PRASA: Chylińska wyważyła drzwi

Tak zwana „kwestia Chylińskiej” wciąż rozgrzewa stołowe dyskusje do czerwoności. Ja coraz bardziej utwierdzam się w oglądzie, który swego czasu zaprezentowała Paulina Wilk na łamach Rzeczpospolitej:

Radykalny ruch Chylińskiej może dobrze wpłynąć na cały polski pop. Wysadziła w powietrze stare przyzwyczajenia i pokazała, że istotą współczesnej w muzyki jest dynamika: łączenie gatunków, uciekanie od kategoryzacji, przekraczanie granic. Jej przeskok w klubowe rytmy byłby tylko manifestacją, gdyby nie fakt, że wywiązała się z najważniejszego zadania – nagrała bardzo dobry album. Zdała test wokalny (…) w muzyce klubowej nie ma miejsca na piosenkarską pychę. Jest dyscyplina – trzeba śpiewać jak najprościej, podporządkować się rytmowi, ustąpić pola pulsującym bitom i pauzom, które tworzą napięcie. Chylińska to potrafi, więcej – pokazuje, że umie śpiewać ładnie i subtelnie, choć nie jest ckliwa. Tu i ówdzie przebija się charakterystyczna chrypa, surowy ton. Wokalistka wiruje na parkiecie, ale nie straciła wyrazu. Na płycie jest rockowa energia, pazur i werwa, tylko wyrażona w zupełnie nowy sposób, dzięki innym instrumentom.

Całość do przeczytania tutaj.
W tekście pojawia się też kontrapunktowe stwierdzenie faktu: że inne, niegdyś wiodące i wyraziste popowe wokalistki, Steczkowska, Kayah, Kowalska, od dekad kręcą się w kółko. Co się stało z pazurem Steczkowskiej? Gdzie się podziały ambientowe zakusy Kayah? Rockowe zacięcie Kowalkiej? Nawet Nosowska się ostatnimi czasy – mam wrażenie – zapętla.
Rynek poszufladkował i wygładził wszystko, dlatego tak wdzięczny jestem dwóm wywrotówkom tego roku: Reni Jusis i Chylińskiej, które stać było na pokazanie dotychczasowej publiczności, że one wciąż szukają. Że się nie zasklepiły.
Ich nowe propozycje nie muszą mi się do końca podobać. Za to podoba mi się, że wciąż szukają.

PRASA: Newsweek – Muzeum Narodowe spenetrowane

tekst opublikowany na innastrona.pl. zobacz ocenę i komentarze >>>

Zapewne z okazji Święta Narodowego obudził się kolejny bulwersant, przerażony reinterpretowaniem Kultury i zawłaszczaniem jej przez homosiów (tu ukłon w stronę Janusza K.-M.). Kto jeszcze nie wie, przypominamy: Muzeum Narodowe w Warszawie zamierza rękoma dr. Pawła Leszkowicza* przeczesać swoje zbiory i latem przyszłego roku powyciągać na światło dzienne dzieła o potencjale homoseksualnym. Wszelkie egzemplifikacje, podteksty, motywy oraz motywacje – mile widziane, zwłaszcza około Europarady 2010 – marketingowo ruch iście imponujący.

Mile widziane rzecz jasna nie dla wszystkich, już dzień po zaanonsowaniu wystawy odbrzdąknęły coś nożyce czyjegoś dziennika (nie, nie podlinkujemy do nich :D), posypały się lamenty i Skargi (tu nie podlinkujemy tym bardziej). Oto jednak po miesiącu odezwał się głos głębszy – pretekstem do obszernej wypowiedzi stał się zapewne mail od muzealników, przybliżający ideę wystawy. W odpowiedzi na te idee, Newsweek odpowiada piórem Szymona Hołowni:

Doktor Leszkowicz ma niezwykłą wrażliwość, która pozwala mu widzieć geja nawet tam, gdzie inny widzi drzewo, ptaka, kamień. Oto Dawid i Goliat. Opowieść o słabszym, który sprytem pokonuje silniejszego? A może dwóch gejów, którzy brzydko się bawili, no i jeden stracił głowę? Czytam doktora Leszkowicza i zachodzę w głowę: gdzie ja miałem oczy? Skoro święty Sebastian przeszyty strzałami to penetrowane męskie ciało, zrobię wystawę o fetyszystach (patron: męczony na rozpalonej kracie św. Wawrzyniec Diakon). Święty Franciszek, u którego stóp maluje się na obrazach czaszkę, otworzy nam biennale nekrofilów. Święty Błażej? Mmm, lubieżne ciarki już chodzą po krzyżu. W jego święto w kościołach gardeł wiernych dotyka się dwiema świecami…

Hołownia strzela na oślep, przeciwstawiając nadmiernie skupionym na swej seksualności gejom ludzi poczciwych, którzy nie mieli czasu na zgłębianie pederastycznych obsesji, bo zajęci byli studiowaniem Matejki i Caravaggia – nie wiadomo w czym to się wyklucza, a przykład Caravaggia jest akurat więcej niż chybiony 😀

O wiele zabawniej robi się, gdy w zacytowanym fragmencie zestawia gejów – a jakże – z nekrofilami. Jak widać, jedna koza wiosny nie czyni. Co ma na myśli pisząc o ‚akcie lesbijskim w temperaturze jajecznej’ – doprawdy, trudno zgadnąć.

czytaj dalej na innastrona.pl

* kropka po skrócie dr tym razem i póki co jak najbardziej uzasadniona 😀

W PRASIE: Palec Madonnie w walec

W poniedziałek polska prasa wciąż o koncercie.
Niezależnie od skali entuzjazmu, wszyscy podkreślają niejaką bezduszność scenicznej machiny. Najkrytyczniejsze w tym względzie okazało się chyba Życie Warszawy:

Najboleśniejszy był jednak deficyt żywiołowości, niewykalkulowanego zaangażowania, czegoś, co wyznaczyłoby granicę miedzy artystą a produktem. Cóż z tego, że na bemowskim lotnisku pojawiło się 80 tysięcy ludzi, skoro ich sznur ciągnął do wyjścia jeszcze podczas trwania utworu „Give It 2 Me”. Widzowie – znając program widowiska z Internetu – wiedzieli, że na bisy nie ma co liczyć. I bez specjalnego skrępowania pokazali Madonnie plecy.

Jednocześnie wszyscy też nadmieniają: to właśnie polskim fanom udało się na chwilę wsadzić serducha w tryby i zatrzymać walec. Wydarzenie poprzez relację Associated Press przebiło się m.in. do serwisu BBC, a zapis z machania i śpiewów wylądowała na oficjalnej stronie Królowej Pop. Wyborcza kwituje:

Można jej wierzyć albo traktować te słowa jak jeszcze jeden element gry, którą prowadzi z fanami. Ale już sam fakt, że na chwilę role się odmieniły i że to nie Madonna, ale jej polscy fani przez moment byli gwiazdą tego koncertu, sprawia, że jej warszawski występ był wyjątkowy.

Nie bylibyśmy pewni i tego.
Na innych koncertach po wykonaniu You Must Love Me, Madonna wręcz tonęła we łzach. Zapewne równie spontanicznych.

W PRASIE: I po Madonnie…

I po wielkim wydarzeniu.
Więcej na temat Szalonej Nocy wieczorkiem, póki co, linkujemy do relacji, która chyba trafiła w nasze odczucia najdobitniej.
Jak pisze dzisiaj Interia:

Publiczność nie została porwana tym koncertem, tłum nie falował, nie tańczył, nie oddawał się emocjom. Jedynie utwory „Holiday”, „Miles Away”, „Like A Prayer” i „Ray Of Light” były w stanie wyrwać publikę z marazmu, ale nawet w trakcie wspomnianego „Ray Of Light” zapału starczyło na połowę piosenki. Przedziwnie wyglądało z trybun kilkaset metrów mnóstwa nieruchomych postaci na koncercie pełnym przebojów.

Całość do przeczytania tutaj.

W PRASIE: RZ – Śmierć piosenki pop


Justin żegna tradyjną piosenkę

Dzisiejsza Rzeczpospolita piórem Pauliny Wilk wyraża zaniepokojenie śmiercią melodii w muzyce pop, zredukowanej li tylko do niemal pierwotnego, gołego rytmu. Na szczęście wiemy, że jest też wciąż sporo prawdziwie śpiewających Artystów, ale zgodzimy się także, że coraz trudniej o nich w mainstreamie, lejącym się z anten muzycznych. Nawet ci, którzy do niedawna słynęli z muzykalności, podążając za trendami coraz bardziej się will.i.am-izują.
Za winnych tego zjawiska uznani zostali w pierwszej kolejności raperzy, a później producenci pokroju Timbalanda, którzy przykrajają muzykę do czasów głośniczków komputerowych, empetrójek i muzy puszczanej z komórek:

Piosenkę ma być dobrze słychać z głośnika komórki, by dwie nastolatki mogły umilić sobie przerwę w szkole. Rytm nie może ginąć w miejskim zgiełku, gdy ze słuchawkami w uszach czekamy na autobus. A refren nie dość, że wyraźny, to jeszcze powinien być skondensowany – by nadał się na dzwonek telefonu. Dźwięki uległy spłaszczeniu – dziś nagrywa się tak, by wyraźne pozostały dwa elementy: bit i głos.

Całość do przeczytania na stronie Rzeczpospolitej.

NEWS DNIA: Giuseppe Povia – artysta wyleczony

Eurowizja niech się schowa. Impreza z półwiecznymi tradycjami, której nigdy nie podejrzewalibyśmy o tak głęboki, skłaniający do refleksji, charakter, doprowadziła w tym tygodniu do publicznego przesilenia we Włoszech. Do bólu kiczowaty i bezdennie nudny festiwal San Remo pod egidą państwowej telewizji RAI1, wzbudził podczas tegorocznych eliminacji prawdziwą dyskusję społeczną, a to za sprawą piosenci Luca Era Gay (czyli Luca był gejem).

Wyoutowani politycy, europarlamentarzyści oraz organizacje LGBT ruszyły do masowych protestów, gdy okazało się, że muzyczna propozycja Giuseppe Povii opowiada o cudzie uleczenia z homoseksualizmu. W następnej kolejności okazało się, że ponoć chodzi o pedofilię, na którą lekarstwem jest prawdziwa miłość (ponoć rzecz autobiograficzna samego artysty).


Giuseppe Povia: „Miłość jest lekarstwem”. Ale na co?

Kij utkwił jednak w mrowisku głęboko, info o piosence zniknęło ze strony festiwalu, samego utworu nie sposób nigdzie znaleźć (na youtube dostępna jest jedynie parodia). QueerTunes dokopały się do tekstu, ale jako że we włoskim nieuczone, mogą co najwyżej prosić o pomoc 😀

A w Polsce – co nikogo nie dziwi – Rzepa z właściwym sobie upodobaniem do tropienia pedalskich afer, całą sprawę bardzo sprawnie podsumowuje.

My na osłodę zapraszamy do obejrzenia wcześniejszego teledysku Povii, rojącego się od pluszowych zwierzaczków.

FOTO DNIA: Gary Barlow dla iD-Magazine


Jako młodzieniec i – de facto – wokalny frontman Take That, na tle Robbiego i zgrai wyglądał klocowato, a co najmniej kwadratowo. Z biegiem czasu przybierał tu i ówdzie, i potrafił zaokrąglać się tak albo nawet tak.

Ale dojrzał z godnością, wziął się chyba za siebie, i dekadę później wrócił z zespołem i z brodą na tyle skutecznie, że nawet sflaczały twórczo Williams złamał się, i chce mimo wcześniejszych buńczucznych zapowiedzi dołączyć. Chociaż pod koniec roku znów mu się jakby odwidziało

A sam Gary (rocznik 1970) pozuje z okazji ostatnich sukcesów dla kolorowych magazynów. Bez koszuli i bez wstydu. I chyba bez zbędnych – a w każdym razie: nadmiernych – interwencji fotoszopa.

Oh-my-gaygod! Nagi Harry!


Daniel Radcliffe skacze za Ocean: po sukcesie Equusa w Londynie, przyszedł czas na mekkę teatralną – Broadway. Mocne wejście już zapewnił sobie wywiadem dla Vogue (numer wrześniowy), wsparte zdjęciami mistrzyni Portretów Gwiazd, Annie Leibovitz.
Że przy tym znów pokazał się nago, tym razem w pełni wykształconego, męskiego już ciała, dając pełną satysfakcję wielbicielom zgrabnych ud? Tym lepiej. Skan zdjęcia, fatalnej zresztą jakości, bowiem najciekawsze fotki z reguły rozwalone są na dwie strony i okropnie się skanują, obiegły już wszystkie danielowe, a za nimi pedalskie blogi.
Jak widać, Queerpop.pl w tym wypadku postanowił się nie wyłamywać…

Torebki w ruch, odsłona 372.

Echa parady opadły ostatecznie, to się nam i równościowa solidarność skończyła.
Jeśli w piątek, trzynastego, zastanawiano się jeszcze w troskliwej zadumie nad przyszłością polskiego ruchu LGBT, wspólnym frontem, celami, postulatami i różnymi wzniosłymi pojęciami, które nam przyświecają, to uprzejmie donoszę, że wszystko po staremu – nadal najważniejsze jest, co w trakcie tejże dyskusji Pani B. powiedziała o Pani N., a co skwapliwie skomentuje na swoim portalu Pani A.
Tylko że teraz można okładać się na medialnie masową skalę przy pomocy Rzepy, która na szczęście już jakiś czas temu zmieniła format na poręczniejszy, i łatwiej się w rulon daje zwinąć.