden włochacz, dzisiaj uatrakcyjnimy sprawę, pokazując jednocześnie dwa (za)rosłe egzemplarze prosto z Antypodów: Nathan i Nick czyli australijski duet Garçon Garçon nieźle mieszał w ostatnich miesiącach na muzycznych blogach, podrzucając framenty tego i owego, tudzież swój debiutancki klip do kawałka Stay in Touch:
http://vimeo.com/moogaloop.swf?clip_id=30385415&server=vimeo.com&show_title=0&show_byline=0&show_portrait=0&color=ccddbb&fullscreen=1&autoplay=0&loop=0

W końcu chłopaki wymieszali z tego wszystkiego epkę, której premiera miała miejsce w ostatnie Walentynki. Zmieściło się na niej pięć melodyjnych elektronicznych kawałków, w tym jeden z gościnnym udziałem Cazwella. I niech nikogo nie zmyli wizerunek motofanatyków i fakujących twardzieli w roboczych kombinezonach – główna siła rażenia ich muzyki tkwi w podszyciu tanecznych hitów sporą dawką liryzmu:

Idealna propozycja dla wielbicieli elektropopu, z wyraźnymi ciągotami w stronę niezniczalnych lat osiemdziesiątych. Stosowna dawka rytmów i beatów, ale też melodii, treści i osobisty ładunk emocji – piosenka S.O.S. powstała po samobójczej śmierci jednego z przyjaciół Nathana, wpisując się bezwiednie w nurt kampanii przeciw prześladowaniom młodzieży przez rówieśników.


Tak czy owak – na scenie muzycznej pojawiła się formacja, którą z pewnością warto poobserwować w kolejnych poczynaniach. Jesli już nawet nie dla samej muzyki, to dla samczych wdzięków, którymi niegolony duet tak sugestywnie emanuje w prawdziwie męskich sytuacjach:

Garçon Garçon – strona duetu, profil Souncloud.

PLAYLISTA: FEB2012

[Post archiwalny, zawierający odnośniki i podlinkowane elementy, z których część nie jest już dostępna w sieci.]

Rzutem na taśmę wrzucamy garść skocznych dźwięków na początek ostatniego weekendu karnawału. Zupełnie nie wiemy, jak do tego doszło: dopiero co nie obchodziliśmy Bożego Narodzenia, a już wczoraj nie daliśmy się zupełnie porwać pączkowemu amokowi. O nieobchodzonych urodzinach pomiędzy jednym a drugim zmilczymy zupełnie, bo nominalny wiek nic nie ma do nijakiej rzeczy.

Tak czy owak, kto uważnie śledzi muzyczną rubryczkę na blogu, tudzież fejsowego fanpejdżyka, zapewne nie będzie zaskoczony poniższym setem. W ostatnich tygodniach pisaliśmy tu o Moullinex i Glorii, na FB linkowaliśmy Mollyhaus, Erasure i Willa Younga. Nieśmiało zwrócimy więc uwagę na resztę: Queen of Hearts, która udostępniła utwór do pobrania w niedawne Walentynki, ironiczne Dwa Misie, czy retropowalającego Tysona na parkiecie (tyle skojarzeń!).

Pozostali także sroce spod ogona nie wypadli, i aż szkoda, że to niespełna 40 minut – folder oryginalnej playlisty dostępny w serwisie Box.com.

Na deser ostatni kawałek z listy w wersji klipowej. Przynajmniej od tego momentu poczynania Willa Younga stają sie coraz bardziej frapujące. Trzeba będzie przyjrzeć mu się bliżej…

[źródło wideo] [queerpop na youtube]

CLIP DNIA: Sir Ari (Gold) – My Favorite Religion

Sir Ari, artysta znany niegdyś jako Ari Gold, spełnił swą groźbę, i wydał płytę.

Na szczęście na drugi sigiel wybrał utwór o wiele strawniejszy niż poprzedni, także wizualnie jest dużo lepiej. Wciąż w pełnym scenicznym makijażu, Gold miga nie tylko bicepsami i klatą, ale także nagimi pośladkami. Wszystkie te atrakcje zapodane przez przeróżne filtry optyczne oraz ociężałe beaty, przesłaniają chyba nieco miłosno-mistyczne przesłanie całości:

Ten klip w pigułce pokazuje wszystkie powody, dla których Gold do dnia dzisiejszego nie przebił się do mainstreamu (a najwytrwalsi kibicują mu od ponad dekady). Trudno odmówić mu głosu, natomiast na pewno przydałaby się większa dyscyplina w procesie (post)produkcji i mniej przaśna oprawa artystyczna. Zważywszy, że z każdego albumu da się z reguły wyłuskać kilka całkiem przyzwoitych kawałków, aż prosi się o kompilację i kto wie, czy się tu o nią kiedyś nie pokusimy (obiecywać cokolwiek raczej już przestajemy).

Z innej beczki: Gdyby ktoś zastanowial się przypadkiem, skąd zna facjatę nad koloratką z klipu – to doskonale nam pod każdym kątem opatrzony Alessandro Calza, który także współreżyserował teledysk.

A skoro już mowa o samozwańczych hrabiątkach gejowskiej sceny muzycznej, to drugie z nich, SirPaul, również odezwał się z nowym kawałkiem, który w odróżnieniu do całokształtu jego elektrokiczowtej działalności, nawet nam się spodobał, więc w ramach bonusa także pod rozwagę podrzucamy i dorzucamy do queerpopowej playlisty zimowej. Która już wkróce, to obiecać możemy.

CLIP DNIA: Moullinex ft. Peaches – Maniac

Peaches nie tak dawno zaskoczyła na żywo liryczną odsłoną swojego scenicznego wcielenia (acz nie darowała sobie mrugnięcia okiem do publiczności). Teraz dała się namówić na gościnną wokalizę w produkcji tanecznej. 

Maniac to przeróbka dyskotekowego kawałka Michaela Sembello, któremu sławę przyniósł legendarny film muzyczny Flashdance z 1983 r. Cover Moullinexa jest częścią epki wytwórni Gomma, która przy udziale swoich All-Stars (m.in. tego pana) ale zawsze z gościnnym udziałem Peaches, oddaje hołd legendarnej stajni disco, Casablanca Records.

Nowa wersja Maniaca, powolniejsza i mniej histeryczna od oryginału, chwyta od wejścia za nogi klasyczną linią basu, a za serce – głosem Peaches, który w funkująco-elektronicznym otoczeniu sprawdza się znakomicie.

O czym można się przekonać przy okazji premiery klipu, też niezłego, choć zamiast wokalistki występuje w nim jakaś inna, bardzo giętka pani:

Komu się spodobało – podsuwamy wersję audio (dluższej o dwie minuty), która u nas rozbrzmiewa od świtu. Klasyk w reinterpretacji, która od razu sama nosi znamiona klasyka. Lubimy to bardzo!

PŁYTA MIESIĄCA: The Young Professionals – 9:00 to 17:00, 17:00 to Whenever

Duet TYP (Ivri Lider/Johnny Goldshtein) przemknął w połowie ubiegłego roku po blogosferze ze swoim debiutanckim klipem D.I.S.C.O., niedługo potem z równie energetycznym 20 Seconds. Przy tej okazji niejeden wpadał w zachwyt, dying to hear more from them. I to tyle, zapadła cisza. Zapewne dlatego, że nie było więcej klipów z wąsatymi tancerkami. Nie żebyśmy byli bez winy – sami zarżnęliśmy w odtwarzaczu dość obszerną zawartość konta grupy na SoundCloud, i… zapadliśmy w sen zimowy, całkowicie przegapiając wrześniową premierę całości. Niedobry queerpop…

Nie ma jednak tego złego. Płyta o znamiennym tytule 9:00 to 17:00, 17:00 to Whenever robi w styczniu równie piorunujące wrażenie. Początkowe obawy o nadreprezentację ilościową (14 kawałków) szybko się rozwiewają – podług własnego gustu skrócilibyśmy płytkę zaledwie o dwie odsłony. Z utworu na utwór robi się coraz ciekawiej, i gdy wreszcie (jako dziesiąty z kolei) rozbrzmiewa dobrze znany siglowy hit i płyta rozkręca się w finale parkietową galopadą, ma się wrażenie, że najciekawsze już było. Co więcej – chce się do tego wrócić.

Od samego początku uderza liryzm komputerowej muzyki. Kto zna dorobek Ivri Lidera, odnajdzie u TYP satysfakcjonującą dawkę charakterystycznej dla niego melodyki, często skontrastowanej z nagłymi wstawkami kakofonii. Sepleniąca angielszczyzna wokalisty doskonale komponuje się z całkowicie elektronicznym instrumentarium, najeżonym różnorodnymi beatami i samplami. Efekty i dźwiękowe atrakcje dawkowane są jednak z umiarem, czasem z zaskoczenia (muzyczne wolty w połowie piosenki), stosownie do dramaturgii utworów (dramaturgia w muzyce tanecznej? o tym za chwilę…).

Kiedy trzeba, Goldshtein atakuje uszy metalicznymi zgrzytami, to znów uderza w niemal radiowy pop – zwykle jednak nie na długo. Poszczególne kawałki stanowią zamknięte kompozycje, a jednocześnie płynnie komponują się w przemyślaną całość, gdzie bujana ballada przy dzwoneczkach doskonale sprawdza się w sąsiedztwie kawałków godnych mistrza Benassiego (ilość remiksów TYP potwierdza zresztą potencjał ich muzyki w tym zakresie).

Także w warstwie tekstowej krążek jest konsekwentny i spójny. Jako diagnoza współczesności, zwłaszcza tej wielkokomiejskiej, do której i o której opowiada, płyta stanowi świadectwo więcej niż przygnębiające. Żyjemy w świecie powierzchownych kontaktów, w których liczy się pierwsze 20 sekund autoprezentacji, stały dostęp do internetu ale zwłaszcza, czy samemu się w nim zaistnieje. Dzisiejsze życie jest obowiązkowo ekscytujące, liczą się skrajne przeżycia, udokumentowane mocnymi zdjęciami, którymi perwersyjnie można upajać się na swoim palmtopie w samym środku nieświadomego tłumu.

Młodzi profesjonaliści to ludzie bywali w świecie, który defacto ich mierzi. W świetle klubowych neonów wyglądają na obowiązkowo zmęczonych, treść życia wysysają z emaili, przeżywają cudze emocje, bo sami są puści. I just wanna connect with you – śpiewają bezduszne autotunesy, bohaterowie Lidera nie komunikują się ze sobą, chyba że obrazami; podłączają się kompulsywnie do wciąż nowych ludzi, miejsc, ciał, by – gdy już wchłoną wszystko, co w nich powierzchownie interesujące – zmienić kanał w poszukiwaniu mocniejszych wrażeń. Zagubieni w tej pogoni, bez żadnego realnego punktu zaczepienia, nie znajdują pociechy w łóżku, u psychiatry, ani kaznodziei. Poszedłbym do kościoła, gdybym wiedział, co to znaczy – śpiewa Ivri.

Oczywiście, zdaje sobie sprawę, za czym tak naprawdę goni. Otwierający album, zaskakująco liryczny kawałek With Me daje jeszcze cień nadziei na realizację wizji z sentymentalnego obrazka, ucieczkę do Kanady i ślub z ukochanym. Szybko jednak okazuje się, że uczucie rodzące się do mniej czy bardziej umownego Stevena to problem, który należy zostawić na boku, uciec jak wszyscy przed prawdziwie trudnymi decyzjami. W jednej z najpiękniejszych piosenek na płycie, Deserve, Lider podsumowuje: zasługujesz na więcej, kogoś, kto nie potrzebuje pić, by powiedzieć kocham, staram się, ale nie wiem, czy podołam. Kolejne odsłony nie pozostawiają wiele nadziei: dwadzieścia sekund ułudy właśnie minęło. When you give me love, I take it…

Jak na produkt z półki dance music, płyta zawiera wyjątkowo sporą dawkę drapieżnej melancholii na bazie refleksji, niekoniecznie optymistycznych. Wyraziste, hasłowe teksty podlane sporą dozą (auto)ironii diagnozują świat współczesnego emocjonalnego tułacza, głównie ten, do którego wypada aspirować, skontrastowany pustką z autentycznymi, ludzkimi potrzebami, wobec których zbyt często pozostajemy bezradni. Zapewne nie ma większego znaczenia, że diagnoza pada z punktu widzenia Lidera jako homoseksualisty, choć przy okazji używa sobie i w tym względzie – jak choćby w przewrotnym Family Values (family value I see in your eyes when I cum inside you).

Całość jest doskonale zrealizowana dźwiękowo (choć Lider mógłby mimo wszystko popracować trochę nad dykcją). Współczesne przemyślenia zyskały nowoczesną oprawę, mimo z pozoru ograniczonego instrumentarium (z żywych instrumentów jedynie perkusja i gitara) niezwykle różnorodną aranżacyjnie: gdy trzeba linearną, innym razem – wielopiętrową. Stosownie do treści, muzyka Goldshteina zaskakuje, drażni, zasmuca, rozrzewnia, bawi, w ostatnich odsłonach wybrzmiewa prawdziwie niepokojąco.

Bo tak naprawdę The Young Professionals nie znają odpowiedzi na żadne z pytań ani leku na rozterki. Wiedzą, że coś się musi zmienić – the future people are looking for something to hold, ale czekają jak wszyscy, póki co zatracając się w szalonych rytmach dobrze znanego D.I.S.C.O., Także i tu w afirmacji jednostkowego samouwielbienia.

My z niecierpliwością czekamy, co TYP zaproponuje w dalszej kolejności. Ta płyta jest już eksploatowana ponad miarę i obawiamy się, że nie wystarczy na długo…

Płyta 9:00 to 17:00, 17:00 to Whenever do odsłuchania w serwisie letras.terra.com.
Oficjalna strona zespołu: typband.com. TYP na Facebooku.

L-FILES: Somebody Told Me for BBC6

Cykl L-FILES poświęcony Annie Lennox zdechł w ubiegłym roku po dwóch miesiącach, głównie z takiego powodu, że okazał się mocno czasochłonny i dla samego autora zaskakujący. Przygotowywanie kolejnych postów przypominało z wolna lekturę powieści szkatułkowej, ilość nieznanego materiału obaliła przekonanie, że o Ance wiemy już wszystko. Well, we don’t.

Z drugiej strony takie odkrycia utwierdziły nas w swoim dla Anki zachwycie, który wobec jej aktualnych dokonań muzycznych przygasł dosyć znacznie (pozamuzyczne wciąż budzą nasz podziw). Powrót do źródeł przypomniał. za co się w połowie lat 1980. Eurythmics uwielbiało i uwielbiać powinno.

Jako że zachował się jeszcze konspekt cyklu, możliwe że będziemy do niego wracać. Póki co reaktywację czynimy z uwagi na kolejne przecieki, które po trzydziestu latach ujawniane są internetowej publiczności. Oto BB6 Music nadało sesję, jaką Annie i Dave poczynili wówczas w ich studio latem 1982 roku.

Po raz kolejny okazało się, że pierwsze ich płyty można by zapewne wydać w całkowicie alternatywnych wersjach, oto bowiem coś, co na krążku Sweet Dreams brzmiało ciężko i przygnębiająco, ujawniło się alternatywnej, przyjemnej dla ucha, dużo lżejszej w wyrazie wersji:

W ramach bonusa bonusów dostaliśmy też do ręki legendarny kawałek 4/4 in Leather, w lepszej nawet i dłuższej wersji, niż zespół opublikował oficjalnie na reedycji swoich płyt w 2005 roku.

Wobec powyższego trudno nie zastanowić się poważnie nad domysłami, jakie też cudeńka kryją jeszcze archiwa muzyczne Eurythmics, studiów nagraniowych czy radiowych, o których i które – należy mieć nadzieję – usłyszymy.

PLAYLIST: XMAS 2011

[Post archiwalny, zawierający odnośniki i podlinkowane elementy, z których część nie jest już dostępna w sieci.]

Obiecanki cacanki, a playlisty nie było od zeszłej zimy. To zresztą zależy, kto co uważa za zimę, bo choć kolejna kalendarzowo zawitała kilka dni temu, to od lutego realnie się nie pokazała. Z okazji świąt, że urlop i że wyciszenie, i czasu trochę więcej, oto robimy lekki muzyczny remanent dźwięków elektronicznych. Tak, tak, miało być lirycznie i spokojnie, ale w takim wypadku musielibyśmy w całości wrzucić ostatnie propozycje Matta Albera albo Kasi Bush, które zasłuchujemy nonstopicznie i naprzemiennie.

Jako że wraz z końcem aktualnych świąt za chwilę rozpocznie się okres karnawałowy, proponujemy utwory jednak nieco skoczniejsze, począwszy od profesjonalnej demówki Studio Killers, którzy niechby w końcu popełnili całą płytę. Z aktualnych przecieków proponujemy nową Madge, za której wrzucenie do sieci jeden z jej hiszpańskich fanów idzie właśnie do kicia, a ze starszych – poniewczasie odkrytą Danii Minogue sprzed paru lat, która tu jeszcze bardziej niż zwykle brzmi jak własna siostra. Mniej pokornych reprezentują Fagget Fairies, bardziej ułożonych – Gotye. który w porywach wymiata jak Sting, a momentami nawet lepiej, bo oryginalny Sting jest już raczej tylko nużący.

Miłego słuchania – całość playlisty dostępna jest na Box.com!