PRASA: Rzeczpospolita – Lady Mistyfikacja


grafika: Rose Emanuela Briccetti

W dzisiejszym, weekendowym dodatku do Rzepy, PlusMinus (tak, czytujemy, czytujemy) obszerny esej Pauliny Wilk na temat fenomenu Lady Gagi. Teskt odwołuje się i bazuje na wrześniowym, bezkompromisowym artykule feministki, medioznawczyni i krytyczki kultury, Camilli Paglia, Lady Gaga and the death of sex, a w dużej mierze rozwija jego tezy. O ile Paglia, która niegdyś na przykładzie Madonny obwieściła nową erę feminizmu, wieszczy w Gadze koniec rewolucji seksualnej jaką znamy, Wilk idzie krok dalej i prorokuje także śmierć muzyki pop.

Obie panie nie szczędzą Gaguli słodkich epitetów, nazywając ją królową déjà vu, aseksualną marionetką, sztucznym i pustym tworem z przemielonych resztek, szkieletem coraz to nowych dekoracji, z których żadna nie jest prawdziwa. Gaga ma być już nawet nie alter ego piosenkarki Germanotty, ale absolutną kreacją, którą bezkrytycznie zachwycają się masy, zwłaszcza te małoletnie, nie pamiętające nawet końca ubiegłego wieku, bombardowane miliardami informacji, obrazów i esemesów.

[kliknij czytaj więcej, żeby przeczytać obszerne fragmenty artykułu, dostępnego w sieci tylko po wykupieniu]

Germanotta wymyśliła Gagę nie jako swój wizerunek, ale osobną postać, oddzieloną od realnego życia, co więcej – oderwaną od ciała. (…) Taki zabieg zapewnia złudzenie nieśmiertelności, bo zaciera istnienie czasu. (…) Gaga nie jest człowiekiem z krwi i kości, a jej ciało to jedynie giętki szkielet, na którym montowana jest rozbudowana stylizacja: krzykliwa, niedorzeczna, surrealistyczna, kiczowata i bulwersująca. (…)

A twarz – lśniąca woskowa rzeźba, pozbawiona wyrazu – jest niczyja. Łatwo ją podmienić, wystarczy kliknięcie. Na teledyskach Germanotta często zasłania twarz – okularami, makijażem, specyficznymi konstrukcjami z pogranicza masek i ozdób. Ale nawet, gdy ją odkrywa, przybliża do kamery i wypełnia cały kadr, pozostaje dziwnie niewidzialna – ani ładna, ani brzydka, sterylna i kamienna. Zdarza się, że po policzkach płyną łzy, a usta wyginają się w grymasie sygnalizującym cierpienie, ale pracą mięśni nie kierują uczucia, tylko scenariusz. (…)

Każda piosenka, teledysk i występ Gagi jest poddany teatralizacji, radykalnie przerysowany, by zdusić ludzką wyobraźnię. Gaga reprezentuje pop totalitarny – chce mieć władzę nad wszystkimi aspektami twórczości i pragnieniami odbiorców.  Fantazja ludzi, ich nieprzewidywalne i zmieniające się potrzeby są dla niej groźne. Dlatego stara się je tłamsić, używając hiperformy. (…)

Wszystko, co do tej pory pokazała, było użyciem cudzych pomysłów, bezwzględnym recyklingiem, który jeszcze niedawno nazywano pospolitym złodziejstwem. Ale czasy się zmieniły, a wirtualnemu robotowi trudno zarzucać kradzież. (…) Przebojowe piosenki i towarzysząca im oprawa to wyniesiona na piedestał tandeta – camp poddany gloryfikacji, uświęcony akceptacją najmłodszych odbiorców, którzy nie mają dość wiedzy, by przejrzeć trik. Nowe dzieci popu nie znają historii. Świat zwala im na głowę tyle atrakcji, że nie mają czasu wyobrazić sobie niczego poza „tu i teraz”.

Paglia udowadnia, że Gaga jest odwróconą ikoną: przyciąga uwagę, czerpiąc z sadomasochistycznej, gejowskiej i transwestyckiej estetyki, epatując pornograficznymi i agresywnymi obrazami. Ale jest całkowicie pozbawiona seksapilu i zmysłowości. W jej wideoklipach widać tancerzy w szpilkach, (…) obcisłych lateksowych kombinezonach i maskach, prężących się w jednoznacznych pozach. Ale równocześnie pojawia się mroczna symbolika śmierci: trucizny, plamy sztucznej krwi, trumna, seryjne zabójczynie, czerń, wyrwane serce. Erotyka zostaje zamordowana, pozostają kompulsywne gesty. Odruchowe pchnięcia bioder w rytmie dance.

Obie panie polemizują także z szałem przyrównywania Lady G. do Madonny, dowodząc, że ta druga (a właściwie pierwsza) należała jeszcze do epoki analogowej, kiedy gwiazdę wyróżniała osobowość, prawdziwa (nawet jeśli podrasowana) historia, podczas gdy współczesne ikony, choć żonglują tymi samymi znakami, to używają ich wyłącznie jako kreacji, za którymi nie stoi nic. W podsumowaniu kilkustronicowego tekstu, Paulina Wilk wieszczy:

Gaga jest – wbrew spektakularnym pozorom – nużąca i nijaka. Jedyny wehikuł jej popularności to oprawa graficzna. Ale publiczności wkrótce przestanie robić różnicę, czy diwa ma na głowie surowe mięso, czy szklany żyrandol. Zbiorowy szok ustąpi, a wtedy może być za późno. Nawet jeśli Germanotta zrobi wreszcie użytek ze swojej prawdziwego atutu – umiejętności muzycznych, ogłupiona publiczność może nie być nim zainteresowana. Gaga traktuje piosenki instrumentalnie, udowodniła już fanom, że muzyka jest jedynie ścieżką dźwiękową hedonistycznej, konsumpcyjnej masturbacji.

Nawet jeśli obie damy przesadzają w mocnych słowach, nie sposób odmówić tym spostrzeżeniom racji. Teraz lepiej rozumiemy, dlaczego nas osobiście całokształt Gagi nie zachwyca tak, jak zapewne sami byśmy oczekiwali. Nawet muzycznie (czego po ‚piosenkarce’ można by oczekiwać w pierwszym rzędzie). Że jeszcze na chwilę zacytujemy: „Gaga śpiewa piosenki pozbawione treści i charakterystycznej formy – nie da się o nich powiedzieć niczego sensownego. Można tylko żonglować pojęciami i przyklejać etykiety, ale tak dziwacznie opakowana pustka wymyka się opisowi.”

Na koniec jeszcze obszerne omówienie artykułu Paglii w Daily Mail, z ilustracjami 🙂

PRASA: Chylińska wyważyła drzwi

Tak zwana „kwestia Chylińskiej” wciąż rozgrzewa stołowe dyskusje do czerwoności. Ja coraz bardziej utwierdzam się w oglądzie, który swego czasu zaprezentowała Paulina Wilk na łamach Rzeczpospolitej:

Radykalny ruch Chylińskiej może dobrze wpłynąć na cały polski pop. Wysadziła w powietrze stare przyzwyczajenia i pokazała, że istotą współczesnej w muzyki jest dynamika: łączenie gatunków, uciekanie od kategoryzacji, przekraczanie granic. Jej przeskok w klubowe rytmy byłby tylko manifestacją, gdyby nie fakt, że wywiązała się z najważniejszego zadania – nagrała bardzo dobry album. Zdała test wokalny (…) w muzyce klubowej nie ma miejsca na piosenkarską pychę. Jest dyscyplina – trzeba śpiewać jak najprościej, podporządkować się rytmowi, ustąpić pola pulsującym bitom i pauzom, które tworzą napięcie. Chylińska to potrafi, więcej – pokazuje, że umie śpiewać ładnie i subtelnie, choć nie jest ckliwa. Tu i ówdzie przebija się charakterystyczna chrypa, surowy ton. Wokalistka wiruje na parkiecie, ale nie straciła wyrazu. Na płycie jest rockowa energia, pazur i werwa, tylko wyrażona w zupełnie nowy sposób, dzięki innym instrumentom.

Całość do przeczytania tutaj.
W tekście pojawia się też kontrapunktowe stwierdzenie faktu: że inne, niegdyś wiodące i wyraziste popowe wokalistki, Steczkowska, Kayah, Kowalska, od dekad kręcą się w kółko. Co się stało z pazurem Steczkowskiej? Gdzie się podziały ambientowe zakusy Kayah? Rockowe zacięcie Kowalkiej? Nawet Nosowska się ostatnimi czasy – mam wrażenie – zapętla.
Rynek poszufladkował i wygładził wszystko, dlatego tak wdzięczny jestem dwóm wywrotówkom tego roku: Reni Jusis i Chylińskiej, które stać było na pokazanie dotychczasowej publiczności, że one wciąż szukają. Że się nie zasklepiły.
Ich nowe propozycje nie muszą mi się do końca podobać. Za to podoba mi się, że wciąż szukają.

W PRASIE: RZ – Śmierć piosenki pop


Justin żegna tradyjną piosenkę

Dzisiejsza Rzeczpospolita piórem Pauliny Wilk wyraża zaniepokojenie śmiercią melodii w muzyce pop, zredukowanej li tylko do niemal pierwotnego, gołego rytmu. Na szczęście wiemy, że jest też wciąż sporo prawdziwie śpiewających Artystów, ale zgodzimy się także, że coraz trudniej o nich w mainstreamie, lejącym się z anten muzycznych. Nawet ci, którzy do niedawna słynęli z muzykalności, podążając za trendami coraz bardziej się will.i.am-izują.
Za winnych tego zjawiska uznani zostali w pierwszej kolejności raperzy, a później producenci pokroju Timbalanda, którzy przykrajają muzykę do czasów głośniczków komputerowych, empetrójek i muzy puszczanej z komórek:

Piosenkę ma być dobrze słychać z głośnika komórki, by dwie nastolatki mogły umilić sobie przerwę w szkole. Rytm nie może ginąć w miejskim zgiełku, gdy ze słuchawkami w uszach czekamy na autobus. A refren nie dość, że wyraźny, to jeszcze powinien być skondensowany – by nadał się na dzwonek telefonu. Dźwięki uległy spłaszczeniu – dziś nagrywa się tak, by wyraźne pozostały dwa elementy: bit i głos.

Całość do przeczytania na stronie Rzeczpospolitej.