VINTAGE CORNER: Freddie’s Drag Ball

vintage_freddy_06.jpg

Po dekadzie produkcyjnych zawirowań, bólach odejść i zmian koncepcji, Bohemian Rhapsody wreszcie trafia na ekrany kin. Nie jest tak źle, jak się niektórzy obawiali, ale też pierwsze recenzje potwierdzają, że jednak lepiej by było, gdyby zrealizowano film dla dorosłych, bliżej koncepcji Sashy Barona Cohena. Zabieranie się za biopic sławy, gdy większość partycypujących w tej sławie wciąż ma sporo do powiedzenia – ba! finansuje przedsięwzięcie jako kolejny etap spieniężania przeszłości – raczej nie daje szansy na szersze wyjście poza ramy laurki.

Z różnych – także etycznych – względów nie rozumiem nowej fali filmów poświęconych przygodom i losom osób wciąż w czasie zdjęć żyjących i wpływowych (Thatcher, Mandela, Elżbieta II i inni wielkiej polityki)   – a już nakręca się hype na kolejną osobowość sceniczną na wielkim ekranie: premiera filmu o Eltonie tylko przypadkiem zbiega się z jego pożegnalnym, światowym tournee. Liczy się staranność w oddaniu rekwizytów epoki, talent w małpowaniu sławy pod toną charakteryzacji (lub bez), walory poznawczo-artystyczne produkcji zwykle omawiane są na końcu lub wcale. Ważne, że Streep tak realistycznie zagrała Żelazną Maggie.

Anyhow, jako że historia Queen zamyka się na ekranie legendarnym występem zespołu na koncercie Live Aid (i te sceny w filmie uważane są na najlepsze), uzupełnijmy obrazek wydarzeniami niespełna dwa miesiące późniejszymi – przyjęciem z okazji 39 urodzin Freddiego w Monachium, 5 września 1985 roku.

Impreza zorganizowana została przez gospodarza w konwencji drag ball „i wtedy wchodzę ja, cały na biało (lub czarno)”.

Nocna extravaganza została zresztą oficjalnie uwieczniona w teledysku do singla z solowej płyty Freddiego, Living On My Own.

Dodajmy, że w Bohemian Rhapsody siłą rzeczy rozwinięcia nie doczekał się również wątek późniejszych losów związku Freddiego z Jimem Huttonem, parokrotnie pojawiającym się w klipie powyżej. Ale to już temat na kolejny wpis. Lub film…

vintage_freddy_08.jpg

źródła zdjęć: Klik.gr / Dangerous Minds

PLAYLISTA: Virgin Magnetic Material


Termin ‚virgin magnetic material’ oznacza oryginalną, magnetyczną taśmę-matkę z nagraniami muzycznymi (dzięki której istnieniu z tak oszałamiającym rezultatem można współcześnie na nowo remiksować klasyczne płyty).

Nie dziwi poniekąd, że Shai Vardi z Tel-Avivu taki właśnie obrał pseudonim artystyczny.

Po pierwsze bierze się fakytcznie za miksowanie klasyków, od Beatlesów, Fleetwood Mac, Bowiego, Led Zeppelin, The Smiths, Joy Division, The Clash, przez Talking Heads, The Cure, Petera Gabriela, Queen, Nine Inch Nails, Tears for Fears, Hall & Oates, Garbage, Morissette, Radiohead, Soundgarden, aż po współczesnych – Bon Ivera, Little Dragon czy Beyonce (gust prawdziwie eklektyczny).

Po drugie – pierwsze pytanie, które nasuwa się po przesłuchaniu jego przeróbek, tak utworów sprzed lat, jak i współczesnych: skąd on wziął tak doskonały zapis wokali? Stanowią one zawsze trzon przeróbek, są doskonale zremasterowane i wyeksponowane w stopniu, który zmusza do wysłuchania ich z uwagą, a czasem wręcz odkrycia na nowo (vide: popisowy numer z Rocky Horror Picture Show).


Nam osobiście przypadł do gustu znak rozpoznawczy VMM – spowolnione, elektroniczne podkłady z dużą ilością pulsujących basów. I choć jego styl jest mocno rozpoznawalny, to nie nużący. Głównie dlatego, że Shai wybrane przez siebie utwory rekonstruuje, nadaje nową dramaturgię, często odzierając z najbardziej charakterystycznych, ikonicznych elementów (jak choćby podwójny oklask z Radio Gaga Queen, charakterystyczny refren z Big Time Gabriela podrzucony dopiero pod koniec remiksu, rytmika klasycznego kawałka New Order czy dynamika Pump Up The Jam).

My prezentujemy poniżej swoje ‚the best of VMM’, chociaż tak naprawdę ta lista mogłaby wyglądać zupełnie inaczej:

To tylko maleńka próbka, na profilu soundcloud Shaia znalazło się już 80 jego produkcji. Warto.