WWW: Pietras & Koosie 2005

[Post archiwalny, zawierający odnośniki i podlinkowane elementy, z których część nie jest już dostępna w sieci.]

strona wejściowa archiwum P&K

Właściwie ten wpis powinien pojawić się w rubryce vintage corner – bo chociaż to zaledwie kilka lat, to w internetowym świecie nic już nie wygląda tak samo jak w dwatysiące-czwartym. Teraz wszystko jest mulitmedialne, społecznościowe, klikalne, komentowalne, linkowalne, interaktywne. Starsze strony prywatne to mniej lub bardziej uporządkowany zbiór nieregularnie uzupełnianego, statycznego kontentu, często nawet bez prostej i oczywistej (jak by się dziś zdawało) funkcji komentowania – w każdym razie przynajmniej w naszym przypadku, bo nigdy nie należeliśmy do orłów kodowania, programowania i wszelkiego innego webowego czary-mary. Zresztą, przy szerzej zakrojonych projektach autorskich mieliśmy problem z opanowaniem samego kontentu, cóż więc mówić o całej reszcie…

Z tym większym rozrzewnieniem wyciągnęliśmy ze starych, zakurzonych dysków archiwum strony Pietras & Koosie – jednej z prób objęcia dorobku pisanego na zamówienie (Inna Strona, Obserwator) oraz na potrzeby własne, jak również prezentacji własnych odkryć, gustów i – jakby się dziś powiedziało – favsów i likesów. Pod nieistniejącym już dziś adresem koosie.gej.net wyimaginowane, schizofreniczne duo twórcze doszło  w pełni do głosu, dzieląc między siebie na pół serwis oraz jego zawartość. Treści pojawiały się na stronie dużymi partiami mniej więcej raz w miesiącu – ostatnia odnotowana aktualizacja nastąpiła po półrocznej przerwie w 2005 roku. Wkróce potem przypływ entuzjazmu zaowocował powstaniem QueerPopa w pierwszej, miniportalowej odsłonie, ale to już zupełnie inna bajka. Też zresztą historyczna 🙂

banerki reklamujące P&K, przygotowane dla IS

Jedną z naszych największych ówczesnych bolączek autorskich był ograniczony feedback ze strony Czytelniów, w dużej mierze sprowadzający się do reakcji na teksty na IS – mało komu chciało pisać się maile z opiniami o serwisie. Z tym większym wzruszeniem przyjmujemy życzliwe recenzje, które wciąż jeszcze zdarza nam się słyszeć z ust nowopoznanych osób, także ekhm, młodszego pokolenia, zwykle opatrzone okrzykiem ‚ja się na tym wychowałem!’. Podobnie zareagowali niektórzy fani na fejsbuku po wrzuceniu galeryjki, podsumowującej historię naszej internetowej działalności.

Dla nich wszystkich, oraz wszystkich innych, ciekawych, jak to niegdyś z pietrasem bywało, Pietras & Koosie wraca w sieci. Sami się teraz w nim nieco gubimy, ale to w niczym nie umniejsza przyjemności eksplorowania. Ba! W niektórych momentach poczuliśmy się wręcz zaskoczeni, a wspomnienie godzin spędzonych nad tymi niezliczonymi diabelskimi skryptami wzrusza nas niemal do łez. Przymajmniej już wiemy, jak dorobiliśmy się okularów…

skrócony adres strony: bit.ly/koosie

News dnia: Queer Agenda

[Post archiwalny, zawierający odnośniki i podlinkowane elementy, z których część nie jest już dostępna w sieci.]
Rzadziej bywamy pod tym adresem i zdarzają nam się nieregularności (na szczęście nie spotykamy się póki co z zarzutami z tego powodu). Jedną z przyczyn jest nadmierne zaangażowanie na fejsbuku, czego skutkiem ubocznym jest projekcik, w którym realizujemy swoją potrzebę bycia na bieżąco. Owszem, takze pod tym względem na blogu wykazujemy pewną nonszalancję, a nawet często idziemy pod prąd, ale tak w ogóle lubimy wiedzieć, co gdzie w tęczowej trafie piszczy.

Odpowiedzią na taką potrzebę jest Queer Agenda czyli – mówiąc mniej podniośle – googlowy kalendarzyk, do którego wpisywać będziemy wszystkie wydarzenia: premiery, imprezy, spotkania, warsztaty, szkolenia, konferencje, dotyczące szeroko pojętej problematyki LGBTQ. Od książki do siatkówki, od manifestacji do konferencji naukowej, od kina po koncerty i klubownie – ogólnopolski terminarz dla gejów, lesbijek, osób trans oraz ich przyjaciół.

Kalendarzyk daje się podpiąć zarówno pod dowolną stronę internetową, także na fejsbuku – do tego służy dedykowana aplikacja. Tam też założyliśmy fanowską stronę Queer Agenda, która dodatkowo przypomina codziennie o kilku wybranych wydarzeniach na dzień bieżący oraz następny. U nas kalendarz dostępny jest poprzez stosowny odsyłacz w prawej kolumnie ‚queerpop poleca’.

Na chwilę obecną współpracujemy w aktualizacji kalendarza z serwisem homoseksualizm.org.pl, zgłoszenia imprez przyjmujemy także za pośrednictwem strony na fejsbuku. Ciekawych szczegółów, konstruktywnych krytyków oraz chętnych do współpracy zapraszamy do kontaktu, zgłaszania opinii, propozycji.

PREMIERA TYGODNIA: Queer Casting

Na premierę Queer Castingu wybrałem się po latach psioczenia na brak gejowskich inicjatyw parascenicznych w Polsce. Nie miałem dotąd okazji zweryfikować nadmorskich poczynań Sebastiana Dorosińskiego w sopockiej Faktorii, ucieszył zatem fakt, że postanowił zawitać ze swoją mini-sceną do stolicy. Zapowiedź, że w niewielkiej przestrzeni klubu Galeria będziemy mieli do czynienia z wydarzeniem musicalowo-komediowym brzmiała szumnie, jednak można się było spodziewać, że bliżej mu będzie do kabaretu. Tymczasem skończyło się na udramaturgizowanym wieczorze karaoke, z wszelkimi tego gatunku zaletami i – niestety w większości – wadami.
Po pierwsze: dramatycznie nierówny poziom, tak repertuaru, jak i wykonania. Jedna postać Gertrudy, od początku do końca konsekwentnie zbudowana przez Małgosię Gertner, i doskonale wyśpiewana, od razu punktuje całą resztę zespołu, która może od niej już tylko mniej lub bardziej odstawać. Nie wszystkie braki warsztatowe da się wyrównać wdziękiem osobistym – i odwrotnie. Do jaśniejszych punktów zaliczyć należy niewymuszenie przegięty wdzięk Piotra Mazurkiewicza, dynamizm Roberta Dobosza czy stoicki wdzięk Zosi Gembskiej. Zupełnym nieporozumieniem trąci wspieranie się na premierze ściągą z tekstów. Do rangi gwiazdy na tle niektórych wykonawców urastała dziewczyna, która wpuszczała widzów do klubu, a w przerwie przejęła rolę klasycznej dworcowej babci klozetowej, improwizując rozmowy z kolejnymi klientami. Niestety, ona na scenie nie występowała.
Mimo istnienia osi dramaturgicznej (przebiegły producent telewizyjny prowadzi z żoną eliminacje do musicalowej wersji Queer as Folk), piosenki często pojawiają się ot tak, wcinając się w rozwój wydarzeń, jakby dla samego pochwalenia się pomysłem na kolejny pastisz. Skutek w postaci stylistycznego miszmaszu  podczas ponad dwóch godzin występów (nie licząc 30-minutowej przerwy) nadwyręża cierpliwość widza i obraca się przeciw samym wykonawcom – z założenia zmysłowa wersja przedwojennego „Seksapilu” wypada zupełnie nieprzekonująco, zapewne także z uwagi na zmęczenie chłopięcego trio.

chłopięce trio – Seksapil, to co was podnieca…

Innym karaokopochodnym piętnem i niedopatrzeniem reżyserskim jest brak łączności między postaciami, które często mówią i śpiewają do nie wiadomo kogo, bo ani do scenicznego partnera, ani do publiczności. Do najbardziej kuriozalnych należą ‚dramatyczne momenty’ kłótni małżonków-producentów, którzy odkryli wzajemnie zdrady, poczynione z (nomen-omen) członkami ekipy aktorskiej. W podobnym przedsięwzięciu nie do końca też korzystnie brzmią typowe dla karaoke muzyczne podkłady midi, ale tu akurat można przymknąć oko – ostatecznie to młode i małe przedsięwzięcie, trudno oczekiwać od razu piosenek w jakości studia nagraniowego. Tu oddać trzeba, że jak na Galerię, przez niemal całe 3 godziny udało się na scenie uzyskać zupełnie dobrą jakość dźwięku 😀
Zagadką pozostaje, czemu na miejsce wydarzeń wybrał autor Dworzec Centralny. Pomijając, że zupełnie nieprawdopodobne jest wynajęcie peronu pod podobny cel komercyjny (o akustyce takich miejsc nie ma co wspominać), o wiele trafniejszym wydawałoby się umieszczenie akcji po prostu… w gejowskim klubie, do którego wszak też każdy mógłby przyjść na casting. Większość wykonywanych piosenek obraca się wokół życia klubowego, jedną z kulminacji stanowi hymn wykonany przez przybysza znikąd, seksownego Adama Zdeba, „Twój klub” (na kanwie feelowego „Mój dom”). Także inne wątki i postaci swobodnie mogłyby znaleźć zaczepienie w przearanżowanych realiach.
Czegóż dowiadujemy się jednak z satyrycznej warstwy przedstawienia o warszawskim życiu klubowym, które dla autora ewidentnie kończy się na trzech miejscach na krzyż? Że w Utopii wszyscy w kosztownych metkach, koafiurach, i z furami, ale tak naprawdę klub zapełniają ludzie puści, niczym drogie dzbany („Gdybym był w Utopii”). W Toro wszyscy próbują udawać, że są w Utopii; w Fantomie jest duszno i ciemno, w Rasko zaś prawdziwych lesbijek już nie ma, tylko ciotowisko i nieustający festiwal kukieł, czyli zramolałych dragqueens, które nie wiadomo za czym wciąż wylewają na scenę morze łez. Zapewne dlatego, że przekroczyły próg trzydziestki, po której – jak wiadomo – zaczyna się zaawansowana starość.
O stolicy dowiadujemy się jeszcze, że tu swoje zrobili tutejszy portal i Biedroń, a Żoliborz jest różowy i aktywny. Tym ostatnim sformułowaniem autor szczególnie trafił w gusta części publiczności, najgłośniejsze owacje wzbudzały bowiem wszelkie, grubo ciosane aluzje analno-oralne. Doskonale przystaje to do mentalności bohaterów, dla których jedynym źródłem informacji oraz gróźb wydaje się publikacja na Pudelku.
W doborze utworów (podobno 36) otrzymujemy przekrój przez dekady polskiej piosenki, od klasyków: Grechuty, Połomskiego i Rodowicz, przez Geppert, Big Cyc, aż po Ivana i jego „Czarne nogi” czy discopolowy „Lubrykant Fa” Marka Kondrata. Do udanych parafraz zaliczyć można „Dziś prawdziwych lesbijek już nie ma”, „Gdzie się podziały tamte pikiety”, czy poświęcone randkom w ciemno „Nie dokazuj miły, nie dokazuj”. Nie brakło jednak prób nietrafionych i niezbornych, a momentami zdawało się, że gejowska rozrywka polega głównie na upchnięciu w każdej linijce tekstu kilkakrotnie słowa „gej”, i żeby każdy jeden był bardziej przegięty od drugiego.

musicalowa scena łóżkowa

Owszem, kabaret operuje kliszami, przejaskrawia i przegina, i za próbę i wysiłek podjęty przez Dorosińskiego i jego zespół z pewnością należą się wyrazy uznania. Bardzo cieszy, że na polskim nieurodzaju środowiskowej twórczości czysto rozrywkowej pojawiają się kolejne projekty. W tym wypadku przydałoby się jednak także sporo pokory w selekcji materiału – już samo skrócenie przedstawienia do jednego aktu zdecydowanie wyszło by Queer Castingowi na dobre i na pewno pozwoliło podobnym nakładem pracy uzyskać dużo bardziej satysfakcjonujące rezultaty. Sam autor przedsięwzięcia raczej tego nie dostrzega, skoro już na premierze zapowiedział część drugą spektaklu. Oby udała się bardziej, bo póki co widzów pozostawiono z poczuciem, że faktycznie uczestniczyliśmy w castingu, i prawdziwe przedstawienie jeszcze przed nami.

Queer Casting
scenariusz i reżyseria:
Sebastian Dorosiński
występują:
Edyta Królik, Sebastian Dorosiński, Robert Dobosz, Marek Gabrych, Adam Mikołaj Zdeb, Sebastian Kowalczyk, Małgosia Gertner, Jola Nowak, Zosia Gembska, Piotr Mazurkiewicz, Jacek Kopański
premiera: 30 listopada 2009 r., klub Galeria (Hala Mirowska)
kolejne spektakle: 7 i 14 grudnia 2009 r., klub Galeria
źródło zdjęć z prób spektaklu Faktorii Milorda
inne recenzje spektaklu:  gay.pl, gayx.blox.pl

Innastrona: Zrobić wszystkim dobrze i kulturalnie

 Colin Firth w scenie z filmu A Single Man

Inna strona zamieściła queerpopowy tekst o zamieszaniu, jakie wywołały dwa niezależne wydarzenia kulturalno-rozrywkowe, w tym doskonale oceniany przez krytykę, niecierpliwie oczekiwany debiut filmowy Toma Forda: 

Pod ostrzałem od jakiegoś czasu znaleźli się twórcy i dystrybutorzy nagrodzonego w Wenecji filmu A Single Man, w reżyserii Toma Forda (Złoty Lew dla Colina Firtha oraz Queer Lion od jury LGBT). Uważni obserwatorzy, których nie brakuje w internecie, wytknęli kampanii reklamowej filmu stopień, w jakim starannie pomijany jest fakt, że jego bohaterem jest gej. Na wszystkich materiałach graficznych Firthowi towarzyszy Julianne Moore, za niewiele mówiący uznano zwiastun filmu i kolejne wersje plakatów. Czy fakt, że film nakręcony został przez znanego homoseksualnego designera, na podstawie powieści znanego homoseksualnego pisarza, którego bohaterem jest profesor, zmagający się ze śmiercią swojego homoseksualnego partnera, jak wielu gejów w ostatnich dekadach, jest wystarczający, by uznać film za gejowski? Tak reżyser, jak i szefowie firmy dystrybucyjnej zbywają wszelkie pytania wprost.

 krytykowany plakat do filmu A Single Man

 krytykowany zwiastun filmu A Single Man

czytaj całość na innastrona.pl

Gadżety dnia: Gagalicious!

Tydzień bez dwóch wpisów o Lady G. jest tygodniem straconym. I tak jestem w tym względzie dość powściągliwi, może dlatego, że to nie do końca moja bajka, przynajmniej muzycznie. Tak czy owak: w związku z szałem na Nową Ikonę Stylu, prezentujemy dwa gadżeciki, niezbędne każdemu przyzwoitemu fanowi.

Fińska artystka, Mari Kasurinen, od dawna już charakteryzuje oryginalne my little pony w gwiazdy szołbiznesu i postaci filmowe (naprawdę warto zajrzeć na jej stronkę). Nic więc dziwnego, że – jak widać powyżej – wykreowała także kucykową wersję Lady Gugu, z jej nieodłącznymi atrybutami.

Także producenci niepowtarzalnych t-shirtów idą z duchem dnia – tuż po premierze najnowszego teledysku, proponują w sklepach internetowych koszulki z głębokim przesłaniem duchowym Bad Romance, szczególnie widocznym w uwznioślonym fragmencie wprowadzającym.
No ale czy można się jeszcze czemuś dziwić po takiej interpretacji poprzedniej popopopo-pony face…? Nie mówcie, że jeszcze nie widzieliście…

FACEBOOK: QueerPop z duchem czasów

Ten chłopiec u góry nazywa się Chris Hughes i w wieku 26 lat jest gigantem komputerowym. Znalazł się w podsumowaniu roku 2009 na liście 100 najważniejszych osób LGBT amerykańskiego magazynu OUT (szerzej na ten temat pisaliśmy na Innej Stronie). Ostatnio zasłużył się jako pomysłodawca i motor internetowej kampanii Baracka Obamy, wcześniej jednak przyczynił się do powstania jednego ze społecznościowych fenomenów internetu jaki znamy. Jest jednym z czterech twórców Facebooka.
Przyznać musimy, że to faktycznie miejsce, które sprawdza się jako platforma bieżącej wymiany myśli, zawiązywania inicjatyw, poznawania dusz pokrewnych w postrzeganiu świata. Tu informacje rozprzestrzeniają się z szybkością wirusa.
Oczywiście piszemy to wszystko, by na koniec dodać, że QueerPop ma rzecz jasna na FB swoją reprezentację, której funkcjonowanie w pełni potwierdza, co powyżej. Po tygodniu od upublicznienia, wizytówka QP ma już ponad stu czytelników (dzięęęęki i cmok), tu dopisywane są komentarze, oceniane artykuły. Oprócz artykułów z bloga, tu też lądują materiałki, filmiki, zdjęcia, bieżące refleksje, które nie urastają potem do rangi całej blotki. Co mniej więcej się dzieje, możecie także tutaj obserwować w prawym panelu za pośrednictwem kolejnego cudu, twittera.
Najlepiej jednak odwiedzić nas bezpośrednio na Facebooku, i dopisać się do listy fanów, by w ten sposób najpełniej uczestniczyć w queerpopowym strumieniu refleksji i wydarzeń. Naprawdę warto.

COMMERCIAL BREAK: Fresh Balls

Tak, tak… Wszystkie głupie skojarzenia, jakie macie z tą nazwą, są prawidłowe 😀
Oto, panowie, ostateczna broń w walce o poczucie doskonałej sterylności i suchości, nawet podczas wielogodzinnej jazdy samochodem, w upale, na szpanerskich, skórzanych siedzeniach.
Cudowny środek w srebrzystej tubie nie zawiera aluminium, parabenów, ani talku. Bazuje na wyciągu z owsianki oraz drzewa herbacianego. Jest przyjemnym kremem, łatwym w nakładaniu, nie pozostawia śladów na bieliźnie.
Uuuuch… na samą myśl o tym nakładaniu aż się pobudziłem. Co tu dużo mówić – poczytajcie sami. Producent zachęca też do podzielenia się swoją własną historią. Najlepiej jakąś urzekającą. Oj, mamy co opowiadać. Dzięki bogu – już jest Fresh Balls!
A tak już zupełnie na marginesie, logo cudownego kosmetyku jakoś dziwnie nam się kojarzy z pewnym polskim sklepem internetowym

Twitter na weekend: Brit vs. Pink

Fakt zhakowania po raz kolejny konta Britney Spears i oczekiwania przez nią nadejścia rychłego końca na mało kim robi już chyba wrażenie.

Czemu się dziwić, skoro australijscy fani tak bardzo zniesmaczeni są faktem, że Brit Brit śpiewa z playbacku! No a poza tym, problemy Brit to pikuś nic w porównaniu z wyzwaniami, wobec których co rano staje Pink:

Zaprawdę powiadam wam, gwiazdy to tacy sami ludzie, jak my. Ja z racji metrażu nie mogę zbłądzić do sauny, ale konsekwentnie staram się niestarannie osikać muszlę.

PRASA: Newsweek – Muzeum Narodowe spenetrowane

tekst opublikowany na innastrona.pl. zobacz ocenę i komentarze >>>

Zapewne z okazji Święta Narodowego obudził się kolejny bulwersant, przerażony reinterpretowaniem Kultury i zawłaszczaniem jej przez homosiów (tu ukłon w stronę Janusza K.-M.). Kto jeszcze nie wie, przypominamy: Muzeum Narodowe w Warszawie zamierza rękoma dr. Pawła Leszkowicza* przeczesać swoje zbiory i latem przyszłego roku powyciągać na światło dzienne dzieła o potencjale homoseksualnym. Wszelkie egzemplifikacje, podteksty, motywy oraz motywacje – mile widziane, zwłaszcza około Europarady 2010 – marketingowo ruch iście imponujący.

Mile widziane rzecz jasna nie dla wszystkich, już dzień po zaanonsowaniu wystawy odbrzdąknęły coś nożyce czyjegoś dziennika (nie, nie podlinkujemy do nich :D), posypały się lamenty i Skargi (tu nie podlinkujemy tym bardziej). Oto jednak po miesiącu odezwał się głos głębszy – pretekstem do obszernej wypowiedzi stał się zapewne mail od muzealników, przybliżający ideę wystawy. W odpowiedzi na te idee, Newsweek odpowiada piórem Szymona Hołowni:

Doktor Leszkowicz ma niezwykłą wrażliwość, która pozwala mu widzieć geja nawet tam, gdzie inny widzi drzewo, ptaka, kamień. Oto Dawid i Goliat. Opowieść o słabszym, który sprytem pokonuje silniejszego? A może dwóch gejów, którzy brzydko się bawili, no i jeden stracił głowę? Czytam doktora Leszkowicza i zachodzę w głowę: gdzie ja miałem oczy? Skoro święty Sebastian przeszyty strzałami to penetrowane męskie ciało, zrobię wystawę o fetyszystach (patron: męczony na rozpalonej kracie św. Wawrzyniec Diakon). Święty Franciszek, u którego stóp maluje się na obrazach czaszkę, otworzy nam biennale nekrofilów. Święty Błażej? Mmm, lubieżne ciarki już chodzą po krzyżu. W jego święto w kościołach gardeł wiernych dotyka się dwiema świecami…

Hołownia strzela na oślep, przeciwstawiając nadmiernie skupionym na swej seksualności gejom ludzi poczciwych, którzy nie mieli czasu na zgłębianie pederastycznych obsesji, bo zajęci byli studiowaniem Matejki i Caravaggia – nie wiadomo w czym to się wyklucza, a przykład Caravaggia jest akurat więcej niż chybiony 😀

O wiele zabawniej robi się, gdy w zacytowanym fragmencie zestawia gejów – a jakże – z nekrofilami. Jak widać, jedna koza wiosny nie czyni. Co ma na myśli pisząc o ‚akcie lesbijskim w temperaturze jajecznej’ – doprawdy, trudno zgadnąć.

czytaj dalej na innastrona.pl

* kropka po skrócie dr tym razem i póki co jak najbardziej uzasadniona 😀

Innastrona: Warszawa wyoutowana

Dzisiaj Innastrona.pl opublikowała test Marcina Pietrasa, omawiający wydaną na początku miesiąca książkę „HomoWarszawę – przewodnik historyczno-kulturalny”.

Zapewne jest „HomoWarszawa” dziełem wielce niekompletnym, nosi piętno subiektywizmu i słabości wszystkich prac zbiorowych. Jednak jak trudnym zadaniem okazuje się wyważona prezentacja tęczowej strony stolicy we wszystkich jej niuansach dowodzi ostatni rozdział, w którym znane osoby wypowiadają się na zadany temat: czy Warszawa jest homofriendly? Z odpowiedzi gejów i lesbijek pokroju m.in. Marty Abramowicz, Roberta Biedronia, Rysi Czubak, Żakliny, Jacka Kochanowskiego, Ygi Kostrzewy, Krystiana Legierskiego, Macieja Nowaka, Rafalali, Sławka Starosty, czy Bartosza Żurawieckiego wyłania się obraz niejednorodny, chwilami sprzeczny, i pośrednio potwierdzający tezę, że w takim miejscu się żyje, jakie się sobie samemu stworzy. „HomoWarszawa” należy więc uznać za wizję miasta jako wypadkową siedmiu stołecznych osobowości i ich najbliższego otoczenia. To ich ogląd metropolii, w której jako gejom i lesbijkom przyszło im żyć, a jednocześnie zaproszenie do dyskusji, weryfikacji i uzupełnień, bo przecież nie jest to wizja jedyna.

Całość na innastrona.pl.
Książkę nabyć można w księgarniach (m.in. Matras) oraz tutaj.