KLIP DNIA: W.V. Malpede – I Still Love You

Ok. Film „Lucky Bastard” okazał bardzo średni, jedyną pociechę w tym obrazie stanowili ładni panowie, zaplątani w bezbarwny dramat (więcej o tym wkrótce). Ale z jednego powodu warto było przebrnąć: muzyka autorstwa i w wykonaniu  Williama V. Malpede, z gościnnym wokalem Rene Reyesa wybijała się chwilami ponad poziom całości.
A najbardziej w chwili, jak poniżej (piosenka zaczyna się w pierwszej minucie klipu, za którego jakość techniczną pięknie przepraszam):

Komu się podoba, może dla odmiany zapodać wersję akustyczną: ten sam utwór, pod tytułem „Hush”, trafił na płytę śpiewającego go wokalisty.
O kontekście przedstawionej w klipie sceny napiszemy niebawem.
Bo owszem, żyjemy, w nastroju głównie jak powyżej. Ale to chyba akurat niezgorzej…?

HIT DNIA: Adam Lambert – Time for Miracles

Adam Lambert wzbudził sensację podczas ostatniej edycji amerykańskiego Idola nie tylko swoim potężnym głosem i rockowym temperamentem, ale także… orientacją seksualną. Jeszcze przed finałem do mediów trafiły jego fotki w dragu oraz dokumentujące różne całusy z innymi chłopcami, rozgorzała dyskusja, czy Ameryka gotowa jest już wybrać idola jednoznacznie homoseksualnego.
Sam zainteresowany podsycał tylko sensację, unikając jednoznacznych deklaracji. Dopiero po zakończeniu programu ujawnił się ostatecznie na okładce szacownego czasopisma muzycznego, Rolling Stone.
Nie upłynęło znów tak dużo czasu, a już Adam wkracza z impetem na muzyczną scenę. Niedługo premiera płyty, na której jeden z kawałków powstanie we współpracy z Lady Gaga, a tymczasem ukazał się singiel, jakiego pozazdrościłby pewnie niejeden wykonawca z renomowanym nazwiskiem: Lambert zaśpiewał piosenkę promującą megabuster kinowego sezonu, katastroficzną produkcję 2012. Na co go wokalnie stać, pokazuje od trzeciej minuty piosenki wzwyż:

Niejako równocześnie znów pojawiły się fotki, zarówno te oficjalne, jak i nie oficjalne. Najpierw ujęcie paparaciarskie, na którym Lambert obślinia się ze swoim aktualnym panem:

a zaraz potem magazyn Details urządził mu sesję z drugiej strony rzeki, w ramach której obściskiwał i obcałowywał się z modelką płci żeńskiej:

I to ostatnie wywołało dopiero szok.
Doprawy, życzmy sobie takiego idola…

HIT DNIA: Christina Aguilera – Falling in Love Again

Nie mogę tego nie zrobić, skoro ten kawałek gra u mnie przez pół dnia 😀

Film Spirit jest mizerny. Nie podobał się widzom na całym świecie, a czemu, można sprawdzić tu, tu, tu i tu. Szczęście w nieszczęściu, że na potrzeby filmu, Xtina wzięła na tapetę klasyk piosenki chrypianej (tu: po angielsku), kawałek który wyniósł na szczyty boginię Dietrich w 1929 roku.

Wzięła na tyle skutecznie, że właściwie trudno poznać klasyk, nawet na drugi rzut ucha. Przede wszystkim zrezygnowała z charakterystycznej, melodyjnej zwrotki, pozostawiając li tylko wampowaty refren. Całość zaaranżowano w komputerowe pukanie, jednak z nutką nostalgicznych elektrodźwięków, rodem z filmów sci-fi z lat 50. W drugiej części minimalizm znika, pojawiają się akcenty tradycyjne, jak choćby sekcja smyczkowa, czy rytmy godne Garbage.

Na koniec Krysia starannie wyciszyła swój największy atut, czyli głos jak dzwon. Ale to szemranie, ubrane w płynącą, nieco posępną elektronikę potwierdza tylko, że niektórzy wiedzą, kiedy stonować. W efektcie nawet fakt, że melancholijna suita liczy ponad 8 minut (czyżby czas trwania napisów?), też jakoś niespecjalnie przeszkadza. Na pewno miłe zaskoczenie po tym plastikowym preludium. Cdn…?

http://www.box.net//static/flash/mp3player_player.swf?playlistURL=http://www.box.net/index.php?rm=box_v2_mp3_player_shared%26_playlist%26shared_name=t3j00nlp81%26node=f_449849434

NEW ON IMEEM: Jay-Jay Johanson – On the Radio

Jay-Jay zwykle smędzi, jest Szwedem z zimnej Szwecji, wygląda mizernie, nadrabia dużą ilością pudru i kolorowymi włosami, więc można mu wybaczyć. Zwłaszcza, że – jak to cherlaki – wykazuje się niezwykłą wrażliwością. Szwedzi i smędzi od ponad dekady, mieszając wymierające nieprzystawalne gatunki, jak jazz, swing, trip-hop i elektro z melodyjną piosenką poetycką. Wszystko to spaja swoim manieryczno-efemerycznym głosem, najczęściej w tonie cierpiętniczym, najlepiej znanym z piosnki, użytej w QAF USA.

W tym zalewie rytmów zdychających z braku tempa ujęła nas piosnka nieco bardziej skoczna, rozbujana, choć wcale przez to nie mniej melancholijna – czego wykonania na żywo dowodzą aż nadto. Tak czy owak, przez przekorę, jako niezupełnie reprezentatywną prezentujemy.

http://www.box.net//static/flash/mp3player_player.swf?playlistURL=http://www.box.net/index.php?rm=box_v2_mp3_player_shared%26_playlist%26shared_name=xym4tp3pb4%26node=f_438956947

HIT DNIA: Sam Taylor – Run Away

Siała baba mak, a to było tak…

Młodociane chłopię muzykę ma we krwi. Występowało sobie właśnie w lokalnej inscenizacji musicalu Mary Poppins (chociaż chyba nie grało Mary), chodziło na kastingi, gdy zapoznało znajomka Kylie o zapędach menadżerskich. Wymienili się uwagami o świecie oraz taśmami demo…

A potem już z górki. Jako absolutny w tym względzie nuworysz, Sam trafił pod skrzydła modnych producentów oraz na soundtrack miniserii BBC, Beuatiful People (o której trochę pisaliśmy już tutaj). Jego nazwisko zaistniało na okładce oraz w notowaniach między Kylie, Pet Shop Boys, M People, Bextor, a All Saints.

W następnej kolejności nagrał ryzykowną (w męskim wykonaniu) piosenkę z musicalu Jesus Christ Superstar, I Don’t Know How To Love Him, śpiewaną pierwotnie przez Marię Magdalenę. Ryzyko się opłaciło: wskutek upublicznienia utworu przez Myspace zyskał spore uznanie, a fraza ‚I want him / I need him’ zostaje powłóczyście wyfrazowana do końca.

W tej chwili Sam jest w trakcie nagrywania debiutanckiego albumu o ciekawym przekroju repertuarowym, obejmującym m.in. nowy kawałek autorstwa Boya George’a i cover Cardigansów. Swój styl charakteryzuje jako „epickie, teatralne elektro skrzyżowane z orkiestralnym popem”. Dużo formy, sporo treści…

Nie sposób się z nim nie zgodzić. Słuchając od dwóch dni wdzięcznych zawodzeń w Run Away (nota bene pierwotnie także napisanych dla kobiety), płaczemy za każdym razem i skórki gęsiej dostajemy przepisowo.

Na więcej muzyki, poza majspesowatymi okruchami, przyjdzie poczekać pewnie jeszcze z kwartał. Poczekamy…

HIT DNIA: Kylie & Danii – Winner Takes It All

Tak, tak, Robaczki Drogie, nic się nie mylicie…

Chodzi o nieśmiertelnika ABBY, który dopiero co z taką pasją wyśpiewywała z siebie na wzgórzu Meryl Streep. Ubiegły rok to najwyraźniej jakieś mamma-miczne apogeum. Tym razem piosnka szwedzkiego kwartetu zdziałała jeszcze więcej, bo połączyła siły dwóch ikonicznych siostrzyczek Minogue. Jedna od dawna ugruntowała swoją pozycję jako gejowska ikona, druga poczyna sobie regularnie na europejskim rynku muzyki tanecznej, z całkiem przyzwoitym skutkiem. Osobiście mam z nimi tylko jeden problem: pomijając podobieństwo fizyczne, nigdy nie potrafiłbym odróżnić ich po głosie, gdyby wymieniły się piosenkami 😀

W 2008 roku zaśpiewały wreszcie w duecie na potrzeby soundtracku do miniserialu produkcji BBC, Beautiful People, samego w sobie też nieźle przegiętego. Jak brytyjczycy to robią, że kręcą komedyjki o prowincji, które bawią masy opowieścią o queerowym dzieciństwie dwóch chłopców? Kiedy amerykanie nakręcili serial o tym samym tytule, to musiał być 3 razy dłuższy i oczywiście rozgrywać się w metropolitarnym świecie wielkiej mody… Well.

No ale nie ma się co dziwić brytyjskiej klasie, skoro serial napisał pan od Gimme Gimme Gimme, a wyprodukował osobnik, odpowiedzialny za Absolutely Fabulous.

http://www.box.net//static/flash/mp3player_player.swf?playlistURL=http://www.box.net/index.php?rm=box_v2_mp3_player_shared%26_playlist%26shared_name=5st6ait1nv%26node=f_449853966

Nareszcie!

Kto wiedział, że Cece Peniston – obok Marysi Sadowskiej i tamtejszych dj’ów – wystąpi dziś w Palladium, ręka do góry.
Ok, niech będzie, że jestem ostatni, ale za to pójdę ją obejrzeć. Nie będę czarował, że jestem zaawansowanym znawcą jej dorobku. Od początku do końca kojarzy mi się z priscillowym hitem, Finally, swoim pierwszym, i na pewno ostatnim na tak wielką skalę. W ramach przygotowań do dzisiejszego wieczoru poszperałem nieco na jutjubie, i proszę, wygrzebałem wydłużony remiks tej ikonograficznej piosenki, z wideo-kolażem scen filmu oraz oryginalnego teledysku.
Ladies and gentlemen, and ladylike gentelmen, Miss Cece!
Do zobaczenia wieczorem.

Kondom a la Bond…

W ramach przygotowań do podwójnej premiery, festiwalowo-książkowej, przyszło mi zgłębić bardziej twórczość okołokoenigową, znaczy związaną z osobą rysownika komiksowego, Ralfa Koeniga. Okazuje się, że nawet znając jego możliwości, nie doceniłem wpływu, jaki wywarł na rozrywkę.
Oglądając filmy i słuchając przypisanych do nich soundtracków odkryłem sasuszko z plastiku, panią o pseudonimie artystycznym Lucilectric, a w jej wykonaniu motyw przewodni do filmu o krwiożerczych prezerwatywach, Kondom des Grauens (Kondom ciemności).
Już to wprowadzenie sugeruje, z jakiej jakości materiałem artystycznym mamy do czynienia, mimo to zachęcam do posłuchania. Rzecz jest skoczna, zabawna, z elementami bondowsko-horrorowymi, kiczowata jak się należy, i poprawia mi humor należycie.
Zaleca się posłuchać piosenki na naszej Playliście lub tutaj przynajmniej do pierwszego refrenu, bo to właśnie w nim tkwi siła, gdy wokalistka wydziera się dramatycznie „Das Kondooooooooooom…”. Miodzio.

Na zdjęciu: Luci van Org z duetu Lucilectric