HIT DNIA: Ms. Henrik – Slow Dancing


Tak sobie wzięło i chwyciło przed-walętynkowo, i tłucze się w głowie do dziś. Może dlatego, że mamy słabość do lekkich, elektronicznych brzmień w stylistyce lat 80., z wiodącym tekstem „take my piss now, swollow” – takie małe perwersyjne, androgyniczne pop-zabawy prosto z Szwecji, które – jakże zwięźle – podsumował na fejsie profil Boy of the dayhow much are you queer?

Me gusta.
Więcej Ms. Henrik na youtube – soundcloud – spotify.

HIT DNIA: Jessie Ware – Xmas Double Pack

25255bunset25255d4

Jeśli dziś środa, to powinniśmy pokazać jakiegoś rudzielca, ale przez te parę miesięcy absencji wyszliśmy chyba nieco z wprawy, bo nie możemy znaleźć żadnego w stosownej wersji bożonarodzeniowej – co innego brodacze, tych w bród, ale u nas też, więc się wyłamiemy…

Zamiast tego – kącik muzyczny. O Jessie Ware słyszeli pewnie wszyscy, przynajmniej od kiedy w nieodzownych od listopada podsumowaniach AD 2012 jej Devotion przoduje wśród albumowych debiutów. Może więc z niejakim opóźnieniem, ale przegapić Jessie coraz trudniej.

Nie brak i takich, którzy „Sade XXI wieku” znają aż za dobrze, a kawałki z płyty zdążyły im się już do znudzenia osłuchać. Miło więc, że cierpkogłosa wokalistka nie spoczęła na laurach, i jeszcze przed końcem roku przygotowała dwie kolejne, niespodziankowe produkcje. Najpierw do internetu trafił owoc współpracy z debiutującym duetem japońskich nastolatków, BenZel, któremu pięknie zaśpiewała cover piosenki r’n’b z roku 1994:

Oczywiście, Japończycy nie byliby sobą, gdyby oficjalne wideo nie było nieco irrelewantne.

Tuż przed świętami zaś wokalistka pojawiła się gościnnie w innej pracy zbiorowej, o zupełnie innym klimacie, na najnowszym singlu Katy B i Geeneusa, Aliyah:

Jak dla nas, Jessie sprawdza się w obu wydaniach i każde dźwięki potrafi pięknie uszlachetnia. Przy If you love me można się stosownie (niemal odświętnie) rozrzewnić, do dudniących basów Aliyah bardzo efektywnie się maszeruje przez miasto w poszukiwaniu prezentów, nawet w najgorszym śniegu.

Byle do wiosny, bo w marcu Jessie znów przyjeżdża śpiewać do Warszawy…

EPKA TYGODNIA: Mollyhaus – Red Shoes

Oj, nieczęsto zdarzają się elektroobjawienia tej skali (wychodzi, że raz na pięć lat), takie co to uwolnić się nie sposób. Mollyhaus rzuciło się nam już na uszy pierwszym kawałkiem, który czem prędzej włączyliśmy do jednej z poprzednich playlist. Niedawno wypuścili kolejny klip do epki Red Shoes, która już zapowiada, że Mollyhaus to trio nie pozostanie formacją jednego przeboju. Przynajmniej na parkiecie:

Dziwnym zbiegiem okoliczności, zarówno przywołany już wcześniej ETO jak i didżejski duet The Snoopy Lads, odpowiedzialny za warstwę muzyczną Mollyhaus (na tym zdjęciu z jakąś inną panią), tworzą i działają na scenie berlińskiej. O ile jednak ten pierwszy wyśpiewywał, co mu w duszy gra samodzielnie, o tyle panowie zaprosili do nowego projektu przezdolną wokalistkę, Little Neve White (takoż nie stroniącą bynajmniej od klubowo-queerowych klimatów).
Trafili w dziesiątkę z wybuchowym efektem.

Mimo jednorodnie elektronicznego instrumentarium, kawałki różnią się od siebie temperamentem: energetyczne Love Machine i Widow Maker sąsiaduje z bujanym Liar Liar, ociężałym, tytułowym Red Shoes czy przelirycznym Russian Boy. W tej rozpiętości znajduje ujście talent Little Neve, która czasem szepcząc, chwilami z jazzowa wokalizując, czasem prawdziwie dudniąc, a najczęściej lawirując ciągle gdzieś pomiędzy skrajnościami, daje prawdziwy popis swoich możliwości.

Całość podszyta jest nutką tak przez nas ulubionej, chwilami patetyzującej melancholii, która nadaje elektronice stosownie ludzki wymiar, a jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że Little Neve się w tym swoim zaśpiewaniu świetnie bawi, a to co robi, przychodzi jej niemal bez trudu. Także panowie starają się, by aranże brzmiały różnorodnie, nie przesadzając jednak z realizacyjnymi fajerwerkami.

Po występach w gejowskim Schwuz czy Chantal w Berlinie, niemiecki miesięcznik Maenner przyrównał te zabawy do produkcji Williama Orbita czy Goldfrapp, jako przedstawiciele starszego pokolenia skojarzyliśmy bluesowe zaśpiewy tytułowego Red Shoes z elektronicznymi początkami Eurythmics (nie bez powodu chyba zmiksowanymi z kolei  przez pewnego pana z kawałkiem Goldfrapp).

Tak czy owak w tym kółeczku Mollyhaus ląduje w doborowym towarzystwie. Komu mało, na profilu Soundcloud grupy znajdzie remiksy do Red Shoes oraz Love Machine. My z niecierpliwością czekamy ciągu dalszego…

HIT DNIA: Jimmy & Rufus


Zbyt dużo dobra na jeden raz! Niemal jednocześnie pojawiły się nowe nagrania dwóch Pedalskich Diw, edycja taneczna oraz zblazowana. Chociaż ani to taneczne nie takie taneczne, ani zblazowane takie nieprzystępne. Tak czy owak miło usłyszeć po dluższej przerwie znajome głosy.
Jimmy Somerville (tak, tak, żyje) został zaproszony do współpracy przez paryską, damsko-męską parę dj’ów, działającą pod szyldem Scratch Massive. Efekt współpracy, kawałek Take Me There  przynosi efekt zaskakujący, aż szkoda że to tylko jednorazowy występ gościnny:

[źródło] [queerpop na soundcloud]


Rufus za to wraca z pełnowymiarową płytą, której oczekiwanie podkręca ciekawość, jak też brzmieć będzie w materiale, wyprodukowanym przez Marka Ronsona. Sądzą z pierwszego singla, podobnie jak w przypadku Bjork i róznych innych rozbuchanych indywidualności, nie dają się oni łatwo przydeptać buciorom producenta.

Co nie znaczy, że nie znać jego ręki:

[źródło] [queerpop na soundcloud]

Oba kawałki, acz trochę do siebie nieprzystawalne, trafiły od razu na naszą playlistę. Wiosna wisi w powietrzu…

BEARDY: Garçon Garçon

Tak jakoś wychodzi, że nam się misiowy kącik umuzykalnia, ale co poradzimy, że tak dużo brodaczy robi w tym względzie tyle dobrego i vice versa – że tyle zacnej muzy pochodzi od brodaczy?

Jako że ostatnio był jeden włochacz, dzisiaj uatrakcyjnimy sprawę, pokazując jednocześnie dwa (za)rosłe egzemplarze prosto z Antypodów: Nathan i Nick czyli australijski duet Garçon Garçon nieźle mieszał w ostatnich miesiącach na muzycznych blogach, podrzucając framenty tego i owego, tudzież swój debiutancki klip do kawałka Stay in Touch:
http://vimeo.com/moogaloop.swf?clip_id=30385415&server=vimeo.com&show_title=0&show_byline=0&show_portrait=0&color=ccddbb&fullscreen=1&autoplay=0&loop=0

W końcu chłopaki wymieszali z tego wszystkiego epkę, której premiera miała miejsce w ostatnie Walentynki. Zmieściło się na niej pięć melodyjnych elektronicznych kawałków, w tym jeden z gościnnym udziałem Cazwella. I niech nikogo nie zmyli wizerunek motofanatyków i fakujących twardzieli w roboczych kombinezonach – główna siła rażenia ich muzyki tkwi w podszyciu tanecznych hitów sporą dawką liryzmu:

Idealna propozycja dla wielbicieli elektropopu, z wyraźnymi ciągotami w stronę niezniczalnych lat osiemdziesiątych. Stosowna dawka rytmów i beatów, ale też melodii, treści i osobisty ładunk emocji – piosenka S.O.S. powstała po samobójczej śmierci jednego z przyjaciół Nathana, wpisując się bezwiednie w nurt kampanii przeciw prześladowaniom młodzieży przez rówieśników.


Tak czy owak – na scenie muzycznej pojawiła się formacja, którą z pewnością warto poobserwować w kolejnych poczynaniach. Jesli już nawet nie dla samej muzyki, to dla samczych wdzięków, którymi niegolony duet tak sugestywnie emanuje w prawdziwie męskich sytuacjach:

Garçon Garçon – strona duetu, profil Souncloud.

CLIP DNIA: Sir Ari (Gold) – My Favorite Religion

Sir Ari, artysta znany niegdyś jako Ari Gold, spełnił swą groźbę, i wydał płytę.

Na szczęście na drugi sigiel wybrał utwór o wiele strawniejszy niż poprzedni, także wizualnie jest dużo lepiej. Wciąż w pełnym scenicznym makijażu, Gold miga nie tylko bicepsami i klatą, ale także nagimi pośladkami. Wszystkie te atrakcje zapodane przez przeróżne filtry optyczne oraz ociężałe beaty, przesłaniają chyba nieco miłosno-mistyczne przesłanie całości:

Ten klip w pigułce pokazuje wszystkie powody, dla których Gold do dnia dzisiejszego nie przebił się do mainstreamu (a najwytrwalsi kibicują mu od ponad dekady). Trudno odmówić mu głosu, natomiast na pewno przydałaby się większa dyscyplina w procesie (post)produkcji i mniej przaśna oprawa artystyczna. Zważywszy, że z każdego albumu da się z reguły wyłuskać kilka całkiem przyzwoitych kawałków, aż prosi się o kompilację i kto wie, czy się tu o nią kiedyś nie pokusimy (obiecywać cokolwiek raczej już przestajemy).

Z innej beczki: Gdyby ktoś zastanowial się przypadkiem, skąd zna facjatę nad koloratką z klipu – to doskonale nam pod każdym kątem opatrzony Alessandro Calza, który także współreżyserował teledysk.

A skoro już mowa o samozwańczych hrabiątkach gejowskiej sceny muzycznej, to drugie z nich, SirPaul, również odezwał się z nowym kawałkiem, który w odróżnieniu do całokształtu jego elektrokiczowtej działalności, nawet nam się spodobał, więc w ramach bonusa także pod rozwagę podrzucamy i dorzucamy do queerpopowej playlisty zimowej. Która już wkróce, to obiecać możemy.

PŁYTA TYGODNIA: Matt Alber – Constant Crows

Na razie tylko tygodnia, nie miesiąca, bo pierwsze przesłuchania pozostawiły lekkie uczucie niedosytu: prostotą, zaniechaniem. Inna rzecz, że pierwsza płyta Matta do dziś pozostaje na szczycie wszelakich naszych playlist jako Debiut Doskonały. Przez kilka ostatnich lat Alber czynił skoki na boki w stronę parkietów (też z całkiem niezłym skutkiem: przykład 1, przykład 2), ale jednocześnie fizycznie misiowaciał i – jak widać na zdjęciu z okładki – także nieco wsiowiał. Całkowicie zrezygnował z elektroniki na rzecz brzmień akustycznych, w pierwszym momencie wybrzmiewających zbyt jednako, podobnie. Przydługie, monologowe linie melodyczne pogłębiają to wrażenie.

Nowa płyta to typowy, liryczny american songbook, chwilami nawracający do korzeni country Matta. Emocjonalne historie ubrane w proste aranżacje, oparte naprzemiennie na dominancie gitary i fortepianu. Na szczęście pozostaje atut podstawowy: głos, który w większości wypadków staje się instrumentem wiodącym (i coraz rzadziej brzmi jak Rufus). Zaledwie raz – w pięknym singlowym Velvet Goldmine – Alber rozwinie skrzydła do aranżacji orkiestrowej. Zaledwie raz wprowadzi do utworu bogatsze wokale z chórkami. Poza tym – stan surowy, melancholia odarta ze zbędnych dekoracji. Z przesłuchania na przesłuchanie coraz bardziej zachodzi pod skórę, zwłaszcza w zdecydowanie lepszej, drugiej połowie tej nagle zbyt krótkiej płyty (niecałe 45 minut).

Najwidoczniej coraz więcej osób dochodzi do takiego wniosku, bo Constant Crows zdaje się nieźle sobie radzi komercyjnie.

Nie ma odwrotu. Wracamy do piosenek o pocałunkach, rozstaniach i innych życiowo-sercowych przypadkach. Idealne nastroje na coraz dłuższe, coraz ciemniejsze i zimniejsze wieczory. A nieprzekonanych spytamy kontrolnie – czy pomijając wszystko inne, można się oprzeć takiemu głosowi w takim opakowaniu:

strona artystyMatt na facebooku