NON-SMILEY: Trump/Putin jokes by the Damian Alexander

Tym razem wyjątkowo anty-smiley, a przynajmniej bardziej na serio, w każdym razie jak na to miejsce, bo niezwykle rzadko wpuszczam na te łamy politykę (z założenia ten blog ma być raczej bardziej odskocznią).
Coraz rzadziej zdarza się jednak okazja do śmiechu, a jeśli już, to często jest to raczej śmiech gorzki, o ile nie przez łzy. Coraz mniej zabawnie robi się nie tylko na naszym podwórku, podziały i radykalizacja postaw postępują na Starym, Nowym i wszelkich innych kontynentach.

Zmagania osób LGBT+ w Polsce komplikuje dodatkowo świadomość, jak trudno w obecnych realiach społeczno-politycznych o autentycznych sojuszników, bo najczęściej nawet środowiska wspierające postulaty społeczności nieheteronormatywnej, traktują ją instrumentalnie, a w najlepszym wypadku – protekcjonalnie. Doświadczamy tego w kwestii „stref anty-LGBT+” czy wystawieniu w zbliżających się wyborach prezydenckich wyoutowanego kandydata, który stanowi obiekt ataków konserwatystów, ale paradoksalnie jednocześnie listek figowy przykrywający temat homofobii („no patrzcie, jak to dyskryminacja, przecież gej! na prezydenta!”).

Komiksowa rozprawka poniżej dotyka kwestii rozdźwięku pomiędzy deklarowaną nominalną życzliwością dla mniejszości, przy jednoczesnym całkowitym wyłączeniu lub ograniczeniu wyczulenia, co jej problemy tak de facto oznaczają. Przedstawicielom frakcji „otwartych” ale także tych z pozoru otwarcie sprzyjających wciąż od nowa odpowiadać trzeba na pytania, które – przynajmniej w wypadku tych drugich – w ogóle już nie powinny padać.

O głębokim niezrozumieniu powagi i determinacji tych postulatów łatwo można przekonać się, śledząc nitki dyskusyjne na twitterze czy fejsbuku, których przebiegi są tak powtarzalne, że coraz bardziej męczące i niewarte uwagi. Po co rozmawiać o tym teraz, najpierw zajmijmy się wspólnym przeciwnikiem, alternatywa jest tylko jedna, ciągle wam mało, gdzie ta wasza tolerancja, a tak w ogóle to „o co wam właściwie chodzi?”. Koniec końców ci, którym chce się jeszcze cokolwiek tłumaczyć i cierpliwie objaśniać i tak usłyszą od swoich „sojuszników”, że strzelają fochy i są nielepsi od faszystów.

Jak daleko w tej kwestii jesteśmy w tyle za merytoryką jakichkolwiek konstruktywnych rozmów, u jakich podstaw trzeba wciąż pracować, niech świadczy przykład, na którym skupia się Damian Alexander w swoim komiksie. Spróbowalibyśmy taką kwestię przybliżyć tęgim umysłom naszego Twittera, to by się dopiero działo:

Dlaczego robienie z Trumpa i Putina gejowskiej pary to nie jest dobry żart.

źródło: the nib.com

Przy tej okazji polecam też sam portal The Nib – to specyficzna przestrzeń, w której artyści-rysownicy w formie krótkich i obszerniejszych plansz komiksowych relacjonują i komentują bieżące wydarzenia i świat, także ten LGBT+.

Znajdą się tu obrazkowe artykuły o ważnych wydarzeniach (jak np. ostatnie pożary w Australii), typowe historyjki satyryczno-polityczne (demaskujemy agendę lgbt!, nierealistyczna czarnoskóra syrenka), ale też komiksowe teksty dziennikarskie, popularyzatorskie (queer na Bliskim Wschodzie, co było przed Stonewall), sylwetki znanych i mniej znanych postaci (wywiad z Alison Bechdel, Gad Beck: gej, Żyd, bojownik przeciw nazistom), czy wreszcie tekstów społecznych i felietonów (dorastanie jako gender queer, 4 artystów i ich rodziny queer, późny coming out).

Prace to często błyskotliwe artystycznie i żartobliwe, chociaż z uwagi na tematykę rzadziej zabawne. Na dzisiejszy nastrój w sam raz.

FLASHBACK: Stara Praga, Polaroid, Polityka, Belve, Raja, Mitchell, NPH, Robyn, The Killers, Wolf

[Post archiwalny, zawierający odnośniki i podlinkowane elementy, z których część nie jest już dostępna w sieci.]
zdjęcie tygodnia: miłosne igraszki dwóch panów na Pradze [źródło]


W ubiegłym tygodniu działo się na warszawskiej Pradze. Napierw Fakt opublikował relację z wydarzeń paradowej soboty, kiedy to w ramach rozgrzewki parze chłopców zebrało się na amory na dachu pewnego garażu. Ich zapał ostudziła dopiero policja, wezwana przez obserwującą ich przez okno panią Magdalenę (33), która jednak uprzednio starannie ich sfotografowała. Pocieszające, że zbulwersowała ją nadmierna wylewność pary, a nie jej jednopłciowość. Miała wyrozumiale powiedzieć: ja rozumiem, że miłość jest ślepa i w każdej chwili może nas dopaść. I jak wiadomo – nikogo nie wyklucza.

Zdecydowanie mniej zrozumienia dla gejów przejawił na fejsie admin profilu pewnej knajpki (2.200 znajomych), publikując status: Kawiarnia Stara Praga mówi krótko i pedofilia i homoseksualizm jest chorobą. Nie wmawiajcie, że jest inaczej. Sprawę podchwycił najpierw Fejsik.pl, a za nim Gazeta Wyborcza, na której pytania właściciel odpowiedział prostolinijnie: Pedały nie są u nas mile widziani, to choroba naszego społeczeństwa. Zło i chuj (swoją drogą dożyliśmy czasów, kiedy wulgaryzmów nie próbuje się już nawet kropkować). Dopiero po dwóch dniach zamieszania wyraził coś w rodzaju ubolewania, wpis usunięto, ale nie sądzimy by Tęczowe Oko Saurona popuściło – należy spodziewać się ciągu dalszego.

Oprócz śledzenia nastrojów na Pradze linkowaliśmy także m.in.:

Muzycznie zaś pokazaliśmy m.in. hymn Lady G. skompilowany z klasykiem pokręconego kina. Nie wiedzieć czemu, tak się nam chyba bardziej podoba:

Inne kawałki:

I na koniec wiadomość dzisiejsza, wsparta filmikiem krótkometrażowym: Patrick Wolf wraca w listopadzie do Polski.

Tym razem sobie nie podarujemy.

PORTFOLIO: Parada Równości 2011

[Post archiwalny, zawierający odnośniki i podlinkowane elementy, z których część nie jest już dostępna w sieci.]
zdjęcie tygodnia: Robert Biedroń na czele prozwiązkowego klina na Paradzie Równości

No i przeszła. Zainteresowanie mediów okazało się mniej niż żadne, czemu poniekąd trochę trudno się dziwić, bo od kiedy się na warszawskich paradach uspokoiło z zamieszkami (tym razem brunatne towarzystwo odśpiewało tylko swoje mantry na rozpoczęcie imprezy), przemarsze zaczęły przebiegać podobnie, co moze sprawiać wrażenie, że wszystko zostało już załatwione.

Jak impreza wyglądała od strony maszerujących, opisaliśmy w zbiorowej relacji Homików, Trzyczęściowego garnituru, Abiekta (pod tekstem u tego ostatniego arcyciekawe wypowiedzi!) oraz niżej podpisanego, który ostatecznie dał się rzecz jasna wrobić w niesienie różowego potwora przez całą Marszałkowską. Przedtem zdążyłem jednak pokursować nieco swoim zwyczajem pomiędzy oboma końcami parady, skrajnie odmiennymi. Dla ciekawych oraz potomności – całość tekstu po kliknięciu na ‚czytaj więcej’.


Jedyny póki co dowód na obecność queerpopa na Paradzie

Podsumowując:

In plus zaliczyć można organizatorom, że ostatecznie postawili na postulaty polityczne, jednocześnie dystansując się do dyrdymałów, które tradycyjnie trajkotali politycy z Komitetu Honorowego. Mam wrażenie, że wolta ta wymuszona została przez falę krytyki oraz rozmach, z jakim Miłość nie wyklucza wkroczyła ze swoimi postulatami, jednocząc pod białymi parasolkami osoby, które zwykle trudno posądzić o wspólne stanowisko. Płachtę z jednoznaczymi żądaniami nieśli przedstawiciele wszystkich frakcji działaczowskich. Chwała.

In minus – niska frekwencja, ostatnie platformy snuły się kompletnie bez publiczności. Część osób deklarowała absencję w związku z poczynaniami organizatorów, być może inna część nie przyszła z kolei obawiając się nadmiernego politykowania? Porażką okazał się rządek kilku bezbarwnych stoisk, buńczucznie zapowiadany jako ‚miasteczko równości’ – barwniej wypadł już nawet desant spod krzyża ds. walki z eurosodomą po drugiej stronie placu. Uczestników nie udało się przyciągnąć, nie dało się też zatrzymać. Także oficjalne afterparty Parady świeciło pustkami.

Rzecz jasna wszystko to nie przeszkodziło barwnemu pochodowi przejść radośnie przez miasto. Ze zdjęć, które pojawiły się niemal natychmiast na portalach i na fejsbuku zmontowaliśmy przekrojowe portfolio kilkudziesięciu wybranych. Dla tych co byli i nie byli. Mimo wszystko – jest czego żałować 🙂

Get the flash player here: http://www.adobe.com/flashplayer

http://www.db798.com/pictobrowser/swfobject.js var so = new SWFObject(„http://www.db798.com/pictobrowserp.swf”, „PictoBrowser”, „540”, „400”, „8”, „#CCDDBB”); so.addVariable(„source”, „album”); so.addVariable(„userName”, „timofieusz”); so.addVariable(„names”, „PortfolioParada2011”); so.addVariable(„albumId”, „5617292896701363569”); so.addVariable(„titles”, „off”); so.addVariable(„displayNotes”, „always”); so.addVariable(„thumbAutoHide”, „on”); so.addVariable(„imageSize”, „original”); so.addVariable(„vAlign”, „top”); so.addVariable(„vertOffset”, „0”); so.addVariable(„colorHexVar”, „CCDDBB”); so.addVariable(„initialScale”, „on”); so.addVariable(„bgAlpha”, „70”); so.write(„PictoBrowser110612161914”);
obejrzyj portfolio w większych rozmiarach. 

autorzy i źródła zdjęć: Agata Kubis (galeria FB), Radosław Cetra dla MNW (galeria FB), Bartosz Dominiak (galeria FB), Kuba Atys (Agencja Gazeta), Magda Dropek (galeria na IS)

PARADA RÓWNOŚCI 2011: ZABAWA I POLITYKA

Tegoroczna Parada Równości była szczególna pod kilkoma względami: jubileuszowa edycja odbyła się w atmosferze coraz intensywniejszej debaty o możliwości (dla niektórych: coraz bardziej oczywistej konieczności) wprowadzenia w Polsce instytucji związków partnerskich. Po raz pierwszy od kilku lat nie była firmowana przez krytykowaną w przeszłości Fundację Równości. Zawiązany do obsługi tegorocznej imprezy Komitet jeszcze przed imprezą zebrał cięgi za dalsze odpolitycznianie imprezy. Na szczęście grupa domagająca się wyartykułowania konkretnych postulatów okazała się silna, zwarta i gotowa, a organizatorzy wyciągnęli z krytyki stosowne wnioski.

Dla organizatorów akcji „Miłość nie wyklucza” Parada rozpoczęła się już o godzinie 12, gdy wraz z SPR i Lambdą Bydgoszcz zjawili się pod Sejmem i ustawili skromny kramik z darmowymi pinsami, pocztówkami, parasolami i transparentami kampanii. W ciągu pół godziny rozeszły się niemal wszystkie materiały, w tym ponad dwa tysiące ulotek dla wolontariuszy, którzy kolportowali je podczas imprezy. Oporniej brano transparenty-patykowce, ale i one w końcu znalazły opiekunów.

Jeszcze kilkanaście minut przed oficjalnym rozpoczęciem kolorowy tłumek nie imponował liczebnością… Niemal tradycyjnie już impreza rozpoczęła się ponad półgodzinnym opóźnieniem – platforma organizatorów była dekorowana na bieżąco, w tym czasie przybywali też kolejni uczestnicy i uczestniczki. Nieopodal, pod pomnikiem Polskiego Państwa Podziemnego, zebrali się narodowcy i neofaszyści w proteście przeciwko galopującej paneuropejskiej sodomii. Ich rytmiczne śpiewy niesione przez wiatr przypominały, że „prawdziwi Polacy” są blisko. Niestety, kolejne pieśni o czystości narodu urozmaicone zostały ciskaniem nie tylko jajek, ale także petard.

W rolę gospodarza platformy organizatorów wcielił się Łukasz Pałucki. Nieco opóźniony start przemarszu rozwlekły dodatkowo liczne acz zwięzłe przemówienia członków i członkiń Komitetu Honorowego imprezy, m.in. profesora Wiktora Osiatyńskiego, Ryszarda Kalisza i Janusza Palikota. Wszyscy podnosili znaczenie imprezy nie tylko dla praw LGBT, ale także dla podstawowych praw człowieka. Zdecydowanym zaskoczeniem dla wielu było odegranie z głośników hymnu narodowego, po którym Jacek Adler wygłosił manifest Parady.

O ile słowa o „tradycyjnej polskiej tolerancji” wywołały rozbawienie i okrzyki protestu, to ciąg dalszy znów zaskoczył. Jacek Adler podziękował za obecność przedstawicielom polskiej politycznej lewicy, by w następnym zdaniu wypomnieć im zaniechania wobec społeczności LGBT. Wezwał do jak najszybszego poparcia idei związków partnerskich, ale nie w obecnym kształcie (formę zawierania związku u notariusza określił jako „marne resztki z pańskiego stołu”). Zasugerował szersze konsultacje ze społecznością LGBT, a nie tylko wsłuchiwanie się w głos kilku osób. W ten sposób przyłączył się do nurtu krytykującego tak projekt ustawy w obecnym kształcie, jak i firmującą go Grupę Inicjatywną. W przeciwieństwie do bogoojczyźnianej, ta część przemówienia Adlera powitana została oklaskami.

Najbardziej przychylne reakcje wzbudziło przemówienie „tęczowego” burmistrza Guziała, który w swojej odezwie zwrócił się do narodowców, zachęcając ich, by w imię miłości przyłączyli się do tęczowego pochodu. Paradę oficjalnie otworzył jej historyczny twórca Szymon Niemiec, błogosławiąc uczestników i uczestniczki. Pokrzepiony hasłami „Polska jest tutaj” czy „Chrystus jest z nami” pochód wystartował.

Od początku obok platform, w większości w tym roku niemrawych i pustych (zdecydowanie najlepiej bawiła się czarna, tłumna, firmowana przez klub Glam), uwagę zwracały mniejsze i większe tęczowe flagi, drag queens i ich barwne stroje. Uwagę fotoreporterów przykuwały wielkie, niesione przez ochotników banery z żądaniem związków partnerskich, firmowane przez akcję „Miłość nie wyklucza”: znany z poprzedniej parady i marszów jedenastometrowy różowy gigant oraz nowy, ze zmodyfikowanym hasłem „Żądamy ustawy o związkach partnerskich (a nie spółki cywilnej)”.

Zaraz po starcie w wąską ulicę Piękną, gdzie do Parady dołączały kolejne wozy, tłum wymieszał się, rozdzielając banery, które jednak wkrótce – dyrygowane przez wprawnych przewodników – nieco „zorganizowały” maszerujących. Nowy baner podążał tuż za otwierającą Paradę platformą organizatorów, tworząc niejako drugie, „ludzkie” czoło marszu. Różowy gigant sunął kilkanaście metrów dalej, tuż białym transparentem „Whatever” Jej Perfekcyjności, rzeczniczki Parady, która znów zrobiła furorę, tym razem stylizacją na Marię Antoninę.

W Alejach Jerozolimskich okazało się, że banery ramię w ramię niosą przedstawiciele i przedstawicielki aż siedmiu organizacji LGBT – SPR, Otwartego Forum, KPH, Lambdy Bydgoszcz, Lambdy Warszawa, Trans-Fuzji i Fundacji Równości. Dopiero na Marszałkowskiej udało się zrealizować pierwotny plan i utworzyć z obu płacht trójkątny klin, u którego wierzchołka szedł Robert Biedroń. Mimo różnych koncepcji realizacyjnych hasło „Żądamy związków partnerskich” połączyło wszystkich i stało najbardziej widocznym postulatem Parady, nawet jeśli nie dla wszystkich znaczy to samo.

Oczywiście nie zabrakło innych transparentów i haseł, wśród których na uwagę i wyróżnienie zdecydowanie zasługują: „Nie, dupy nas nie bolą!” (nawiązanie do „słynnego hasła kontrmanifestantów „A dupy Was nie bolą?”), „Sami sobie chodźcie do notariusza!”, „W Unii żony, w Polsce przyjaciółki – ja długo jeszcze?” oraz „Jestem pedałem i mam obowiązki pedalskie”. Nie zabrakło też największej tęczowej flagi w Polsce przyniesionej przez Lambdę Warszawa. Wśród flag i płacht co chwila migały białe parasolki „Miłość nie wyklucza”. Atmosfera święta udzieliła się maszerującym, wśród których zwyczajowo już znaleźli się rodzice z dziećmi, spacerowicze ze zwierzakami, nie brakowało też męsko-męskich i damsko-damskich par idących za ręce. Jak zwykle też barwny pochód pozdrawiany był z okien, balkonów i zatrzymanych tramwajów – zwłaszcza na ostatnim odcinku nie brakowało gapiów. Entuzjazm gasł nieco na widok ogona Parady, w którym smętnie snuły się ostatnie cztery platformy, otoczone już nie paradowiczami, a szpalerem zamykających kolumnę policjantów.

Huczny korowód bez przeszkód i żwawym tempem dotarł na Plac Bankowy. Tam powitać go miało szumnie zapowiadane Miasteczko Równości, którym okazały się ustawione na skraju placu… cztery namiotowe stoiska: z męską bielizną, organizacją zwierzęcą, książkami Krytyki Politycznej oraz SLD. Piąte, palikotowe, dopiero niemrawo się rozstawiało. Z platformy organizatorów, zamiast muzyki, która mogłaby jeszcze przez chwilę zatrzymać rozgrzany tłum, popłynęły kolejne przemówienia zamykające imprezę, ale też studzące atmosferę. Większe transparenty i banery od razu się zwinęły, przemawiających z platformy mówców słuchało coraz mniej osób – po krótkim czasie oczekiwania na ciąg dalszy, który coraz bardziej się odwlekał, wielu i wiele wybrało emigrację z Placu, który już o wpół do piątej niemal opustoszał.

Tegoroczna Parada nie była niestety wydarzeniem na miarę EuroPride. Podobnie jak w roku ubiegłym zabrakło tłumów, które otoczyłyby wszystkie platformy. Kłuł w oczy brak zagranicznych gości (poza parokrotnie przywołanymi przedstawicielami organizacji LGBT z Białorusi) czy zorganizowanych grup i grupek, które w poprzednich latach zjeżdżały do Warszawy specjalnie na tę okazję. Dziwi też, że organizatorzy nie wygrali w większym stopniu jubileuszowego charakteru tegorocznego marszu – wszak Parada obchodziła w tym roku swoje dziesięciolecie. Cieszy natomiast, że – mimo początkowych zapowiedzi – nie zrezygnowano ostatecznie z postulatów stricte politycznych; nie odebrało to nikomu okazji do zabawy, a radykalizm postulatów dodał dodatkowego smaczku. Szczęśliwie okazało się, że jedno wcale nie wyklucza drugiego. 

Warszawska Parada Równości to zawsze duże wydarzenie – zarówno pod względem medialnym jak i ludzkim. Żadna z manifestacji LGBT nie przyciąga tylu uczestników i uczestniczek. Z tego też powodu chyba nie jest możliwe, by jedna osoba opisała co się działo podczas Parady. Dlatego nasza relacja napisana została przez cztery osoby – różne perspektywy, choć wydarzenie jedno.

Wojciech Szot, Marcin Pietras, Ewa Tomaszewicz, Uschi Pawlik

Parada (Nie)Równości

DQ Żaklina na plakacie tegorocznej imprezy, skierowanym ponoć do społeczności gej-les, a nie do heteryków

Jako blog kulturalno-rozrywkowy staramy się nie ruszać tematów działaczowsko-politycznych, bo to kompletnie nie nasza bajka. Jednak kwestii sztandarowej imprezy środowiskowej w tym kraju nie da się zmilczeć. Nie widzimy powodu choćby jednym słowem komentować zamieszania wokół nie-wiadomo-do-kogo właściwie skierowanego plakatu tegorocznej Parady (powyżej). Nie śledzimy doniesień tegorocznej tuby tego wydarzenia, na jaką namaścił się Gaylife (powtarzamy za red. Adlerem, bo nawet nie mamy tam konta).

Potem jednak czytamy u Abiekta zaciągniętą stamtąd właśnie świeżą wypowiedź Rzeczniczki Parady, jak poniżej:

Celem Parady Równości jest świętowanie i promowanie otwartości, tolerancji i równości. Na pewno nie jest nim walka o związki partnerskie – choć wiele osób idzie właśnie dlatego – tym, co nas zbiera 11 czerwca 2011 jest umiłowanie do tych trzech wartości a nie cel polityczny. W samym nawet Komitecie Organizacyjnym są osoby, które związkom są przeciwne, ale wspierają nadal te trzy wartości i dlatego idą w Paradzie Równości.

Co na ten temat myślą gorące działaczowskie głowy, przeczytacie jak zwykle na fejsie, u Abiekta oraz Ewy. Nas bardziej frapuje bezwład logiczny powyższej wypowiedzi, konstrukcja na miarę słynnego niegdyś kalamburu: ‚czym się różni wróbelek? tym, że ma jedną nóżkę bardziej’. Tyle że niestety, górnolotne wygibasy Jej Pefekcyjności nie są ani trochę zabawne.

Świętowanie? Czego? Ładnej pogody (w końcu to czerwiec)? Czterech jedynek w dacie? Bo chyba raczej nie powszechnej tolerancji wobec osób LGBT, która niepostrzeżenie nastała gdzieś za ich plecami (a może coś przegapiliśmy)? Ale skoro już równość, to wobec kogo? Pana Zenka z warzywniaka? Dalaj Lamy? ONRu i psów rasowych (które też mają w Stolicy swoją paradę)? Bo przecież nie wobec siebie nawzajem, skoro trzeba tak wymownie podkreślać, jak bardzo nie zgadzamy się ze swoimi punktami widzenia.

Sugestia, że oto Organizatorom Parady przyświecają wyższe wartości, w imię których wezmą udział w imprezie, zniżając się do poziomu plebsu (przyznano: licznego), co to tylko przyziemnie o związkach i dyskryminacji, jest zwyczajnie chamska. Otwartym tekstem to idzie mniej więcej tak: „co z tego, że wielu z was tego chce, skoro my tego nie chcemy”.

Może warto uświadomić Pani Rzecznik, że jest właśnie dokładnie odwrotnie, niż sobie wykombinowała, co zresztą wynika z prostych zasad logiki: skoro wielu uczestników marszu idzie z powodu poparcia dla idei związków parterskich to owszem, właśnie poprzez fakt ich licznego udziału, ta idea staje się jednym z celów Parady. Niezręcznie też przypominać tak oczywistą oczywistość ale wysoko przez nią podnoszona idea Równości (a co dopiero jej promocja) jest polityczna sama w sobie. Chyba że traktuje się ją tylko jako chwytliwe acz wytarte i puste hasło z plakatu.

Zostaje jeszcze trzecia „umiłowana wartość” Komitetu: otwartość. Ale akurat jej w tym momencie całkiem zabrakło. Otwarty komunikat brzmiałby z grubsza: „wiemy, że różnimy się postulatami, jedni mają radykalne, inni zgoła żadne, ale ten dzień jest właśnie po to, żebyśmy poszli wszyscy razem” (zauważmy, że w ten sposób nie zniechęcamy ani zwolenników hucznej zabawy, ani politycznej rozróby). Tymczasem czytamy coś w guście: „zupełnie nam te wasze wywrotowe wymysły nie pasują, ale nie zepsujecie nam tego dnia, pójdziemy i tak”. To brzmi dobrze, ale jako argument skierowany do kontrmanifestacji Młodzieży Wszechpolskiej, a nie uczestników własnego pochodu.

Rzeczniczka Prasowa i jej Wypasiony Komitet Przedwyboczy powinni się jeszcze porządnie poduczyć, na początek może przynajmniej podstawowych zasad dobrego PRu, żeby nie zrażać protekcyjnym tonem ludzi, z którymi chce się promować równość i tolerancję. Wygadanie i samoobwołanie się Czyją-to-nie-bądź Perfekcyjnością niestety nie wystarczą, żeby zamaskować impertynencję.

NEWS DNIA: Nagłówki jajkiem pisane


Przepis na nieudany plakat renomowanego wydarzenia gejowsko-lesbijskiego w stolicy dużego kraju środkowoeuropejskiego:

  1. wziąć niedoświetloną, szaro-błękitną fotkę Pałacu Kultury, zrobioną spod śmietników przy Rotundzie PKO, utrzymaną w estetyce pocztówek z późnych lat siedemdziesiątych;
  2. na tak spreparowanym, szaroburym tle umieścić w warunkach studyjnych troje modeli, prezentujących (i reprezentujących) typy od czapy, które nikomu z niczym się nie skojarzą, a już na pewno nie z gejami i lesbijkami (sory, ale nagi tors nie uprawomacnia każdej imrezy jako pedalskiej);
  3. w świadomości braku jasnego przekazu do grupy docelowej śmignąć dodatkowo po niebie tęczowymi torpedami; 
  4. sięgnąć po fikuśnie prowokacyjne hasło, nie przystające ostrością do niczego, co powyżej, za to w reakcji przeciwników akcji gwarantujące, że przychodząc na imprezę adresaci komunikatu akurat będą mieli się czego obawiać;
  5. nie zapomnieć o zareklamowaniu przy okazji komercyjnych imprez, które zapewne całość sfinansowały, dekomponując przy tym dodatkowo kompozycję obrzydliwą fioletową czcionką rodem z imprez metalowych, która – jak wszystko – nie przystaje do całości;
  6. uprzedzić dezaprobatę niehomoseksualnej większości społeczeństwa i w pojednawczym geście wyręczyć furiatów od rękoczynów  poprzez wkomponowanie a priori w dzieło rozbitego jajka, które przynajmniej nie zasłoni żadnej z kluczowych informacji;
  7. brak spójności powyższej koncepcji oraz pojęcia, jak zostanie odebrana, podkreślić nietrafioną inauguracją dzieła, w postaci niemrawego happeningu z udziałem kilku znanych osób, najlepiej w budynku jakiejś szacownej instytucji.

Fundacja Równości w ostatnich latach jak nie Palikotem nas zdzieli, to jajkiem. O kontekście politycznym rzucania nabiałem poczytacie dość u osób, które obnażyły miałkość tej koncepcji tu i tu. Mnie osobiście powala bezpłciowość strony koncepcyjnej i estetycznej.
Co to za przebierańcy na tym plakacie, i kogo właściwie mają uosabiać? Pióra z tego co wiem na paradach nosi się w tyłku, nie na głowie. Państwo z lewej gibają biodrami z wdziękiem studyjnych modeli, maturzysta nie tylko się nie lęka, ale najwyraźniej w ogóle niewiele myśli.
Do tego papieskie hasło. Pomijając, jak zostanie odebrane w kontekście ‚marszu europederastów’: jak ten plakat ma zachęcić kogokolwiek do czegokolwiek, skoro brak lęku wyrażać mają na nim trzy osoby upozowane w kompletnie pustej przestrzeni, w kontekstualnej próżni?
Hasło pod tym plakatem powinno brzmieć chyba: dziw nad dziwy, przyjeżdżajcie do Warszawy, jedynej europejskiej stolicy, w której w ogóle nie ma ludzi ani samochodów, ani w ogóle niczego, bo samolotowe desanty codzień rano rozpylają w jego centrum wielobarwną mieszankę toksycznych odpadów radioaktywnych.
Ale najlepsze na koniec: jajko. Jakie to dowcipne od razu umieścić je na plakacie, bo i tak przecież obrzucą. W dodatku pozbawione wyjaśnienia (jak choćby wczoraj w Muzeum), żółtko rozmazuje się brzydko po grafice nie tylko estetycznie, ale także jako metafora. Nie zostało niestety opatrzone opisem: „ostatnie jajko rzucone w pedała w tym kraju” (co zresztą byłoby ewidentną nieprawdą). Co z tego zrozumieć mają zwykli przechodnie, nie czytający doniesień prasowych, o cudzoziemcach już nie wspominając? Czy atutem dobrego plakatu eventowego nie jest prosty przekaz, nawiązanie do imprezy i zachęcenie do niej?
Krótko mówiąc: ani to nie wygląda, bo misz-masz bez wyrazu; ani nie przemawia, bo skierowane do nikogo. W kilku miejscach pomyślano o dużo za dużo, za to brakuje myśli tam, gdzie być powinna: u podstaw. Czy muszę komentować, że organizatorzy tegorocznego Europride zarzekają się, że nie widzieli wcześniej ‚dzieła’, które ma być wizytówką ich (w dużej mierze jednak i dla wielu – komercyjnego) przedsięwzięcia?

NEWS DNIA: Fopa Eltona


foto – źródło: wiadomości24.pl

Dziwnie niewielki odzew w mediach znalazł ubiegłotygodniowy koncert Sir Eltona Johna w Warszawie. Pewnie dlatego, że odbył się podczas ulewy, i wprawdzie wszyscy dziennikarze zgodnie twierdzą, że nikomu to nie przeszkadzało, ale wygląda, jakby sami zmyli się po pięciu minutach, bo wszystkie dzienniki drukują relację w równie bezosobowym stylu notki prasowej (vide chociażby Dziennik czy Życie Warszawy).
Tymczasem muzyk zrobił sobie małą przerwę w trasie, by w sobotę, na Hawajach, uświetnić swym występem wesele, i to nie byle kogo, bo najbardziej słuchalnego radiowca w USA, Rusha Limbaugha, kilkakrotnego zdobywcy tytułu Radiowej Osobowości Roku.
Kłopot w tym, że Rush należy do ostoi i piewców konserwatyzmu, za co także był wielokrotnie (przez konserwatystów) uznawany. Do leitmotiwów jego światopoglądu należą m.in. krytyka feminizmu (spopularyzował słowo „feminazi”), teorii globalnego ocieplenia, imigracji, podkopywania idei wojskowości (bagatelizował odkryte przypadki torturowania irackich jeńców w Abu Dabi). Popiera za to karę śmierci i z niecierpliwością wyczekuje upadku idei liberalizmu.
Nie trzeba więc chyba dodawać, jaki ma stosunek do gejów w ogóle, a do idei zawierania przez nich związków w szczególności. Branżowe portale piszą o wtopie na poziomie występu na gali Grammy w 2001 r. ze z znanym z homofobicznych tekstów Eminemem, w dodatku w charakterze kwiatka do kożucha:

O ile w przypadku ‚króla rapu’ obu artystów najwyraźniej połączyła (być może niełatwa) prawdziwa męska przyjaźń, to w przypadku Limbaugha motywacja do występu wydaje się bardziej prozaiczna: honorarium w wysokości 1.000.000 dolarów.
Niby wiadomo, Elton już na pieniądze lecieć nie musi. Ale na waciki albo kilka aranżacji kwiatowych do domu wystarczy i póki co przyjmujemy takie wyjaśnienie. A gdyby ktoś był ciekaw: Rush, ostoja amerykańskiego konserwatyzmu i wartości rodzinnych, wstąpił w związek małżeński po raz… czwarty, z panią młodszą o 20 lat. Co starcza za całą puentę…

CLIP DNIA: Eurythmics – King and Queen of America

Dziś sentymentalnie…
Wojciech Orliński przywołał w swojej notce jeden z moich najulubieńciejszych przebojów Eurythmics, z jednym, z ich najgenialniejszych teledysków:

Podobno gniewne telefony od słuchaczy sprawiły, że piosenki nie chcieli puszczać w amerykańskim radiu. Istotnie, jej tekst to złośliwa kpina z Amerykańskiego Stylu Życia. Podmiotem lirycznym narracji jest para władców Ameryki. Tekst nie precyzuje tego, kim są – w teledysku Dave Stewart i Annie Lennox pokazani są m.in. jako Elvis i Marylin, Ronald i Nancy, Sportowiec i Czirliderka, Playboy i Króliczek a nawet Wojciech Pijanowski i Magda „Pocałuj Pana”. Wytęż wzrok i zauważ parę, która nie pasuje do tego zestawu. Oczywiście, są to Przeciętny Amerykanin i Przeciętna Amerykanka – pokazani akurat w momencie, w którym Przeciętnemu Amerykanowi odpala pikawa od przepracowania utrzymywaniem tego całego domu wariatów. To są właśnie ci frajerzy, o których zbiorowy podmiot liryczny mówi w tej pięknej linijce, „we’re the all-time winners in the all-time losers game”.

W zasadzie nic dodać, nic ująć. Ja jednak – a jakże – dorzucę: znamienne, że w wydanym niedawno zestawie największych hitów pary Lennox + Stewart pod znamiennym tytułem The Ultimate Collection brakuje nie tylko tej piosenki, ale w ogóle jakichkolwiek z płyty We Too Are One. To dziwi na zestawie dvd, bo wszystkie single z tego krążka okraszone były wyjątkowo pięknymi clipami a Annie wyglądała olśniewająco, co można sprawdzić tu i tu. Na datowanej o dobre kilkanaście lat wcześniej Greatest Hits podobnych problemów nie stawierdzono…
Ot, dziwne ścieżki biznesu.

GOSSIP BOY, Week 9: RuPaul, Madonna, Doherty, Prop8

  • Wokół outingów, w tym tygodniu:
    Jakby mało było sensacji, Amy Whinehouse podejrzana została o lesbijskie ciągoty do obcych kobiet.
    Z kolei wokalista Babyshambles, Pete Doherty, próbuje chyba przekazać coś światu pocałunkiem piłkarzy w swoim najnowszym teledysku, który nie dziwi tak wobec zdjęć, do jakich pozował w przeszłości (patrz powyżej).
    Także zdjęcia (w dragu i bez) zdradziły kolejnego finalistę amerykańskiego Idola.
    Cycatka Wszechczasów, Dolly Parton, tłumaczy się w CNN, że nie jest lesbijką.
    Hugh Jackman się nie tłumaczy, za niego mówi żona
  • RuPaul idzie jak burza, zamiatając wszystkich swoimi perukami: najnowszy singiel króluje na iTunes i Billboardzie, a Drag’s Race jest nawiększym hitem Logo! w historii stacji. Do jednego z kawałków powstał też quasi-teledysk, relacjonujący przebieg nowojorskich prostestów przeciw Prop 8.
  • W tym samym szczytnym celu z udziałem celebrytów pokroju Cyndi Lauper, Marc Shaiman czy Jane Fonda, na Brodwayu odbył się Defying Inequality Brodway Concert, w trakcie którego na żywo zreinscenizowany został słynny musicalowy numer, Prop 8.
  • W najnowszym teledysku Jamiego Foxxa pojawiło się gościnnie stadko uznanych aktorów, ze słodkim Jackiem Gyllenhallem na czele. Powiada się także, że wystąpi niedługo w remake’u musicalu Damn Jankees z lat 60., w którym przyjdzie mu skakać do klasycznych choregorafii Boba Fosse u boku Jima Carreya. Czy taki duet obsadowy ma coś wspólnego z faktem, że obaj zagrali niedawno gejów…?
  • A propos musicali: po co zwlekać z przeniesieniem na scenę dopiero co obsypanego Oskarami Milionera z ulicy?
  • Madonna to ma dobrze, nie ma dnia, żeby coś o niej nie napisali.
    Spędza zimowe wieczory w ramionach chłopca, tak gorącego, że nawet szalika nie musi nosić. Cyndi broni związku, słusznie odwracając proporcje pytaniem, ilu starych capów obnasza się z nieletnimi panienkami.
    Z kolei Tony Ward przypomina mimochodem wspólne fotki z Madge sprzed osiemnastu lat.
    Łyżką dziegciu stały się doniesienia o nastrojach Guy’a Ritchie wobec małżonki.
  • Pete Wentz ma wizje Johnny Deppa oraz śmierci z rąk mordercy, w związku z czym nie otwiera nikomu drzwi.
  • Povia jednak zaśpiewał w San Remo, że Luca był gejem. 14 milionów widzów oniemiało już wcześniej, po wypowiedziach Begnigniego.
  • To nie jest Antony Hegarty ani daleka kuzynka Liz Taylor.
    To aktualne zdjęcie wokalisty The Cure.

HIT DNIA: Barack O. – If You Voted For Me


No, oczywiście prez nie śpiewa osobiście, ale nazwisko O. dobrze wygląda w nagłówku 😀
Polityczny tydzień kończymy nieco bardziej lightowo. Przeróbka najpowszechniej chyba ostatnio przerabianego teledysku na świecie, Single Ladies (pisaliśmy już o tym tutaj). Pan nazywa się Alphacat, jest – a jakże – komikiem, i ma więcej Obamy, ale nie tylko 😀

http://youtube.com/v/8PqI12R8YNU

A nas nie po raz pierwszy nachodzi refleksja na temat jakości życia politycznego w różnych krajach. Widzicie, żeby w Polsce uchowała się parodia tego rodzaju na temat prezydenta? Nie mówiąc już o audycjach telewizyjnych, w których przeciwnicy do fotela baraszkują ze sobą w łóżku do największego niegdyś hitu Rihanny? Że o błękitnym wibratorze z wizerunkiem prezydenta nie wspomnimy. U nas zresztą skończyłoby się zapewne na kulkach analnych, bo nasi wielcy w polityce są raczej wielcy wokół, z reguły…

NEWS DNIA: Giuseppe Povia – artysta wyleczony

Eurowizja niech się schowa. Impreza z półwiecznymi tradycjami, której nigdy nie podejrzewalibyśmy o tak głęboki, skłaniający do refleksji, charakter, doprowadziła w tym tygodniu do publicznego przesilenia we Włoszech. Do bólu kiczowaty i bezdennie nudny festiwal San Remo pod egidą państwowej telewizji RAI1, wzbudził podczas tegorocznych eliminacji prawdziwą dyskusję społeczną, a to za sprawą piosenci Luca Era Gay (czyli Luca był gejem).

Wyoutowani politycy, europarlamentarzyści oraz organizacje LGBT ruszyły do masowych protestów, gdy okazało się, że muzyczna propozycja Giuseppe Povii opowiada o cudzie uleczenia z homoseksualizmu. W następnej kolejności okazało się, że ponoć chodzi o pedofilię, na którą lekarstwem jest prawdziwa miłość (ponoć rzecz autobiograficzna samego artysty).


Giuseppe Povia: „Miłość jest lekarstwem”. Ale na co?

Kij utkwił jednak w mrowisku głęboko, info o piosence zniknęło ze strony festiwalu, samego utworu nie sposób nigdzie znaleźć (na youtube dostępna jest jedynie parodia). QueerTunes dokopały się do tekstu, ale jako że we włoskim nieuczone, mogą co najwyżej prosić o pomoc 😀

A w Polsce – co nikogo nie dziwi – Rzepa z właściwym sobie upodobaniem do tropienia pedalskich afer, całą sprawę bardzo sprawnie podsumowuje.

My na osłodę zapraszamy do obejrzenia wcześniejszego teledysku Povii, rojącego się od pluszowych zwierzaczków.