SCREEN CRUSH: Patrick Gibson

Drugi sezon netflixowego The OA pozostawił spore uczucie niedosytu. To jedna z tych produkcji, które z czasem coraz bardziej irytują, tracą fokus i rozłażą się szwach, starają się za bardzo, ale mają też przebłyski geniuszu na tyle regularne, że trudno się od nich oderwać. Oh, well…

Jeden z najjaśniejszych punktów obsady – z naciskiem na sezon pierwszy, bo w drugim bohaterowie z poprzedniego traktowani są mocno po macoszemu, to jeden z zarzutów – stanowi młody irlandzki aktor, Patrick Gibson.

Ok, wiadomo. Perkaty, rudy, grubo ciosany (choć jeszcze bez brody) – więc jak najbardziej w qpopowym guście – ale też wyróżniający się aktorsko. Obsadzony w roli szkolnego prześladowcy, rozsadzanego gniewem nastolatka w typie alpha male, który w zetknięciu z OA przechodzi wewnętrzną przemianę, oddaje ewolucję postaci niezwykle przekonująco.

Obok The OA zdążył też pojawić się w serialach Tudors, Biała księżniczka, czy Guerilla, w pierwszowojennym, 5-odcinkowym dramacie BBC Dzwony wojny, a kinowo w Tolkienie oraz romantycznej komedii In a Relationship. Z pewnie nadrobię, poniżej mała galeria i dwa krótkie klipy z aktorem, a na przyszłość na pewno będę obserwować, bo warto.

Wiadomo, rudy…

źródła zdjęć: GQ Italy, Vulcan Magazine (Joseph Sinclair), Entertainment Weekly, The Last Magazine, Thread, Justin Griffiths Williams

SMILEY: Toss a coin…

źródło: Instagram

To się musiało tak skończyć…
Oczywiście, puryści już fukają. Nie tylko ci od „o nie! czarne elfy!?” ale wszyscy co bardziej wczytani w charakterystykę postaci u Autora.

Z drugiej strony: kto spragnionemu zabroni. Maniacy (oraz maniaczki) shipowali już nie mniej egzotyczne pary. Nie, żebym narzekał…

Źródło: @pandamusk on Twitter
źródło: Deviantart

NETFLIX: La casa de las flores ★★★½

la-casa_01

Jedno zdjęcie (powyższe) mówi więcej, niż tysiące słów. Ale spróbuję.

Familia de la Mora prowadzi Najlepszy Salon Kwiatowy w Meksyku. Najlepszy. Właściwie nie tyle familia, co jej matrona Virginia, brawurowo zagrana przez legendę latynoamerykańskich tasiemców, Verónicę Castro. Dzieło jej życia, kwiatowy pałac, symbol blichtru i dobrobytu idealnej rodziny, będzie za chwilę uroczyście świętować półwiecze działalności – nikt ani nic nie może zakłócić pozorów idylli, jaka kreuje się każdego dnia za progiem rodowej posiadłości.

O tym, że baśń z okładek magazynów to całkowita fikcja, przekonać się możemy już w pierwszych minutach serii, kiedy podczas innej uroczystości – urodzin męża Virginii – nad ladą kwiaciarni zawiśnie w samobójczym akcie jego kochanka, z którą ten (nie tylko on, i nie tylko z nią) prowadził podwójne życie. Ukrycie świeżych zwłok przed zgromadzonymi w ogrodzie licznymi gośćmi bardzo szybko stanie się dla kwiaciarzy najmniejszym problemem, zwłaszcza wobec przyjazdu policji i nie odwołania zespołu mariachi.

Już za chwilę nieboszczka zza grobu z rozbawieniem ale i czułością obserwować będzie miotaninę, wśród której jeden po drugim na światło dzienne wyskakiwać będą kolejne sekrety, a ekran szybko zaludnią: czarnoskóry chłopak córki (w nieodpowiednich butach!), nieujawniony syn-gej i jego starszy kochanek oraz – co gorsza – rozwydrzona dziewczyna, małżonek-malwersant, striptizerzy i drag queens z rewii, a na dokładkę – zięć po zmianie płci. Życie więzienne męża, seks-taśmy syna, kazirodcza fascynacja córki i pogrzeb w kabarecie, nieślubne dzieci i wścibskie przyjaciółki, podchody konkurencji, własne romanse z przeszłości, handel narkotykami – naszą heroinę kolejno dotykać będą wszelkie telenowelowe kataklizmy.

Nic dziwnego, że nie tylko Virginia ale też inni członkowie rodziny lądują koniec końców u zaprzyjaźnionego psychoterapeuty, z którym będą rozmawiać za pośrednictwem skarpecianego Czesia. Który – jak się okaże – też ma swoje trzy grosze do wtrącenia. Terapeuta, nie Czesio.

La Casa de las Flores to rasowa telenowela, garściami żonglująca doskonale znanymi trikami i konwencjami, tyle tylko, że w tempie i konfiguracjach, których nie powstydziłby się Mistrz Almodovar, gdyby przyszło mu do głowy zrobić coś dla telewizji. Wszechobecny sarkazm na wskroś przesiąknięty queerującą atmosferą, wyraziste charaktery, żywe dialogi, jaskrawobarwne kadry, chwytliwa muzyka i zaskakujące – mimo wszystko – zwroty akcji: Dom kwiatów cieszy zmysły, bawi i wciąga w konwencję. Żongluje postaciami i wydarzeniami nieco swobodnie i chwilami niedbale (niektórzy bohaterowie znikają z ekranu na kilka odcinków, by przypomnieć się w chwili najbardziej dogodnej scenarzystom), ale i to jest przecież chwyt doskonale z takich produkcji znany.

Mimo tempa, natłoku zdarzeń, rewelacji i skrzywionych życiorysów, opowieść nie jest histeryczna, nie wywołuje bezmyślnych salw śmiechu i nie traci z oczu swoich bohaterów, których twórcy traktują wyraźnie ciepło i z wyrozumiałością. W momentach lirycznych czy wręcz dramatycznych, lepiej niż czarna komedia sprawdza się jako serial obyczajowy o poszukiwaniu tożsamości, którą w dwulicowych unikach i matactwach większość z członków rodziny gdzieś zgubiła, na przemian odpychając się i przyciągając, wyklinając, ale też się lgnąc. Wszyscy chcą dla wszystkich dobrze, a robi się coraz gorzej…

Tytułowa kwiaciarnia staje się symbolem – mimo że coraz bardziej się pogrąża i przysparza problemów, matka i córki walczą o jej utrzymanie, przyszłość i schedę. Nie inaczej dzieje się w podrzędnym, kabaretowym Domu Kwiatów z jego drugą, bardziej otwartą i wyzwoloną rodziną – marna to pociecha, że podobne problemy dotykają także tych z wielkiej posiadłości. Pragnienie wsparcia i akceptacji, ale też samorealizacji i życia własnym życiem doskwiera wszystkim tak samo. Zrozumie to wreszcie także Virginia, rzucając w finale wszystko na jedną szalę. Swoją.

Choć niektóre epizody są nieco nierówne, całość jest równo zagrana, dzięki czemu mimo ciągłych krętactw i podchodów, bohaterowie opowieści budzą życzliwość i sympatię. Obok Veróniki Castro świetnie wypadają Juan Pablo Medina, Aislinn Derbez (czy tylko mnie wciąż kojarzy się z Jodą Foster?), Paco León, Dario Yazbek Bernal (tak, z tych Bernali, z cudowną sceną comingoutu) czy Cecilia Suárez jako rozsądna Paulina, próbująca utrzymać lunatyków z obu domów w ryzach (nawet czy też: zwłaszcza kosztem własnego szczęścia) – jej sposób mówienia i wyrażania się zrobił taką furorę, że naśladowanie jej urosło do rangi czelendżu.

Jeśli więc nie macie planów na coraz dłuższe, jesienne wieczory, zerknijcie co u familii de la Mora: dają się polubić, a trzynaście odcinków przelatuje jak z bicza trzasnął i naprawdę poprawia humor. Zwłaszcza z taką promocją…

la-casa_02

la-casa_03