SCREEN CRUSH: Patrick Gibson

Drugi sezon netflixowego The OA pozostawił spore uczucie niedosytu. To jedna z tych produkcji, które z czasem coraz bardziej irytują, tracą fokus i rozłażą się szwach, starają się za bardzo, ale mają też przebłyski geniuszu na tyle regularne, że trudno się od nich oderwać. Oh, well…

Jeden z najjaśniejszych punktów obsady – z naciskiem na sezon pierwszy, bo w drugim bohaterowie z poprzedniego traktowani są mocno po macoszemu, to jeden z zarzutów – stanowi młody irlandzki aktor, Patrick Gibson.

Ok, wiadomo. Perkaty, rudy, grubo ciosany (choć jeszcze bez brody) – więc jak najbardziej w qpopowym guście – ale też wyróżniający się aktorsko. Obsadzony w roli szkolnego prześladowcy, rozsadzanego gniewem nastolatka w typie alpha male, który w zetknięciu z OA przechodzi wewnętrzną przemianę, oddaje ewolucję postaci niezwykle przekonująco.

Obok The OA zdążył też pojawić się w serialach Tudors, Biała księżniczka, czy Guerilla, w pierwszowojennym, 5-odcinkowym dramacie BBC Dzwony wojny, a kinowo w Tolkienie oraz romantycznej komedii In a Relationship. Z pewnie nadrobię, poniżej mała galeria i dwa krótkie klipy z aktorem, a na przyszłość na pewno będę obserwować, bo warto.

Wiadomo, rudy…

źródła zdjęć: GQ Italy, Vulcan Magazine (Joseph Sinclair), Entertainment Weekly, The Last Magazine, Thread, Justin Griffiths Williams

SMILEY: Janek Koza

Polityka, styczeń 2012 źródło

Kolejny z polskich artystów-malarzy, którzy dali się podkupić tygodnikom do komentowania społeczno-politycznej rzeczywistości. Kanciastą kreską kreśli jej zawiłości, pojedynczymi kolorami odmalowuje polskie sprzeczności i paradoksy.

I dobrze mu to wychodzi, co najlepiej na bieżąco obserwować na fejsie. Całokształt działań Janka (solo i w duecie) – na jego stronie internetowej, oraz na filmowym profilu Vimeo.

U nas na zachętę dwa następne obrazki. Rzecz jasna dobrane jak najbardziej tendencyjnie.

Polityka, listopad 2011, źródło

Przekrój, październik 2011, źródło

FLASHBACK: Pospieszalski, Musto, Streep, Orliński, Google, Hayes, Sade, Porkka Boys, Okupnik, Yankovic

[Post archiwalny, zawierający odnośniki i podlinkowane elementy, z których część nie jest już dostępna w sieci.]
zdjęcie tygodnia: mężczyzna-motyl queeruje procesję Bożego Ciała w Łodzi

Newsem tygodnia pozostaje niewątpliwie zwycięstwo frakcji małżeństw gejowskich w Nowym Jorku – tak świętowano ten historyczny moment u korzeni, przed barem Stonewall, gdzie ponad 40 lat temu wszystko się zaczęło. I nawet Empire State Building z tej okazji podświetlono – a jakże – na tęczowo, a na twitterze nie zabrakło wpisu samego Pana Bozi. Nie będziemy polskim POlitykom wypominać, że przez nowojorski senat uchwała przeszła przy niewielkiej przewadze głosów w momencie, gdy także sondaże pokazują, że społeczeństwo amerykańskie w uśrednieniu jest w tej kwestii podzielone na pół (chociaż w NY faktycznie najprzychylniejsze). Nie musimy też chyba dodawać, że i tam nie brakuje radykałów, którzy z wprowadzeniem pedalskich małżeństw wieszczą zagładę Hameryki.

okładka tygodnia: Pospieszalski jako tęczowy wojownik.


Także w polskiej prasie dwugłos w debacie na temat związków partnerskich: na łamach Polityki w wywiadzie z ministrem Bartoszem Arłukowiczem redaktor Żakowski zasugerował, że to rozwiązanie także dla krewnych i powinowatych, żyjących (zwłaszcza na starość) we wspólnym gospodarstwie domowym (więcej). Z kolei redaktor Pospieszalski walczy na łamach tygodnika Uważam Rze o przyzwoitość (patrz ikoniczna okładka powyżej). Swoje mało zaskakujące opinie wykłada w tekście o znamiennym tytule Platformy jak czołgi, w czym dzielnie sekunduje mu Piotr Semka swoim Ruchomym celem tęczowej rewolucji.

Poza tym na fejsie lato, wakacje, długi weekend, bezruch, wśród którego niemrawo wrzuciliśmy m.in.:

Muzycznie spisaliśmy się nieco lepiej, linkując następujące nowości:

Zdecydowanym faworytem okazał się niestrudzony Al ‚Weird’ Yankovic ze swoją parodią Lady Gagi, której produkcja zajęła zapewne tyle czasu z uwagi na efekty specjalne przyklejania twarzy Ala do zupełnie obcego ciała. Z całkiem niezłym efektem:

Na deser serwujemy co-nieco z oldscholowej kuchni telewizyjnej. Gdzie są osobowości na miarę tamtych złotych lat:

http://vimeo.com/moogaloop.swf?clip_id=25444316&server=vimeo.com&show_title=1&show_byline=1&show_portrait=0&color=00adef&fullscreen=1&autoplay=0&loop=0

VINTAGE CORNER: Ovaltine – gay & sissy.


reklama Ovaltine z lat 50., gdy słowo
gay było jeszcze całkiem niewinne

Ovaltine to cudowny napój dla dorosłych i dla dzieci, wynaleziony i spreparowany w Szwajcarii, od początków XX wieku obecny także w Wielkiej Brytanii i USA. Pierwotnie w jego skład wchodziły słód, mleko i jajka, podkręcone dla smaczku czekoladą, a do jego podstawowych walorów należały wartości odzywcze oraz dowitaminizowujące. Dziś pod skrzydłami Nestlé proszkowany napój nie przypomina zapewne w niczym oryginału, na co rzecz jasna narzekają koneserzy, wspominający z rozrzewnieniem, jak babcia serwowała im ten cudowny napój w latach 40. czy 50. Ale o czym tu mówić, skoro na stronie głównej marki królują jej wariacje z shake’ami McDonalda.

W USA marka przebiła się do świadomości dzieci i ich rodziców głównie dzięki sponsorowaniu przez dziesięciolecia ulubionych słuchowisk radiowych, potem seriali telewizyjnych. Kusiła tajemnymi klubami, złotymi sygnetami i pierścieniami dekodującymi. Podczas gdy mamusi wieczorna porcja czekoladki zapewniała udany start w nowy dzień i regenerację starczego organizmu podczas snu, jej pociechy wskutek codziennego spożywania wersji dla maluchów po prostu tryskały energią.

Gorzej, jeśli nieroztropna rodzicielka o tym zapominała lub co nie do pomyślenia – żyła w nieświadomości krzywdy, jaką robi swoim latoroślom, odmawiając im odrobiny ovaltinowskiej słodyczy. Pal sześć, jeśli trafiło na dziewczynkę, co najwyżej chodziła osowiała i nie fikała zbytnio na huśtawce. Skutki niedożywienia organizmu chłopięcego mogły być przerażające: nie zapewnienie mu stosownych ilości wszelkich dobroczynnych składników, prowadziło nie tylko do apatii, ale także do zdziewczynienia, oraz w prostej konsekwencji homoseksualizmu:


reklama Ovaltine z lat 50., gdy słowo sissy groziło niebezpieczeństwem

Jak wiadomo, epitet sissy w owych ciężkich, powojennych czasach był dla chłopca – czy tym bardziej faceta – najgorszym z możliwych, a obraz melancholijnego kilkulatka, rysującego witką po żwirku w ogródku nie do przyjęcia w erze sztampowo szczęśliwych domków i sukienek w bomki. Media bardzo starannie utrwalały podział ról w tym teatrzyku, wspierane przez reklamodawców, którzy obrazowo opisywali niebezpieczeństwa, czyhające na nieodpowiedzialne matki (bo tak, kochani, to oczywiście wszystko przez nie):

During the 1940s and 1950s, alarmist tendencies decreased in most advertising, but Ovaltine ads stood out as some of the most consistently hysterical and exaggerated. While copywriters continued to blame children’s health problems on mothers, fathers occasionally appeared to place the blame on mothers, too. (…) An ad for Ovaltine had a dad yelling at his son, „Young man, you’ll either eat those vegetables and drink that milk or you’ll go straight to bed.”

Historian Elaine Tyler May found that during The Cold War era the role of fathers took on particular importance, in part, at least, „to counteract the overabundance of maternal care. (…) The unhappy result would be ‚sissies’, who were allegedly likely to become homosexuals.” (…) Fathers of daughters presumably had no real need to be involved in their lives, given that they did not face the same dangers as sons, who were too effeminate.

In spite of men’s occasional goading, the burden for caring for children’s health continued to be the women’s responsibility. Moreover, during the 1950s advertisers began to assert that in addition to their child’s current sickly condition being a liability, a „nervous underweight” boy would never become a man.

One 1950 ad hissed disapprovingly at mothers, „Sissy… they called him.” The aggressive Ovaltine campaign asked mothers, „How well do really understand him?” (…) The drawings and photographs that dominated the ads featured boys who, in the words of advertisers, appeared „frail and languid.” The mothers appeared in the background, over-wrought and concerned, appeased only by the knowledge that Ovaltine could help them and their sons.

źródło: Katherine J. Parin, Food is love: food advertising and gender roles in modern America. University of Pennsylvania Press 2006, str. 198-199.

W dziesięć lat po American Beauty trudno zapewne nie uśmiechnąć się przy lekturze jak powyżej. Ten sam film pokazuje jednak w pigułce, dlaczego wizerunek smutnego chłopca w amerykańskiej reklamie sprzed ponad pół wieku powinien jednak bardziej niepokoić i przerażać, niż bawić.

PRASA: Rzeczpospolita – Lady Mistyfikacja


grafika: Rose Emanuela Briccetti

W dzisiejszym, weekendowym dodatku do Rzepy, PlusMinus (tak, czytujemy, czytujemy) obszerny esej Pauliny Wilk na temat fenomenu Lady Gagi. Teskt odwołuje się i bazuje na wrześniowym, bezkompromisowym artykule feministki, medioznawczyni i krytyczki kultury, Camilli Paglia, Lady Gaga and the death of sex, a w dużej mierze rozwija jego tezy. O ile Paglia, która niegdyś na przykładzie Madonny obwieściła nową erę feminizmu, wieszczy w Gadze koniec rewolucji seksualnej jaką znamy, Wilk idzie krok dalej i prorokuje także śmierć muzyki pop.

Obie panie nie szczędzą Gaguli słodkich epitetów, nazywając ją królową déjà vu, aseksualną marionetką, sztucznym i pustym tworem z przemielonych resztek, szkieletem coraz to nowych dekoracji, z których żadna nie jest prawdziwa. Gaga ma być już nawet nie alter ego piosenkarki Germanotty, ale absolutną kreacją, którą bezkrytycznie zachwycają się masy, zwłaszcza te małoletnie, nie pamiętające nawet końca ubiegłego wieku, bombardowane miliardami informacji, obrazów i esemesów.

[kliknij czytaj więcej, żeby przeczytać obszerne fragmenty artykułu, dostępnego w sieci tylko po wykupieniu]

Germanotta wymyśliła Gagę nie jako swój wizerunek, ale osobną postać, oddzieloną od realnego życia, co więcej – oderwaną od ciała. (…) Taki zabieg zapewnia złudzenie nieśmiertelności, bo zaciera istnienie czasu. (…) Gaga nie jest człowiekiem z krwi i kości, a jej ciało to jedynie giętki szkielet, na którym montowana jest rozbudowana stylizacja: krzykliwa, niedorzeczna, surrealistyczna, kiczowata i bulwersująca. (…)

A twarz – lśniąca woskowa rzeźba, pozbawiona wyrazu – jest niczyja. Łatwo ją podmienić, wystarczy kliknięcie. Na teledyskach Germanotta często zasłania twarz – okularami, makijażem, specyficznymi konstrukcjami z pogranicza masek i ozdób. Ale nawet, gdy ją odkrywa, przybliża do kamery i wypełnia cały kadr, pozostaje dziwnie niewidzialna – ani ładna, ani brzydka, sterylna i kamienna. Zdarza się, że po policzkach płyną łzy, a usta wyginają się w grymasie sygnalizującym cierpienie, ale pracą mięśni nie kierują uczucia, tylko scenariusz. (…)

Każda piosenka, teledysk i występ Gagi jest poddany teatralizacji, radykalnie przerysowany, by zdusić ludzką wyobraźnię. Gaga reprezentuje pop totalitarny – chce mieć władzę nad wszystkimi aspektami twórczości i pragnieniami odbiorców.  Fantazja ludzi, ich nieprzewidywalne i zmieniające się potrzeby są dla niej groźne. Dlatego stara się je tłamsić, używając hiperformy. (…)

Wszystko, co do tej pory pokazała, było użyciem cudzych pomysłów, bezwzględnym recyklingiem, który jeszcze niedawno nazywano pospolitym złodziejstwem. Ale czasy się zmieniły, a wirtualnemu robotowi trudno zarzucać kradzież. (…) Przebojowe piosenki i towarzysząca im oprawa to wyniesiona na piedestał tandeta – camp poddany gloryfikacji, uświęcony akceptacją najmłodszych odbiorców, którzy nie mają dość wiedzy, by przejrzeć trik. Nowe dzieci popu nie znają historii. Świat zwala im na głowę tyle atrakcji, że nie mają czasu wyobrazić sobie niczego poza „tu i teraz”.

Paglia udowadnia, że Gaga jest odwróconą ikoną: przyciąga uwagę, czerpiąc z sadomasochistycznej, gejowskiej i transwestyckiej estetyki, epatując pornograficznymi i agresywnymi obrazami. Ale jest całkowicie pozbawiona seksapilu i zmysłowości. W jej wideoklipach widać tancerzy w szpilkach, (…) obcisłych lateksowych kombinezonach i maskach, prężących się w jednoznacznych pozach. Ale równocześnie pojawia się mroczna symbolika śmierci: trucizny, plamy sztucznej krwi, trumna, seryjne zabójczynie, czerń, wyrwane serce. Erotyka zostaje zamordowana, pozostają kompulsywne gesty. Odruchowe pchnięcia bioder w rytmie dance.

Obie panie polemizują także z szałem przyrównywania Lady G. do Madonny, dowodząc, że ta druga (a właściwie pierwsza) należała jeszcze do epoki analogowej, kiedy gwiazdę wyróżniała osobowość, prawdziwa (nawet jeśli podrasowana) historia, podczas gdy współczesne ikony, choć żonglują tymi samymi znakami, to używają ich wyłącznie jako kreacji, za którymi nie stoi nic. W podsumowaniu kilkustronicowego tekstu, Paulina Wilk wieszczy:

Gaga jest – wbrew spektakularnym pozorom – nużąca i nijaka. Jedyny wehikuł jej popularności to oprawa graficzna. Ale publiczności wkrótce przestanie robić różnicę, czy diwa ma na głowie surowe mięso, czy szklany żyrandol. Zbiorowy szok ustąpi, a wtedy może być za późno. Nawet jeśli Germanotta zrobi wreszcie użytek ze swojej prawdziwego atutu – umiejętności muzycznych, ogłupiona publiczność może nie być nim zainteresowana. Gaga traktuje piosenki instrumentalnie, udowodniła już fanom, że muzyka jest jedynie ścieżką dźwiękową hedonistycznej, konsumpcyjnej masturbacji.

Nawet jeśli obie damy przesadzają w mocnych słowach, nie sposób odmówić tym spostrzeżeniom racji. Teraz lepiej rozumiemy, dlaczego nas osobiście całokształt Gagi nie zachwyca tak, jak zapewne sami byśmy oczekiwali. Nawet muzycznie (czego po ‚piosenkarce’ można by oczekiwać w pierwszym rzędzie). Że jeszcze na chwilę zacytujemy: „Gaga śpiewa piosenki pozbawione treści i charakterystycznej formy – nie da się o nich powiedzieć niczego sensownego. Można tylko żonglować pojęciami i przyklejać etykiety, ale tak dziwacznie opakowana pustka wymyka się opisowi.”

Na koniec jeszcze obszerne omówienie artykułu Paglii w Daily Mail, z ilustracjami 🙂

PRASA: Coitus – wrzesień 2010

Żeby nie było: my czytamy czasem prasę w wersji elektronicznej. Czasem na dobranoc. Czasem taką bez tekstu lub z niewielką ilością.
I to niekoniecznie jest porno. Co udowodnimy zaraz zapodając poprzedni numer w większości fotograficznego magazynu Coitus.

OH-MY-GAY-GOD: James Franco – cover girl


Zdjęciem powyżej transmagazyn Candy zapytywał jakiś czas temu, kto będzie jego następną ‚dziewczyną z okładki’.
Właśnie się dowiedzieliśmy:

James Franco na okładce magazynu Candy
Dla dalej nie kojarzących (przemiana jest zaiste bardzo sugestywna), oto obrazek, który kojarzy się dużo lepiej:

James Franco jako Scott Smith
Tak-tak, kochani. To James Franco, którego najpierw pokochaliśmy za ten filuterny wąsik w romantycznym przyboczniku Milka (ewidentnie mu z nim do twarzy), a następnie za liczne jak najbardziej przychylne wystąpienia i wypowiedzi pro-gejowskie. W najbliższym czasie zobaczymy go w zresztą w filmie o kolejnej znaczącej postaci w historii LGBT: jako beatnikowskiego poetę, Allana Ginsberga. Kto nie zna – najwyższa pora doczytać. Najbardziej cierpliwi poczekają w Polsce do stycznia, kiedy to film Howl wejdzie na nasze ekrany.

James Franco jako Allan Ginsberg
Jak widać, James – o ile faktycznie jest heteroseksualny – ma sporo dystansu do siebie. O ile okaże się, że nie jest – też. Ostatnio spore poruszenie wzbudziły informacje o jego zwyczajach… mastrubacyjnych. Na szczęście prezentuje swą osobą dużo więcej, zwłaszcza w obiektywie Terry’ego Richardsona.

Innastrona: Zrobić wszystkim dobrze i kulturalnie

 Colin Firth w scenie z filmu A Single Man

Inna strona zamieściła queerpopowy tekst o zamieszaniu, jakie wywołały dwa niezależne wydarzenia kulturalno-rozrywkowe, w tym doskonale oceniany przez krytykę, niecierpliwie oczekiwany debiut filmowy Toma Forda: 

Pod ostrzałem od jakiegoś czasu znaleźli się twórcy i dystrybutorzy nagrodzonego w Wenecji filmu A Single Man, w reżyserii Toma Forda (Złoty Lew dla Colina Firtha oraz Queer Lion od jury LGBT). Uważni obserwatorzy, których nie brakuje w internecie, wytknęli kampanii reklamowej filmu stopień, w jakim starannie pomijany jest fakt, że jego bohaterem jest gej. Na wszystkich materiałach graficznych Firthowi towarzyszy Julianne Moore, za niewiele mówiący uznano zwiastun filmu i kolejne wersje plakatów. Czy fakt, że film nakręcony został przez znanego homoseksualnego designera, na podstawie powieści znanego homoseksualnego pisarza, którego bohaterem jest profesor, zmagający się ze śmiercią swojego homoseksualnego partnera, jak wielu gejów w ostatnich dekadach, jest wystarczający, by uznać film za gejowski? Tak reżyser, jak i szefowie firmy dystrybucyjnej zbywają wszelkie pytania wprost.

 krytykowany plakat do filmu A Single Man

 krytykowany zwiastun filmu A Single Man

czytaj całość na innastrona.pl

Twitter na weekend: Lambert vs. Out

Żeby nie było, że tylko polskie ciotki okładają się publicznie torebkami – nie ma rzeczy, której Amerykańskie celebrytki nie zrobią lepiej, najlepiej za pośrednictwem ubermodnego Twittera. Po opublikowaniu w poprzedni weekend listy 100 najważniejszych osób LGBT wpływowego magazynu OUT, jego naczelny ujawnił, że management najbardziej aktualnie przegiętej gwiazdy showbiznesu (nazwanej zresztą przez OUT wejściem/wyjściem roku), Adam Lamberta, obwarował obecność piosenkarza na okładce oraz wywiad licznymi warunkami, np. aby na zdjęciu ujęta została też kobieta oraz osoba heteroseksualna.
Ogólny wydźwięk był taki, że zabiegano, aby gościu, który po miesiącach podtrzymywania napięcia i ostatecznym comin-oucie na łamach poczytnego Rolling Stone, oraz bez ogródek obcałowuje się przed paparazzi z ładnymi panami, nie wypadł na łamach OUT zbyt… gejowsko. Odpowiedzi nie trzeba było długo czekać:

W opublikowanym w chwilę później wywiadzie na łamach Entertainment Weekly, Lambert odparł przede wszystkim zarzut, jakoby był manipulowany przez swój management. Stwierdził, że ideą obwarowań było, by obecność na łamach OUT nie stała się rodzajem statementu, bowiem on, jako człowiek rozrywki, chciałby uniknąć deklaracji politycznych, stąd nie chciałby zostać wmanewrowany w kontekst walki o homomałżeństwa czy wszelkie inne kontrowersyjne kwestie.
Zanim naczelny OUT zakończył dyskusję kolejną epistołą, panowie zarzucili sobie jeszcze nawzajem praktyki dyskryminujące, a przecież obu chodzi tylko o to, że wszyscy jesteśmy równi jako ludzie. Każdy pozostał przy swoim zdaniu, za to obydwie strony wyszarpnęły dla swoich potrzeb sporo czasu w mediach, nie tylko LGBT.
Czy któraś z naszych działaczek przeprowadziłaby to lepiej?