OUTFILM: Nevrland ****

Z gejowskimi dreszczowcami i horrorami jest niestety tak, że często bywają niestrawne. Wcale nie dlatego, że są „niezależne” oraz niskobudżetowe, co raczej naiwnie prostoduszne, z brakami scenariuszowymi i inscenizacyjnymi urągającymi inteligencji i cierpliwości widzów. Najczęściej maskują to przynętą/przykrywką w postaci chłopców ładnych, choć niekoniecznie aktorsko wydolnych, co z kolei rekompensować mają ich na maksa odkryte ciała.

Tymczasem Nevrland – nagości bynajmniej nie unikajac – pokazuje, że nawet przy ograniczonych środkach realizacyjnych można osiągnąć wiele, o ile tylko ma się pomysł i coś autentycznie ciekawego do powiedzenia. I pokazania, bo to przede wszystkim koncepcja, inscenizacja i zdjęcia stanowią o pierwotnej i organicznej sile przekazu debiutanckiego filmu Gregora Schmidingera.

Jacob jest zamkniętym w sobie, szczupłym siedemnastolatkiem tuż po szkole. Wychowywał się bez matki, która odeszła; opiekuje się niedołężniejącym dziadkiem, a z ojcem zaczyna właśnie swoją pierwszą pracę – w rzeźni, gdzie obmywa z krwi korpusy zabitych świń. Pogłębia to jego narastające problemy w komunikacji ze światem oraz – przede wszystkim – z samym sobą. Jest niedoświadczonym, skrytym gejem, oglądającym nocami porno na laptopie i nękanym stanami lękowymi, które zaczynają się manifestować fizycznie: Jacob traci w pracy przytomność i trafia do lekarza. A potem do terapeuty.

W tym samym czasie na portalu z kamerkami nawiązuje znajomość ze starszym, 26-letnim Kristjanem, aspirującym artystą multimedialnym, swobodnym w obyciu, który z czasem namawia go na spotkanie w realu. Jacob jest jak zawsze niepewny i podejrzliwy, ale pokusa jest zbyt wielka, by się koniec końców nie oprzeć. Wobec coraz silniejszych bodźców (względnie pod wpływem leków) chłopaka zaczynają nawiedzać coraz intensywniejsze wizje i dzienne koszmary, a kiedy za namową Kristjana zażyje substancję psychotropową, Jacob całkowicie zanurza się w swoim przerażającym imaginarium.

W wir urojeń pociąga widzów razem ze sobą. Opowieść od początku rozgrywa się z jego perspektywy, o ile nie całkowicie w jego głowie (czy Kristjan istnieje naprawdę, i czy to ma znaczenie?). Sprane i blade kolory codzienności coraz bardziej wypierane są psychodelicznymi barwami, pulsującymi jaskrawymi błyskami w rytm rave’wowej muzyki. Niepokojące, brutalne montażowe migawki z przeszłości mieszają się z czasem teraźniejszym, wyobrażonym oraz równoległym, rzeczywistość się odrealnia i nic nie jest już pewne: Jacob sam już nie wie, czy stoi twarzą w twarz z samym sobą, czy ze swoim strachem. I gdzie leży granica.

Debiutujący, młodzieńczy Simon Frühwirth udźwignął ciężar gatunkowy wymagającej roli. Nie szarżuje bez potrzeby, jest wycofany, zdystansowany, ale jednocześnie buzujący od sprzecznych emocji wobec świata i swoich własnych pragnień. Jego Jacob ma gigantyczne, purpurowe znamię, pokrywające cała lewą stronę klatki piersiowej – od strony serca; to miejsce bardziej wrażliwe na czuły dotyk, a jednocześnie wygląda jak mroczna mapa Nibylandii, w której żyje chłopak, zasnutej zmorami wyparcia, lękami, tłamszonymi pragnieniami. Pozostali aktorzy z obsady również się sprawdzają: zaludniają Nevrland, kreując konsekwentnie postaci enigmatyczne, momentami niepokojące, niemal symboliczne – są dokładmie takimi, jak postrzega ich Jacob.

Reżyser Gregor Schmidinger wraz z operatorem Jo Molitorisem wrzucili swojego bohatera (a nas za nim) wprost w psychodeliczny świat odzwierciedlający jego stany świadomości, zafundowali jazdę nawiązującą wizualnie i klimatem do klasyków pokręconego kina: Argento, Lyncha czy Kubricka. Za pomocą sprawnie użytego światła, dźwięku i montażu biją obrazem po zmysłach (vide: ostrzeżenie przed efektami stroboskopowymi). Ponad racjonalną logikę wydarzeń twórcy stawiają sugestywność swojej wizji i konsekwentnie wykreowaną atmosferę zagubienia i niepokoju. Schmidinger trzyma jednak wszystko w ryzach i zgrabnie unika niebezpieczeństwa przerostu formy nad treścią. Wykłada zresztą wprost swoje credo w rozmowie chłopaków w muzeum: kiedy Jacob stwierdza, że nie rozumie sztuki, Kristjan odpowiada, że nie trzeba jej rozumieć, tylko doświadczać.

Ta taktyka się sprawdza – Nevrland to film, który nawet jeśli nie do końca jasny w przebiegu i konkluzji, doskonale sprawdza się nie tylko jako dreszczowiec z pogranicza horroru. Na dobre odciska się w głowie i pamięci, prowokując po seansie wciąż nowe przemyślenia i warianty interpretacji.

Oglądaj na outfilm.pl
dramat / eksperymentalny / horror / psychologiczny/ thriller
Austria / 2019 / 88min. / polskie napisy
Reżyseria: Gregor Schmidinger
Obsada: Simon Frühwirth, Paul Forman, Josef Hader, Wolfgang Hübsch

FILM: Pieśń Orfeusza ★★

Niewątpliwym pechem Pieśni Orfeusza jest, że wpadł na outfilm.pl tydzień po rewelacyjnym Blondynie (o którym piszę tutaj). I bez tego obraz średnio się broni, ale w porównaniu… Nie ma porównania.

Śpiewka jest zasadniczo ta sama: dwóch facetów (jeden – bezrobotny, drugi – ambitny student z dziewczyną do kożucha), wspólne przebywanie (tym razem na siłce), coś na kształt przyjaźni i okoliczności coraz bardziej sprzyjające zbliżeniu. Bo cóż bardziej sprzyja romantycznym uniesieniom niż wspólny wakacyjny wyjazd na greckie wyspy? Obok pomysłu na fabułę oraz przystojnych facetów, którzy ideę magicznej miłości mieliby (nomen-omen) ucieleśnić, filmowi brakuje właściwie we wszystkim.

Zacznijmy od bohaterów, którzy nie tyle nawet są nieciekawi, ile absolutnie bez wyrazu. Niewiele mieli do zagrania, ale zrobili jeszcze mniej, snując się po kadrach z urokiem manekinów. Scenariusz nie ułatwia sprawy: zamiast skupić się na portretowaniu swoich bohaterów, każe im detalicznie inscenizować klikanie w ankietę konkursową i – och! pełną niedowierzania – rozmowę z biurem podróży, czy aby wygrana wycieczka to nie ściema. Bez zbytniego przekonania drugi z kolegów protestuje przeciw współnemu wyjazdowi (bo nauka), a już w następnej scenie panuje co do tego zgoda. Poza podawaniem sobie hantli nie bardzo dowiemy się, jakie relacje i emocje łączą kolegów od sztangi, nawet podtekstów seksualnych nie uświadczysz, za to detalicznie prześledzimy procedurę meldowania się w greckim hotelu, wyjątkowo zresztą pustym. A wytrwałych widzów czeka jeszcze bezsensowna próba wymuszenia na personelu numeru pokoju jednego z gości, która to scena zapewne ma coś pokazać, trudno jednak dociec co, poza tym, że jej bohater niewiele rozumie.

Skoro chłopaki pójdą w nieznane (bo wyspa ciekawie wygląda na mapie), to na pewno się zgubią; skoro rzucają z głowy imionami greckich bogów, to ci na pewno się za chwilę wmieszają (symbolika, panie); skoro za chwilę spotykają lokalnego dionizejskiego Puka (przepraszam: Herkulesa), który ostrzega, żeby nie jeść granatów, bo się zakochają czy coś, to zapewne się zakochają, czy coś. Problem w tym, że leniwe ślizganie kamery po nagich torsach zwieńczonych bielizną od Bossa nie kreuje z automatu atmosfery romansu, a turlanie się bez końca po mokrym piasku egzotycznej plaży facetów, którzy nawet porządnie się ze sobą nie całują, to obraz daleki od namiętnego wybuchu seksu.

I tak dalej, i tym podobne. Jedna noc i przyjaźń się sypie, jeden papier i miłość się rodzi. Ale najpierw brniemy przez szablonowe sceny rozterek tudzież cierpienia, równie bezbarwne jak cała historia oraz jej inscenizacja. Bo czego aktorzy nie dograją, to kamera też nie dopowie, o wykreowaniu jakiejkolwiek atmosfery nie wspominając: w ciągu dnia rejestruje spłukany obraz cyfrowy, w nocy nieco mniej spłukany, bo niebieski.

Wątek magii miejsca i mitów wygrany został jednym lokalsem z alko pod kamieniem, wątek późnego odkrywania swojej seksualności skwitowany markową bielizną i biletem lotniczym. Rozterki życiowe (o ile jakiekolwiek) odsunięte krótkim „później się zastanowię” a najbardziej dramatyczną deklaracją okazuje się wypowiedzenie karnetu na siłkę.

Że można ciekawiej przy równie ograniczonych, crowfundingowych finansach, Tor Iban pokazał w Roku tygrysa, może nie bardziej porywającym, ale na pewno przynajmniej intrygującym. Koniec końców, Pieśń Orfeusza jest co najwyżej piosenką, jakich wiele, z przydługim klipem do obejrzenia jednym okiem i szczęśliwym zakończeniem.

Drama, tromans / Niemcy 2019 / 72min. / polskie napisy /
Ograniczenie wiekowe dla filmu – od 16 lat
Reżyseria: Tor Iben
Obsada: Jasper Joseph, Kristina Kostiv, Julien Lickert, Henry Morales

Oglądaj na Outfilm.pl

OUTFILM: Blondyn ★★★★

Marco Berger jest specjalistą od filmów, w których (z pozoru) nic się nie dzieje, a jednak ekran aż buzuje od emocji. Mam do takich tytułów słabość, dlatego „Okruchy dnia” Ivory’ego mogę oglądać w nieskończoność, za każdym razem odkrywając na nowo, jak wielką życiową tragedię skrywać może jedno uniesienie brwi Hopkinsa.

Dla takich widzów kręci filmy argentyński reżyser, a „Un rubio” jest chyba najdojrzalszym z dotychczasowych.

Zupełnie przypadkiem tuż przed „Blondynem” obejrzałem jeden z poprzednich, „Hawaii”, oparty na podobnym pomyśle, tyle że dużo lżejszy w wymowie. Pan spotyka pana, w całkiem zwykłych okolicznościach: w jednym filmie mamy pusty, wakacyjny dom na prowincji, w drugim – blokowe mieszkanie w mieście. W tamtym bezdomny podejmuje się drobnych prac w budynku w zamian za wikt, tutaj mężczyzna podnajmuje koledze z fabryki pokój, z którego właśnie wyprowadził się jego brat. Na pytanie „kto będzie u ciebie mieszkał?” odpowiada: „no wiesz, ten blondyn.” Ten dziwny.

Gabriel zwany Gabo. Spokojny, cichy, introwertyczny, niewadzący nikomu, ale też niezbyt popularny, wycofany nawet wobec własnej dziewczyny. Raz w tygodniu jeździ do domu w odwiedziny do córki, którą po śmierci matki wychowują dziadkowie. Juan odwrotnie, bardziej macho: nie przejmuje się zbytnio ani nie krępuje otoczeniem, co i raz kumple wpadają na piwko i mecz w tv, dyskutują o kobietach w piłce nożnej, lesbijkach i na podobnie męskie tematy. Czasem nocują dziewczyny, stałe lub mniej. Gabo nie bardzo pasuje do tego zestawu i – wpół przerażony w sobie – zawsze pozostaje gdzieś obok samczego stadka.

Ekranowi bohaterowie są przy tym całkiem zwyczajni i wiodą zwyczajne życie. Wspólnie dojeżdżają kolejką do pracy, wspólnie pracują i wracają. Papierosy palone na dachu, bezmyślne gapienie w telewizor, wieczorne spotkania w kuchni, wyjścia do sklepiku po browara czy lody. Odgłosy zza ściany, migawki zza uchylonych drzwi. Na ukradkowych spojrzeniach, półsłówkach, zbliżeniach twarzy w zatłoczonym pociągu, ciężarach ciał leniwie rozłożonych obok siebie na sofie, kiełkuje narastające poczucie bliskości i erotycznej fascynacji, które z czasem staje się oczywiste nie tylko dla skrytego Blondyna.

Marco Berger uważnie obserwuje swoich bohaterów, którzy ukradkiem obserwują siebie wzajemnie. Cierpliwie i precyzyjnie diagnozuje, a potem przedefiniowuje uczucia mężczyzn w przestrzeni ograniczeń, jakie na siebie narzucają. Szybko zgadujemy, w jaką stronę zmierza historia, ale chemia pomiędzy oboma narasta tak sugestywnie, a finał zdaje się coraz mniej pewny i intrygujący, że – wraz z Juanem i Gabo – dajemy się ponieść. A im bardziej się wciągamy, tym więcej widzimy.

Powtarzające się sytuacje dnia codziennego, powracające w powtarzalnych ujęciach, ewoluują wraz z bohaterami: w pierwszej migawce z zatłoczonej kolejki miejskiej przyciśnięci do siebie Gabo i Juan omijają się wzrokiem, w kolejnej – z trudem nie patrzą sobie w oczy. W następnej – prowadzą swobodną rozmowę na peronie. Kiedy Gabriel ośmiela się zrobić pierwszy krok, Juan zastyga w bezruchu i odwraca głowę; przyjdzie jednak moment, gdy zacznie całować pierwszy. Przyjdzie i czas na czułość.

Wzajemna uwaga i uczucia pogłębiają się, ale pojawia się też opór wywołany odmiennymi, zewnętrznymi i własnymi oczekiwaniami wobec życia, popychający do prowokacji, negocjowania znaczenia relacji, która nabiera coraz większego znaczenia. Emocje i dramaty rozgrywają się najczęściej w niedopowiedzeniach, pod powierzchnią, dla widza są jednak doskonale widoczne. Kamera Nahuela Bergera śledzi je w portretowych zbliżeniach, mistrzowsko operując głębią ostrości i złożonymi planami, by pozwolić wybrzmieć najmniejszym drgnięciom i grymasom na twarzy Gabriela, przy którym najczęściej się zatrzymuje.

Gaston Re w tej roli daje z siebie wszystko, przykuwa uwagę szeroko otwartymi oczami, przez które obnaża wnętrze, nawet w chwilach spełnienia buzujące od sprzecznych, podszytych melancholią emocji, wygranych do ostatniej nuty. Tym bardziej znamienna wydaje się jedyna scena, w której Gabo ukazuje inną, beztroską twarz – podczas najważniejszej rozmowy ze swoją ekranową córką.

Jako filmowy partner Alfonso Barón w niczym mu nie ustępuje: chemia obu postaci jest autentyczna, soczysta i gęsta, atmosfera nasycona erotyzmem, a sceny seksu wypadają zmysłowo, szczerze i naturalnie. Blondyn jest może i tytułową postacią i niesie cały film na swoich barkach, ale to jego Juan najbardziej się zmienia: ujęcia z dachu, spinające klamrą film, pokazują na koniec zupełnie innego faceta: wytrąconego ze strefy komfortu, poruszonego, prawdziwego.

Opowieść argentyńskiego reżysera jest niepozorna i cicha, płynie leniwie jak muzyka Pedro Irusty na współdzielonych słuchawkach Juana i Gabriela. Nie dajmy się jednak zwieść: to misterne studium międzyludzkich i męsko-męskich namiętności starych jak świat, na które niektórzy jednak nigdy nie są i nie będą przygotowani, niezależnie od czasu i miejsca. Czy to Clive w klasycznym „Maurycym” Ivory’ego czy Juan u Bergera: spętani konwenansami, wpatrzeni w przestrzeń w swoim niedowierzaniu wobec własnych uczuć, wyglądają zawsze tak samo.

„Blondyn” – oglądaj na Outfilm.pl

dramat, romans
Argentyna 2019, 110 minut
Reżyseria: Marco Berger
Obsada: Gaston Re, Alfonso Barón, Malena Irusta, Ailín Salas

OUTFILM: Skala szarości ★★★½

skala-szarosci_00

Bruno jest 35-letnim, niezależnym, nagradzanym architektem. Po 11 latach małżeństwa wyprowadził się od żony i syna do warsztatu dziadka w poczuciu, że w jego z pozoru udanym życiu czegoś brakuje. Zlecenie na projekt budowli, która miałaby stać się nowym symbolem stolicy, daje nadzieję na przełamanie impasu zawodowego. W poszukiwaniu inspiracji po mieście oprowadza go Fer, historyk-zapaleniec i zadeklarowany gej, który nie ukrywa swojego zauroczenia Brunem. Ten odkrywa w sobie tłumione instynkty i stanie przed wyborem nie tylko koncepcji na projekt, ale także na dalsze życie.

Ocena Queerpop ★★★½

Spokojnie opowiedziana, pięknie sfotografowana opowieść o odkrywaniu własnej tożsamości w wieku dojrzałym. Niekoniecznie odkrywcza, zyskująca jednak na autentyczności dzięki dobrze rozpisanemu scenariuszowi z kilkoma elementami zaskoczenia, naturalności dialogów oraz odtwórców głównych ról. Dyskretne, niemal melancholijne studium zderzenia temperamentów i postaw w obliczu pogłębiającego się uczucia, rozdarcia głównego bohatera wobec konieczności wpisania się w prosty podział „czarne-białe”.

skala-szarosci_03

Czytaj dalej „OUTFILM: Skala szarości ★★★½”

OUTFILM: Sierpień ★★★½


Jonathan wkrótce obchodzić będzie 30 urodziny. Od dłuższego czasu żyje w związku z Raulem, wciąż jednak nie może się zdecydować na mieszkanie razem. Tymczasem po dwóch latach nieobecności do miasta powraca jego były, Troy, który swego czasu rzucił go, by wyjechać do Hiszpanii. Szybko okazuje się, że stara namiętność nie wygasła, i cała trójka będzie musiała zmierzyć się z plątaniną własnych przeżyć, przeszłych i obecnych emocji i pretensji.

zwiastun filmu | źródło wideo

Ocena Queerpop ★★★½
Casus ‚kiedy wraca seksowny były, nawet najtrwalsze związki drżą w posadach’. Upalne lato pełne namiętności, ale i niespełnienia. Niespieszne studium zawirowań uczuciowych trzech mężczyzn z jednego trójkąta. Kino chwilami nieco zbyt kontemplacyjne, nie pozbawione jednak dramatyzmu i autentyczności. Doskonała obsada, piękne zdjęcia, zmysłowe ciała, szczypta erotyki i egzotyczna muzyka dopełniają całości.

Pojawienie się facetów takich jak Troy nie wróży nic dobrego. W sile wieku, acz niedojrzali emocjonalnie, niby zrównoważeni, a zmienni, kapryśni i manipulatywni, seksowni i odpychający jednocześnie, sami określają się mianem wiecznych kawalerów, ale kochają kroczyć swoją niezależną ścieżką po złamanych sercach. Dosadnie rzecz ujmując: skurwiele, którym nie sposób się oprzeć.

Kiedy więc Troy przylatuje z Hiszpanii do L.A. po dwóch latach nieobecności, rzekomo wiedziony tęsknotą za starymi stronami, z domniemanym zamiarem powrotu (film otwiera jego rozmowa kwalifikacyjna o pracę) – nie tylko upał, o którym w filmie słyszymy bez przerwy, sprawia, że na samą myśl o jego obecności w mieście wielu osobom robi się robi się gorąco.

W narastającym skwarze niepokój wręcz skrapla się w powietrzu, i powoli poznajemy jego przyczyny. Przed wyjazdem Troy przez trzy lata tworzył piękną parę z młodszym Jonathanem, by w imię nie-wiedzieć-czego zerwać z nim i zniknąć. Pod jego nieobecność Jonathan odnalazł się i stworzył kolejny, udany związek z seksownym i wyrozumiałym Raulem (o wciąż niepewnym statusie imigranta), jednak tak naprawdę nigdy do końca nie wyleczył się z namiętności do Troya. Kto wie, może podświadomie czekał wciąż na jakieś rozstrzygnięcia, skoro nigdy nie podjął decyzji o wspólnym mieszkaniu z nowym facetem?

Karty zostają rozdane już przy powitalnym spotkaniu po latach, w niegdyś ulubionej kafejce: zbyt długi dotyk dłoni na plecach, zbyt powłóczyste spojrzenie, zbyt słabo ukrywane rozczarowanie krótkością widzenia, melancholia niedoszłego pocałunku. Bohaterowie dramatu, podobnie jak widzowie, przeczuwają już wszystko, na szczęście nawet jeśli kolejne stacje podobnych opowieści są doskonale znane (i mocno przewidywalne), to mogą wieść do nich różne drogi.

Reżyser i scenarzysta Sierpnia wybrali nieco bardziej zawiłą, ukazując historię w porządku achronologicznym, co wzbogaca opowieść, gdy znając sceny z przeszłości, dużo lepiej rozumiemy bieżące motywacje i przeżycia postaci. Jednocześnie jednak ich historię poznajemy szczątkowo, na wyrywki. Mimo to, i nawet w chwilach, gdy twórcy obierają bardziej utarte szlaki, udało się zachować psychologiczną wiarygodność bohaterów: wiarygodna jest rozedrgana poczuciem winy, nawracająca fascynacja Jonathana Troyem, jak i pozorna bierność i ustępliwość Raula, który ostatecznie jednak w swoim ojczystym języku wyznaczy rywalowi granicę, i od razu da mu okazję do jej przekroczenia.

Mimo buchających z ekranu namiętności, akcja toczy się w sierpniowym upale powoli, jakby od niechcenia, punktowana z pozoru nie przystającą od tej opowieści egzotyczną muzyką z motywami arabskimi. Aktorzy, prowadzeni pewną ręką, nie przesadzają z ekspresją, grając na niższych rejestrach – jednym słowem, spojrzeniem, mową ciała, w każdym detalu zarejestrowaną w pięknych, barwnych, panoramicznych kadrach. Relacje trzech postaci przepełnione są czułością, namiętnością, ale też doprawioną solidną porcją wzajemnych pretensji i niespełnienia.

Troy będzie musiał wysłuchać wszystkiego, przed czym uciekał, a po co być może mimowolnie wrócił. Mimo że z jego ust padnie ‚przepraszam’, nie wygląda, by sprawiło mu to jakąkolwiek różnicę – faceci tacy jak on przychodzą i odchodzą. To apatyczni, dobrze ułożeni chłopcy pokroju Jonathana – bezwolni, ulegli – zostają po raz kolejny złamani, popełniają błędy, których mimo pełnej świadomości, uniknąć nie sposób. Raul zmierzyć się będzie musiał za to ze zwątpieniem, w walce o swoje zaryzykuje wszystko. I choć triumfujący, raz zmaterializowanych wątpliwości się w ten sposób nie pozbędzie. Zwycięstwo jest pyrrusowe.

Sierpień jest rozwinięciem nagradzanej krótkometrażówki Post Mortem z 2005 roku, tego samego reżysera, z tą samą parą głównych aktorów. Adaptacja najwyraźniej udana, skoro także jako film długometrażowy zdobywała nagrody i wyróżnienia na branżowych festiwalach. W stosunku do wersji 15-minutowej dopowiada zbyt wiele, ale z drugiej strony – na szczęście nie wszystko. Dokładnie tyle, ile trzeba na frapujący film o tym, że owszem, do tej samej rzeki można wchodzić wiele razy. Po takiej kąpieli nic już nie będzie takie samo. Może poza upałem, o wiele bardziej doskwierającym, gdy opadną gładkie maski.

Galeria fotosów z filmu:








Sierpień (August
)
★★★½ 
dramat, USA 2011, 94′
reżyseria: Eldar Rapaport
scenariusz: Brian Sloan, Eldar Rapaport

wystepują: Murray Bartlett, Daniel Dugan, Adrian Gonzalez, Hillary Banks
Polska premiera: maj 2012 (outfilm), DVD (bearbook.pl)
 dla seriwsu OutFilm, oprócz standardowej oceny w skali 1-5 gwiazdek, wprowadziliśmy oznaczenie specjalne: 3 –  koniecznie | 2 – warto | 1 – niekoniecznie

OUTFILM: W pułapce pożądania ★★★½


Młody chłopak, przedstawiający się jako Alex, przychodzi na płatny seks do mieszkania klienta w starej kamienicy. Okazuje się, że dla tamtego będzie to pierwszy raz, mężczyźni zwierzają się sobie z przeżyć młodości. Gdy ‚Alex’ wychodzi, spotyka na korytarzu Leona, który ‚rozpoznaje’ w nim swojego dawnego przyjaciela i zaprasza do siebie na imprezę. Przy kolejnej próbie opuszczenia budynku, zaczepia go kolejny mężczyna, sfrustrowany młody małżonek o tłumionych skłonnościach homoseksualnych. To niebezpieczne spotkanie nie będzie bynajmniej ostatnim tej nocy, w domu który coraz bardziej zaczyna przypominać pułapkę.


zwiastun filmu | źródło wideo

Ocena Queerpop ★★★½
Oniryczna opowieść o chłopaku-prostytutce. Przyprowadzony przez klienta do budynku, po którym błądzi przez całą noc, spotyka jego kolejnych mieszkańców. Wypadki stają się coraz dziwniejsze, a wędrówka przez mroczniejące korytarze okazuje się drogą do własnego wnętrza. Niekoniecznie nowatorska, nieco teatralna opowieść z cyklu ‚każdy potrzebuje ciepła i miłości’, której głównym atutem jest ujmujący główny bohater, oraz niepokojący klimat, wykreowany zdjęciami, muzyką oraz przekonującą grą aktorską.

Czytaj dalej „OUTFILM: W pułapce pożądania ★★★½”

OUTFILM: Ten jedyny ★★★



Tommy jest młodym prawnikiem, po latach przypadkowo natyka się na Daniela, w któym podkochiwał się na studiach. Zagaduje do niego, po wspólnym popołudniu spędzają razem noc. Rano Daniel oznajmia, że jest zaręczony z Jen, którą wkrótce mu przedstawia. Pod pretekstem zlotu klasowego Tommy wywabia Daniela na weekend do domu rodzinnego, gdzie po kolejnej nocy wyznaje mu miłość. Romantyczny epizod wciąga Daniela, jednak nie wpływa na decyzję o ślubie. Znajomość Tommy’ego i Jen pogłębia się, podobnie jak frustracja Daniela, który nie wyobraża sobie życia poza stereotypowo rozumianą rodziną.


zwiastun filmu
Ocena Queerpop ★★★☆☆
Trójkąt on-on-ona w wydaniu zaprzyjaźnionych trzydziestolatków. Przypadkowe spotkanie z natarczywym adoratorem uświadamia młodemu małżonkowi tłumiony homoseksualizm. Z chwilą gdy dojrzeje, by to przyznać przed sobą i kochankiem, żona ogłasza, że jest w ciąży. Rozdarty między nowo odkrytymi potrzebami a głęboko wpojonymi zasadami, wydaje się pozostawiony samemu sobie. Zaskakująca mieszanka komedii romantycznej z dramatyczną wariacją na temat samoakceptacji. Mimo niedociągnięć scenariuszowych i ułomności niskiego budżetu, historia uwiarygodniona udaną obsadą i grą aktorską, nie grzęznąca w mieliznach ogranego tematu.

Czytaj dalej „OUTFILM: Ten jedyny ★★★”

FILM: Sekret Saszy ★★★1/2

Sasza dorasta w Kolonii, w emigranckiej rodzinie z Czarnogóry. Matka. która wraz z rozpadem Jugosławii porzuciła z mężem ojczyznę, wielkie nadzieje pokładają w obiecującej karierze pianistycznej syna. Nie wiedzą, że ten zakochał się beznadziejnie w swoim nauczycielu fortepianu. Sasza starannie ukrywa swoje gejostwo przed bratem i rodzicami, pozorując, że spotyka się ze swoją chińską przyjaciółką. Jednak gdy okazuje się, że profesor Weber wyjeżdża na stałe do Wiednia, musi szybko coś przedsięwziąć, by uratować swoją miłość. Utrzymanie pozorów stanie się jeszcze trudniejsze.

zwiastun filmu

Ocena Queerpop ★★★1/2
Klasyczna opowieść o dojrzewaniu nastolatka do zaakceptowania swoich uczuć i do ujawnienia, wzbogacona o wątki wyobcowania emigranta w sprzyjającym, kosmopolitycznym, ale jednak wciaż obcym świecie. Film równie wiele uwagi poświęca procesowi comingoutu syna, co rozterkom niezasymilowanej do końca, tradycjonalistycznej rodziny, zwłaszcza poczuciu przegranej starszego pokolenia, które niegdyś porzuciło obiecujące życie w ‚starym’ kraju. Pięknie sfotografowana, wyważona, ciepła opowieść, zgrabnie mieszająca dramat z elementami komediowymi. Przyzwoite aktorstwo, dobry scenariusz i energetyczna muzyka sprawiają, że film tworzy spójną, niebanalną całość.


Sekret nastoletniego Saszy poznajemy już w pierwszych scenach filmu – gdy podczas postoju w drodze powrotnej z wakacji w rodzinnej Czarnogórze, pod wpływem przelotnego spojrzenia ojca zrzuca w panice z półki w sklepie magazyny gejowskie. Po czym – jeszcze bardziej zestrachany – jeden kupuje. Niedługo później odnajdą go w jego plecaku celnicy, a jego zdenerwowanie skomentują krótkim „dla Serba to poważny problem”.

Nie bez racji: rodzice Saszy od dwudziestu lat mieszkają w kosmopolitycznej Kolonii, jednak jak to z pierwszym pokoleniem emigracji bywa – żyją przeszłością, przywiązaniem do tradycyjnego porządku, sercem i jedną nogą w ojczyźnie, wciąż rozprawiając o powrocie przy każdym śniadaniu. Matka pracuje chałupniczo i pomaga mężowi w prowadzeniu małego pubu, z trzema stałymi bywalcami na krzyż, wielkie nadzieje oraz większość finansów pokładając w rokujących karierach synów: wioślarskiej i pianistycznej.

Oni sami – od urodzenia chowani w Niemczech – nie znają patriotycznych tęsknot, chwilowo ich największą bolączką są awantury z ojcem o tatuaż na ramieniu, choć mimo pozornego luzu też nie czują się w Kolonii do końca ‚u siebie’. Nie bez kozery ich najbliższą koleżanką jest Jiao, córka imigranta z Chin, skrycie kochająca się w Saszy.

Ten jednak zupełnie tego nie dostrzega, ma własny sercowy problem – zakochał się w swoim nauczycielu fortepianu. Do Kolonii wraca jak na skrzydłach: wprawdzie za chwilę czeka go ciężki egzamin do konserwatorium muzycznego, ale przecież szykuje się do niego pod okiem ukochanego profesora. Ten jednak oznajmia, że dostał wymarzoną pracę i lada dzień przenosi się do Wiednia. Świat Saszy w jednej chwili wywraca się do góry nogami, a rozpacz popchnie go do kroków, o jakie jeszcze przed chwilą by się nie podejrzewał.

Nietrudno wyobrazić sobie perypetie, jakie wynikną z desperackich zabiegów zakochanego po uszy, impulsywnego nastolatka, który rzuci się do walki o swoją miłość, jednocześnie próbując zachować przed rodziną wszelkie możliwe pozory. A to niełatwe, bo podejrzliwie obserwują go wszyscy: matka, dla której studia muzyczne Saszy są spełnieniem jej własnych ambicji i marzeń o ucieczce do ‚lepszego świata’; porywczy ojciec z obsesją na punkcie męskości syna, któremu wybaczyć można wiele, dopóki uprawia sport i spotyka się z dziewczynami; i wreszcie wrednawy starszy brat, który jako pierwszy zgadnie, że oficjalne zapewnienia o związku z Jiao to zwyczajna ściema. Szybko zrobi z tego odkrycia użytek, bo jemu akurat drobna Chinka bardzo się podoba.

Każdy w tym filmie ma swój sekret, swoją rację i swoje emocje. Pokolenie emigrantów żyje poczuciem porażki, ich relacje podszyte są wzajemnymi pretensjami, zabiegają więc, by ich dzieciom w nowym kraju ułożyło się lepiej, są kontrolujący i nadopiekuńczy. Problem w tym, że – jak to z rodzicami bywa – gdy ojciec i matka wypowiadają sakramentalne ‚mój Sasza!’, mają na myśli zupełnie co innego. A on sam w sekrecie chwilowo myśli tylko o jednym, i też zupełnie innym. Zderzenie tych wszystkich oczekiwań doprowadzi do prawdziwie dramatycznych wydarzeń, po których wszystko trzeba będzie ułożyć od nowa.

„Sekret Saszy” opowiada historię nienową i niekoniecznie odkrywczą, toczącą się utartymi torami w przewidywalnym kierunku. Tym bardziej liczy się nie tyle ‚co’ ale ‚jak’, które ten akurat film wyróżnia zdecydowanie pozytywnie. Mimo wagi życiowych rozterek i konfliktów – podlany jest sporą dozą ciepłej ironii, nie stroni od wzruszeń, ale pozbawionych taniego sentymentalizmu. Niuansuje humor, balansując na pograniczu komedii, czasem nazbyt slapstickowej, gdy do akcji wkracza niezbyt rozgarnięty szwagier z prowincji, przywieziony do Niemiec do pomocy przy remoncie łazienki. Scenariusz nie popada jednak w generalizacje i łatwe uproszczenia, nawet problem tożsamościowy zyskuje dodatkowy kontekst – Sasza zmaga się ze swoją ‚odmiennością’ nie tylko w wymiarze seksualnym. Na propozycję Jiao pójścia do klubu gejowskiego w pierwszym odruchu odpowie: ‚Przecież nie jestem Niemcem’. W odpowiedzi usłyszy: ‚To tak jak ja’.

Todorovič zgrabnie splata wątki i racje, pozwalając każdej z postaci mówić swoim językiem (chorwackim, niemieckim, chińskim) oraz zyskać pełnokrwisty wymiar, w dużej mierze dzięki staraniom doskonałej obsady. Przystojny Saša Kekez w tytułowej roli – jeszcze chłopiec a już mężczyzna – świetnie oddaje emocjonalne rozchwianie i proces przyspieszonego dojrzewania swojego bohatera. Na oklaski zasługuje Pedja Bjelac w obronie patriarchalnego ojca, któremu w najgorszych momentach potrafi nadać rys czułości i tęsknoty. Zelka Preksavec trwa wycofana u boku męża, ale gdy trzeba stając zdecydowanie w obronie swoich racji i bezpieczeństwa dzieci. Szkoda tylko trochę, że Tim Bergmann nie dostał możliwości pogłębienia postaci nauczyciela, choć i jemu daleko do jednoznaczności.

Na wyróżnienie zasługują też energetyczna muzyka z motywami bałkańskimi i piękne plastycznie zdjęcia – najlepszy z powodów, by na film wybrać się do jednak kina, nie ograniczając się do Internetu czy czekania na DVD. Tak czy owak to nie będzie seans stracony: „Sekret Saszy” to słodko-gorzka coming-out story na poziomie, za który kiedyś publiczność pokochała „Wspaniałą rzecz” czy „Zejdź na ziemię”.

[recenzja ukazała się na portalu innastrona.pl]


 

Sekret Saszy (Saša)
komediodramat, Niemcy 2011, 102′
scenariusz i reżyseria: Dennis Todorovič
wystepują: Saša Kekez, Pedja Bjelac, Tim Bergmann, Zeljka Preksavec, Yvonne Yung Hee, Ljubisa Gruicic
Polska premiera kinowa – 21 października 2011